rybinski blog

Twój nowy blog

Zdaje się, że jeśli mamy być normalnym, nowoczesnym państwem, konieczna będzie nowelizacja konstytucji. Zapis o rozdziale państwa od Kościoła powinien być uzupeł¬niony zasadą oddzielenia od Kościoła polityków.
Przed wyborami i po wybo¬rach straszono nas, że Polska będzie państwem wyznanio¬wym. Co dzielniejsi publicyści pisali nawet o republice ajatol¬lahów. A tu wypadki toczą się dokładnie w przeciwną stronę. Zamiast państwa wyznaniowe¬go grozi nam zawłaszczenie przez polityków i Kościół pań¬stwowy. Politycy garną się do Kościoła, a zwłaszcza do hierarchii jak dzieci do łona ojca zadżumionych. Partyjne narady odbywają się w klaszto¬rach. Nawet politycy niewierzący biegają na msze, o ile są transmitowane w telewizji. Każdy list, który jedna partia al¬bo jeden polityk pisze do dru¬giego w sprawach całkiem świeckich, a nawet grzesznych, jest w odpisach przekazywany kardynałowi Dziwiszowi, bi¬skupowi Gocłowskiemu i komu tam jeszcze. Do wiadomości. A to przecież nie chodzi o to, aby kardynał przeczytał to, co może znaleźć w każdej gazecie albo i usłyszeć w telewizji. To chodzi o wrażenie, że zaakceptował.
Kościół jest wciągany w chocholi taniec polityków i wykorzystywany bezwzględnie. Albo jako dekoracja, na tle której ¬polityk wygląda, albo przynajmniej wierzy, że wygląda jak przydrożny świątek. Albo jako instancja moralna żyrująca in blanco wszelkie krętactwa i machinacje polityczne. Hierarchia powinna się przed tym bronić, zanim nie będzie za późno. Zanim wszystkie grzechy, błędy i zaniechania polityków nie zaczną obciążać Kościoła. Zanim Kościół nie stanie nie państwową instytucją w służbie polityków.
Józef Piłsudski, na którego wszyscy politycy tak chętnie się powołują i którego chcą naśladować, potrafił nazwać biskupa polowego WP Stanisława Galla nierobem oraz świnią, i to pluga¬wą. Może teraz znalazłby się biskup, który zamiast przyjmo¬wać listy do wiadomości, powiedziałby parę słów prawdy o politykach. Politykom dobrze by to zrobiło, bo nas, zwykłych wyborców, lekceważą.

Do wiadomości: Benedykt XVI, Dalaj Lama Wielki Mufti Jerozolimy

To, że Andrzej Lepper za swoją Samoobroną wejdzie lada moment do rządu, nie jest winą ani jego samego, ani Braci Kaczyńskich, tylko zbiorowa wina całej klasy politycznej oraz tabunu publicystów i komentatorów.

Lepper został wepchnięty na siłę, wtłoczony PiS-owi jak większe zło, którego ludzie aspirujący do rządu, ale dusz, tęsknie wyglądają jak kania dżdżu. Mniejsze zło nie wystarcza, średnie też nie, musi być zło ogromne, bo tylko na tym tle polityczne krasnoludki będą wyglądać jak giganty. Jak napisał Fryderyk Nietzsche – gdy zachodzi słońce kultury, nawet karły rzucają wielkie cienie. Ma to zastosowanie także do kultury politycznej.

Odrzucając polityczne sympatie i antypatie, a nawet idee i programy na gruncie tylko zasad demokracji ze wszystkimi jej ułomnościami nie można znaleźć wiarygodnej odpowiedzi na pytanie – dlaczego Lepper nie miałby wejść do rządu? Nie jest pozbawiony praw publicznych, praw obywatelskich, a nawet praw honorowych. Owszem, jest pozbawiony wiedzy i rozumu, koniecznych do kierowania państwem, ale to nie przeszkadzało nikomu w udziale we władzy ani w III RP, ani w PRL. Przeciwnie po wielokroć było atutem.

Osobiście upatruje w awansie Leppera do rządu szansy na szybkie i ciche zakończenie strajków i protestów w służbie zdrowia. Lepper powienien tylko zażądać, aby ministrem zdrowia został geniusz Tatr i Żuław Mariusz Łapiński. Za Łapińskiego, nawet jak likwidował kasy chorych i ustanawiał NFZ, żadnych protestów nie było. Lekarze zabiali jeszcze mniej niż dziś, ale wyrównywał im to dobry rząd Millera. A jeszcze przedtem idealny rząd Oleksego. Za Buzka służbie zdrowia sie pogorszyło i manifestowała. Teraz też. Wynika z tego, że w Polsce sławna formułka marksistowska jest odwracalna – to świadomośc określa byt. No to jak się nie da poprawić bytu, można poprawić świadomość, czyli gdyby np. Lepper wywalczył stanowisko dla Łapińskiego, który zresztą ma za sobą epizod w Samoobronie.

Jeśli chodzi o te półtora miliarda rezerwy NFZ, których domagają się lekarze, proponuję jednak przeznaczyć je na leczenie chorych. Na zmniejszenienoczekiwania przez 6 miesięcy na wizytę u specjalisty do 5 miesięcy. Na więcej nie starczy. A do tego, ile specjalista będzie miał pensji, kolejka się nie zmniejszy.

.

17 komentarzy

.

Nigdy nie rozumiałem powiedzenia „szczery aż do bólu”. Dlaczego szczerość ma boleć? To dlatego, że egocentrycznie sądziłem, iż zdanie to opisuje doznania osoby, która sama jest szczera. Że bólu doznaje ten, kto mówi prawdę, nic nie ukrywając. Jak w żydowskim porzekadle: konia temu, kto mówi prawdę, aby powiedział i uciekł. I nagle doznałem olśnienia. Ależ gdzie tam. Nie chodzi o tego, kto mówi szczerze. Chodzi o tych, o których szczerze mówi. To ich boli szczerość, prawda rwie ich jak rwa kulszowa.

To, że przez Polskę codziennie przetacza się czyjś, indywidualny lub zbiorowy, ryk bólu wywołany ogłoszeniem jakiś faktów lub opinii, nie oznacza wcale, że żyjemy w pięknej krainie ludzi szlachetnych, masowo i codziennie mówiących szczerą prawdę o innych.

Raz mamy do czynienia z prawdą, drugi raz z półprawdą, a trzeci po prostu z kłamstwem. Nie wiadomo, jak to odróżnić, w każdym razie nie po reakcjach, bo na prawdę reaguje się w polskim życiu publicznym dokładnie tak samo jak na kłamstwo. Oburzeniem, zaprzeczeniem, wskazywaniem na prowokację. Najlepiej polityczną. Prawda jest w ten sposób kwestią wiary, a nie sprawą wiedzy. Jeśli mamy odpowiednio ukształtowany umysł i hierarchię wartości – a pracują nad tym całe sztaby fachowców – bęedziemy wierzyć, że zaprezentowana nam właśnie obiektywna prawda jest ohydnym kłamstwem i stekiem ponurych kalumnii, zaś ewidentne kłamstwo wyda się nam czystą i szlachetna prawdziwą prawdą.

Nie wiadomo, jak wybrnąć z tego galimatiasu ze zdrowym w miarę sumieniem i nienaruszonymi władzami umysłowymi. Ja spróbowałem skonstruować własny aparat poznawczy, roboczo nazywany kłamstwomierzem. Trzeba tylko badać natężenie protestów po ogłoszeniu jakiejś bulwersującej sprawy, na przykład czyjejś współpracy z SB. Jeśli są bardzo głośne, jeśli jest w nich mowa o krzywdzie, ojczyźnie, moralności, sprawiedliwości, manipulacji i prowokacji, to najprawdopodobniej jest to prawda. Jeśli prym w protestach wiedzie grupa najbardziej znanych publicystów z najbardziej opiniotwórczych mediów, jest to z całą pewnościa prawda absolutna. Jeśli natomiast protesty są ciche, skromne, nieobecne w telewizji, to mamy do czynienia w sposób oczywisty z kłamstwem.

Szczególny przypadek stosunku do prawdy ujawnia się wtedy, kiedy nikt nie ma albo przynajmniej nie powinien mieć wątpliwości, jaka to prawda jest. A jednak pojawia się stado ludzi piętnujących tę prawdę, będącą oczywistą wartością powszechną, jako ohydne kłamstwo.

Mieliśmy przykład zagwożdżenia umysłów ćwiekami łgarstwa, kiedy znów wypłynęła z odmętów osoba generała Jaruzelskiego w związku z nieszczęsnym medalem i jednoczesnym postawieniem aktu oskarżenia. Natychmiast odezwali się bałwochwalcy, wrzeszcząc, że to Ojciec Ojczyzny, Zbawca i Prawdziwy Patriota. Z wiarą, albo wbrew lepszej wiedzy, że to tylko najemnik i namiestnik.

Sądząc po dwóch ostatnich publikacjach „Gazety Wyborczej”: hagiograficznym przypomnieniu Okrągłego Stołu w okrągłą, 17. rocznicę oraz ujawnieniu onegdaj instrukcji Kiszczaka, aby ludzi podsłuchiwanych przez SB zapisywać na listy Tajnych Współpracowników, możemy się w najbliższym czasie spodziewać jakichs sensacji personalnych ze schyłkowego okresu PRL.

Do samodzielnego stwierdzenia, czy są one prawdą, czy kłamstwem, proponuję zastosować mój kłamstwomierz. Zmierzcie natężenie protestów i patrzcie uważnie, kto protestuje, a nie popełnicie błędu.

Practical jokes to brytyjska specjalnośc. Są nawet na Wyspach specjalistyczne sklepy sprzedające sprzęt do robienia praktycznych dowcipów, których zasadą jest zaskoczenie i szok. Najlepszy, choć mało elegancki przykład – małe poduszeczki do podkładania na krzesło, wydające przy naciśnięciu dźwięk bardzo naturalistyczny. Efekt murowany, zwłaszcza w salonie u arystokratycznej lady. U nas żarty praktyczne, odsunięcie krzesła albo podstawianie nogi, są tańsze.

Ja sam zrobiłem kiedyś very british practical joke. Miałem kolegę, który mieszkał naprzeciwko tak zwanego sklepu za żółtim firankami. Firanek nie było, witryny były po prostu zamalowane, a wejście zaopatrzone w opuszczaną kratę. Krata u dołu miała dwa kółka, ale była zamknięta tylko na jedną kłódkę. Któregoś dnia, w nocy, zamknąłem tę kratę drugą kłódką. Czyli dokonałem antywłamania. Rano personel oraz towarzyszki gosposie panów sekretarzy stanęli przed problemem kłódki, której nie można otworzyć. Straszne było zamieszanie, harmider i rwetes, bo były to czasy, w których do ślusarza trzeba się było zapisywać na rok naprzód, jak dziś do lekarza specjalisty.

Bardzo był to udany żart i gdybym miał więcej ambicji, mógłbym go teraz upozować na znak protestu przeciwko wynaturzeniom komunizmu i przywilejom kasty rządzącej, bo w sklepie była nawet szynka. Przy uporczywym powtarzaniu tej historii oraz okraszeniu jej elementami odwagi osobistej – jak przekradałem sie nocą między patrolami, ryzykując życie – miałbym dziś status autorytetu moralnego. I mógłbym dalej uprawiać żarty praktyczne, wystawiając innym cenzurki: ludzi honoru albo zwierzęcych antykomunistów.

Brytyjskiego poczucia humoru u nas jak na lekarstwo, za to praktyka practical jokes szerzy się jak pożar buszu. PiS żartuje, że podda Sejm samorozwiązaniu. Platforma Obywatelska żartuje, że do tego nie dopuści ze względu na wizytę papieża. Andrzej Lepper żartuje, że będzie wicepremierem. Kaziemierz Marcinkiewicz żartuje, że przestanie być premierem. Roman Giertych żartuje, że nie zależy mu na władzy. SLD żartuje, że jest partią ludzi uczciwych i szczerych demokratów. Mamy nadprodukcję żartów, tylko jakoś nikt się nie śmieje. Może by tak połozyc w Sejmie tych 460 brytyjskich poduszeczek? Dowcip kosztowny, ale jednak tańszy od tego, co mamy teraz.

Sądząc po ostatnich analizach prasowych szef Samoobrony i własny kandydat na wicepremiera Andrzej Lepper jest postacią niezmiernie tajemniczą, z która nie można dać sobie rady. Bardziej niż na polityka Lepper wydaję się mieć kwalifikacje na bohatera romansu awanturniczego, jakiegoś „Jeźdźca znikąd” albo „Człowieka w żelaznej masce” w biało-czerwone paski.

Lepper jest podobno dzieckiem Millera i Urbana z lewego łoża, agentem Instytutu Schillera, przyjacielem i wielbicielem Łukaszenki, a wreszcie samorodnym talentem naukowym, próbującym skrzyżować kombajn Bizon z bizonem amerykańskim. Jest chuliganem blokadowym, ekonomem wiejskim – pogromcą profesorów ekonomii, z Balcerowiczem na czele, gajowym umożliwiającym zwolennikom dostęp do paśników sejmowych, mężem stanu, wicemarszałkiem Sejmu, Mulatem i nadzieją na bułkę dzieci idących bez śniadania do szkoły. Jest tym wszystkim i jeszcze wynalazcą zadawania pytań nie wymagających odpowiedzi, takich jak, – myśleliście, złodzieje, że wam to ujdzie na sucho? Oczywiście, złodzieje nie odpowiadają, zwłaszcza kiedy są uczciwi. A także inicjatorem przemian politycznych, chętnie podchwytywanych przez innych. Tu juz wersalu nie będzie – powiedział. I faktycznie, nie ma.

To są wszystko elementy wskazujące, że być może Andrzej Lepper istnieje naprawdę. Ale pewności żadnej nie ma. Lepper, mimo pojawiania się w telewizji, jest przede wszystkim legendą. Czymś w rodzaju potwora z Loch Ness, yeti albo Big Foot. Niby widuje się go od czasu do czasu, pozostawia ślady, udaje się zrobić mu zdjęcie, ale naprawdę żyje tylko w legendzie. Straszy się nim dzieci, które nie chcą jeść szpinaku, tak jak lewica postkomunistyczna straszyła Lepperem liberałów, a teraz Kaczyńwscy straszą nim Tuska z Rokitą. I to nawet skutecznie.

A tu się nie ma czego bać. Wpuszczony do rządu Lepper przestanie być groźną legendą, nikt się go już nie zlęknie, więc będzie bezużyteczny. Co gorsza, może sie ucywilizować jak niemieccy Zieloni i stać częścią establishmentu. Nie będzie go mozna odróżnić od innych. A po co nam jeszcze jeden zwykły, nudny polityk.

Mamy bardzo długą listę rzeczy, wydarzeń i zjawisk, które przeszkadzają w przeprowadzaniu wyborów powszechnych. Są to święta kościelne i państwowe, ferie szkolne, pory roku ze szczególnym uwzględnieniem lata, popularne imieniny, zakupy niedzielne w supermarketach oraz pogoda. Każda.

W piękną pogodę wyborcy zamiast tłoczyć sie przy urnach jadą do lasu. Przy brzydkiej, nie chce im się wyłazić z domu. W tej sytuacji nie ma właściwie dogodnego terminu wyborczego. A tu jeszcze doszła kolejna przeszkoda – wizyta papieża Benedykta XVI. Jest to dziwny argument w państwie laickim. Rozumiałbym jeszcze gdyby sprzeciwiano się wizycie w czasie trwania kampanii. Benedykt miałby okazję zobaczyć na plakatach wizerunki kandydatów i ich hasła, co mogłoby zmienić jego dobrą opinię o Polakach. Tego lepiej rzeczywiście uniknąć. Platforma Obywatelska, która bardzo się uduchowiła religijnie i potrzebuje stu dni spokoju na przestudiowanie katechizmu, nagle zorientowała się, że jest w pułapce. Jeśli parlament nie zostanie rozwiązany i nie będzie wyborów, to na mszy celebrowanej przez Benedykta XVI w pierwszym rzędzie zasiądzie wicepremier Lepper, a Tusk z Rokitą, jako opozycja, gdzieś dalej w tłumie. Marnie.

Stąd nowy pomysł. Niech PiS rządzi tak fatalnie, jak do tej pory, niech dalej nie spełnia obietnic wyborczych, niech rujnuje i psuje, kradnąc pomysły i projekty PO, byle bez Leppera. A w zamian Platforma będzie jak dotychczas popierać rząd mniejszościowy Marcinkiewicza myślą, mową i uczynkiem. Papież wyjedzie, to się zobaczy w badaniach opinii publicznej, co dalej. Może się zrobi wybory, a może zaprosi Dalajlamę.

Jest to tak chytry plan, że aż genialny. Kaczyńscy nigdy nie wpadną na to, o co tu chodzi. Nie mają takich tęgich głów i wybitnych strategów politycznych. Pułapka na Kaczory została zastawiona. Kolejne wybory wygra zdecydowanie PO, która poprzednie przegrała bo nie brała pieniędzy z budżetu i nie miała na kiełbasę wyborczą. Teraz się wszyscy złożymy z naszych podatków na sukces PO. Papież przyjedzie i wyjdzie, Bóg pobłogosławi, Ojczyznę nam zbawi.

Wszystko razem nazywa się polityką. Ale tylko w Polsce.

Politycy na czas obchodów pierwszej rocznicy śmierci papieża wyciszyli się w duchowym skupieniu, nawet niewierzący za co im chwała, ale nie miejmy złudzeń. Żaden topór wojenny nie został zakopany, wszystkie oddano tylko do naostrzenia.

Zaraz zacznie się znowu zdejmowanie skalpów i przywiązywanie do pala męczeńskiego. Jedną z awantur, bo czyż można przewidzieć wszystkie, będzie spór o korpus służby cywilnej. Bracia Kaczyńscy są legalistami, więc zamiast – jak ich poprzednicy – omijać ustawę nakazującą obsadzanie wszystkich stanowisk w drodze konkursu, chcą ją zmienić. Choć oficjalnie i w majestacie prawa, a nie pokątnie, cichaczem i sposobem, mianować na najwyższe stanowiska administracyjne ludzi, do których mają zaufanie. Podniesie się oczywiście krzyk, bo zaufani Kaczyńskich nie mogą budzić zaufania Tuska czy Rokity, nie mówiąc już o Kaliszu.

No to, zanim się zacznie, chcę zwrócić uwagę na doświadczenie, jakie mieliśmy przed chwilą z apolitycznymi urzędnikami z Kancelarii Prezydenta, którzy przetrwali w niej nie tylko Jaruzelskiego, Wałęsę i Kwaśniewskiego, ale nawet zmianę ustroju. Ktoś, kto zaczynał pracować w kancelarii jeszcze w czasach, gdy nie było jednej głowy państwa, tylko zespół półgłówków zwany Radą Państwa, i dotrwał do dziś, jest uosobieniem ideału urzędnika z korpusu służby cywilnej. Bezpartyjny, apolityczny, a mimo to przeszmuglował generała Jaruzelskiego na listę odznaczonych.

Pomysł z korpusem urzędniczym byłby dobry, gdyby motywacja jego powołania była inna, mniej idealistyczna, a bliższa życiu. Taka, jaką przedstawił rzymski cesarz Tyberiusz, którego można uznać za wynalazcę korpusu urzędniczego. Otóż Tyberiusz bardzo niechętnie zmieniał namiestników różnych krain, ale nie dlatego, że wierzył, iż służą tylko państwu. Powiadał, że każdy urzędnik jest jak bąk – kiedy się opije krwi ofiar, mniej wysysa – każdy nowy jest więc groźniejszy. Trzeba mieć litość nad poddanymi. Jeśli korpus będziemy organizować z takich pobudek, warto będzie to poprzeć. Nawet ze świadomością, że jednym z członków korpusu urzędniczego Tyberiusza był prefekt Judei Poncjusz Piłat.

Jan Paweł II znów przyszedł, w pierwszą rocznicę śmierci, z pomocą udręczonym Polakom. Wszystkie media, z elektronicznymi na czele, na trzy dni uwolniły nas od koszmaru polityki bieżącej. Politycy zamiast tradycyjnie obrzucać się błotem, oczerniać i opluwać, oddali się refleksjom duchowym i moralnym. Szczególnie aktywni w interpretacji etycznej spuścizny polskiego Papieża byli ci, którzy na co dzień w żaden sposób nie stosują się do Jego nauk. W tej atmosferze, jak się teraz mówi – wiciszenia, ja także oddałem się rozmyślaniom.

Otóż antropologowie twierdzą, że w społeczeństwach prymitywnych, przedpiśmiennych przesądne wierzenia stanowią integralną część światopoglądu. Prawie każdy wierzy w prawie wszystko. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nie jesteśmy społeczeństwem prymitywnym, bo u nas prawie nikt w nic nie wierzy. Obawawiam się, że to pozory.

Owszem, z całą pewnością nie jesteśmy już społeczeństwem przedpiśmiennym. Przeciwnie – jesteśmy piśmienni, choć z błędami. To jednak wcale nie powoduje u nas umniejszenia wiary w zabobony, gusła i przesądy. Jako piśmienni, czyli alfabeci, mamy nieograniczony dostęp do wszelkich możliwych przesądów, funkcjonujących na rozmaitych poziomach intelektualnych. I mamy wolny wybór, w które wierzyć, a w które nie.

Ci biedni jaskiniowcy czy inni nasi przodkowie nadrzewni byli bardzo w swoich przesądnych ograniczeniach ograniczeni. Mamut wieczorową porą – dostanie ci się njwiększa kość do obgryzienia. Diplodok przebiegł ci drogę – nie wychodź z jaskini przez trzy dni, bo spotka cię nieszczęście. Do przesądów należał zakaz stawiania maczugi cieńszym końćem na ziemi, sikania do ogniska domowego, stawania pod świętym dębem w czasie burzy albo spożywania krewnych. Wszystko bardzo ogrniczone, bo ograniczone było życie. Bogowie byli terytorialni, ich władza rozciągała się od świętego pagórka do świętego gaju, a za horyzontem włądali inni bogowie, inne ponowały zwyczaje i inne wyznawano przesądy. Na przesądy składały się doświadczenia i urojenia monorodzinne, jednoplemienne, wynikające z ubogiej tradycji.

Dziś mamy powszechność wiedzy, ogólny dostęp do każdej informacji i każdej interpretacji. Mamy globalizację wiedzy o faktach i globalizację przesądu. Media zalewają nas potokiem informacji, które musimy przyjmować na wiarę. Kiedy w czasach przedpiśmiennych przychodziła wiadomość, że w sąsiedniej osadzie urodziło się cielę z dwiema głowami, każdy mógł pójśći sprawdzić to osobiście. Nawet wtedy do dwóch każdy potrafił zliczyć. Dziś agencje donoszą, że takie cielę urodziło się w Paranie, ale mało jest ludzi gotowych wyprawić się do Argentyny, żeby to zobaczyć na własne oczy. Pozostaje wiara. Albo się wierzy, że cielę się urodziło, albo nie.

To samo jest z wszystkim innym. Mariah Carey ma kochanka, wszyscy Białorusini popierają Łjkaszenkę, Kaczyńscy to faszyści, Elvis Presley żyje, w gwiazdozbiorze Alfa Centauri wybuchła Supernova, prezydentem USA jest George W. Bush, PO wygra wybory, a bezrobocie w Polsce zawinił Balcerowicz. Można w to wierzyć, można też wątpić. Mało jest jednak ludzi, sceptyków integralnych, odrzucających całą przekazywaną im wiedzę o świecie i wszystkie interpretacje tego świata. Niewielu jest też takich, którzy we wszystko wierzą. Każdy na ogół dokonuje selekcji. W jedno wierzy, a w drugie już nie. Kryteria takiego wyboru są dla mnie dość niejasne. Nie wiem, dlaczego ktoś wierzy bez większych kłopotów intelektualnych, że kiedy zwiększone zostaną podatki i wydatki państwa, łatwiej dostanie pracę, ale jednocześnie nie wątpi, że wpływy podatkowe zostaną rozkradzione. Inaczej niż tylko przesądem wytłumaczyć się tego nie da.

Cała polityka i polityczne sukcesy też są oparte na zabobonach. Prymat nauki, mędrca szkiełko i oko nie przeszkadzają racjonalistom w upartym gwałceniu wciąż na nowo praw ekonomii w złudnej nadziei zbudowania społeczeństwa materialnie sprawiedliwego, to znaczy wyzwolonego z ekonomicznych praw i zasad. Wszystkie wojny religijne razem, reformacja z kontrreformacją, oraz inkwizycją nie przyniosły tylu ofiar, co próby naukowego zbudowania społeczeństwa uwolnionego z pęt materializmu. Różnie się to odbywało, od apeli o bezinteresowną pracę dla wspólnego dobra, przez przymusy finansowe i majątkowe, aż po fizyczną likwidację bogatszych dla poprawienia samopoczucia uboższych. Zawsze z tym samym skutkiem.

A mimo to przesąd powszechny, którego głoszenie wszędzie daję większość parlamentarną i władzę, powoduje, że proroków i wyznawców takiej wiary wciąż jest pod dostatkiem.

Nie mam na to innej rady, jak tylko taka – jeśli usłyszysz znów zabobon społeczny, przeżegnaj się i spluń przez lewe ramię. Jeśli nie pomoże, to jednak zawsze jest szansa, że kogoś oplujesz. To też poprawia nastrój.

To już mój kolejny ostatni felieton. W „Rzeczpospolitej”, ale nie w życiu. Bo życie istnieje także poza tą gazetą. Zresztą, brzmi to bardzo ostatecznie, ale życie jest wielce skomplikowane, już kilka razy pisałem ostatnie teksty do „Rzepy”.

Mówiąc w tym temacie językiem polityków, na obecnym etapie i w danych warunkach na dzień dzisiejszy jest ostatni. Co do przyczyn rozstania, są dosyć proste i wynikają bezpośrednio z ustroju, w jakim żyjemy, a przede wszystkim pracujemy. Z liberalnej gospodarki rynkowej, w której felieton jest takim samym towarem jak wszystko inne i ma swoją, dyktowaną przez prawo popytu i podaży, cenę. Są felietony tańsze i droższe. Jak buty. W przypadku moich okazało się, że popyt przewyższa podaż, to znaczy, że jako producent towaru deficytowego mogę dyktować cenę. „Rzeczpospolita”nie mogła czy nie chciała jej płacić. Rzuciłem się więc na rynek. I tyle.

Dziękuję wszystkim moim Czytelnikom za okazywaną mi życzliwość, ciepłe słowa i obfitą korespondencję. Dziękuję także tym, którzy nie szczędzili mi, czasem zjadliwej, krytyki. Chronili mnie skutecznie od popadnięcia w samozachwyt i zatracenia miary. Równocześnie przepraszam wszystkich, którym nie odpowiedziałem na listy i e-maile. Przy obfitości korespondencji nie byłem w stanie. Ale czytałem wszystko bardzo uważnie.

Dziękuję także wszystkim Koleżankom i Kolegom z „Rzeczpospolitej” za pomoc, współpracę i okazywaną przyjaźń. Jesteście fajni, zostańcie sobą. Kierownictwu „Rzepy” dziękuję za cierpliwość i łagodne tolerowanie moich przywar i zamiłowań.

Byłem i pisałem. Będę, tak długo, jak Bóg pozwoli, i będę pisał. Tyle tylko, że gdzie indziej. A jeśli ten tekst wypadł kabotyńsko, to też przepraszam. Sentymenty nie są dobrym doradcą przy pisaniu felietonów. Lepszy byłby cynizm, ale jakoś mnie w tym felietonie na niego nie stać.


  • RSS