rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2004

Jest to rzecz na tyle niepokojąca, że powinna się tym zająć co prędzej medycyna. Nie wiem tylko, która z jej licznych gałęzi. Czy wystarczy psychologia, czy raczej właściwa będzie psychiatria. Idzie o to, że stan zdrowia osób publicznych zmienia się w niepokojąco gwałtowny sposób w zależności od tego, w jakiej roli występują. Jako oskarżyciel taki delikwent jest pełen wigoru, sprawia wrażenie tryskającego zdrowiem, jest w stanie skrajnej, więc wyczerpującej ekscytacji, a mimo to trzyma się nad podziw krzepko. W każdym razie nie wykazuje żadnych objawów choroby, jeśli nie liczyć toczenia piany z ust i trudności z artykulacją myśli.

Kiedy dziarski nad podziw oskarżyciel sam znajdzie się w roli oskarżonego, natychmiast jego fizyczne zdrowie podupada. Zaczyna cierpieć na liczne, bliżej niezdefiniowane dolegliwości, zwłaszcza kiedy już w ramach pierwszej pomocy przeszedł amputację immunitetu. Kwęka, jest słaby, zgorzkniały i pełen kwasów. Odbija mu się demokracją i państwem prawa. Moczy się godnością jednostki i kładzie się do łóżka na manipulację polityczną.

W zasadzie wszystkie te, zmienne objawy są podręcznikowym przykładem psychozy maniakalno-depresyjnej. Po fazie nienaturalnego pobudzenia i agresji następuje faza wyciszenia i melancholii. Sprawa jest jednak o tyle szczególna, że dotyczy polityków z pierwszych stron gazet, którzy decydują, a w każdym razie chcą decydować o życiu nas wszystkich. Już z tego względu powinno się traktować to ciężkie cierpienie jako osobną jednostkę chorobową i chorobę społeczną. Dotknięty nią może któregoś dnia dojść bowiem do władzy – i wtedy my wszyscy staniemy się ofiarami zmiennych stanów. Jednego dnia każdy Polak dostanie karę chłosty, grzywnę i konfiskatę majątku, a drugiego dnia kolorowy balonik i lizaka.

Taka jest moja diagnoza cierpienia, na które zapadł Andrzej Lepper, który jako oskarżyciel polityków cieszył się najlepszym zdrowiem, a jako oskarżony przed sądem publicznym nagle zaniemógł. Nie jest oczywiście jedynym cierpiącym, bo choroba wydaje się być zakaźna. Jeśli się czegoś nie zrobi – szczepionki albo jeszcze lepiej izolacji i kwarantanny zakażonych – to zaczniemy się wszyscy najpierw opluwać, a potem ukrywać w szpitalach. Dojdzie do kolejnego kryzysu w służbie zdrowia, bo tego żaden budżet nie wytrzyma, żeby połowa obywateli była w sądzie, a druga połowa w szpitalu. -

Pani Annette Dittert, korespondentka niemieckiej telewizji publicznej ARD po kilku latach pobytu w Polsce i relacjonowaniu – dość oszczędnym, jak się wydaje – wydarzeń politycznych i innych w naszym kraju zakończyła misję i wraca do Kolonii. Z tej okazji wczoraj ARD pokazała ostatni jej reportaż z Polski, jak zrozumiałem podsumowanie doświadczeń i kwintesencję znajomości polskich problemów.

Problemów mamy sporo. Bo to bezrobocie i niestabilny rząd. Deficyt finansów publicznych i wzrost cen. Ograniczone możliwości wchłonięcia subwencji unijnych i roszczenia niemieckich wypędzonych. Afery i demoralizacja klasy politycznej. Udział w wojnie w Iraku i spór o europejską konstytucję. I tak dalej. Brać i wybierać. Ale pani Dittert mnie zawstydziła. Mam nadzieję, że i innych moich rodaków. Tak jesteśmy zajęci jakimiś głupstwami, drobiazgami niegodnymi uwagi, że nie dostrzegamy problemu najważniejszego. I dopiero potrzeba bystrego obcokrajowca z Niemiec, żeby nam go wskazał za pośrednictwem niemieckiej telewizji publicznej.

Ten problem numer 1 to w dzisiejszej Polsce jest antysemityzm. Pani Dittert pożegnała się z Polakami wytykając im antysemityzm. Trochę miała trudności, bo na ilustrację swojej tezy o tradycyjnym polskim antysemityzmie wybrała młodą dziewczynę, która dopiero co przyjęła religię żydowską i postanowiła z Polski wyjechać. – Czy pani ucieka przed prześladowaniami? – pyta dociekliwa Niemka. Odpytywana, widocznie ze strachu, że zanim jeszcze wyjedzie padnie ofiarą tradycyjnego polskiego pogromu mówi asekuracyjnie, że ona nigdy się nie spotkała z przejawami antysemityzmu, a wyjeżdża, bo w Polsce jest niewielu Żydów i nie ma żydowskiej społeczności. Potem pokazuje się Niemcom krakowski Kazimierz i tłumaczy, że kiedyś tętniło tu żydowskie życie. I ani słowa o tym, co się z tym życiem stało i dlaczego już nie tętni. Zresztą, po co mówić – nie tętni z powodu polskiego antysemityzmu. Niemcy mogą to najlepiej ocenić i potępić.

Osobliwym akcentem tego osobliwego, pożegnalnego reportażu jest wzmianka o XIV już Festiwalu Kultury Żydowskiej na tymże Kazimierzu. Żydów nie ma, życia nie ma, ale są festiwal i antysemityzm.

Nie ma co ukrywać – zostaliśmy, Polacy, zdemaskowani przez niemiecką telewizję jako antysemici. Jeśli nie jesteście pewni, czy jesteście antysemitami, czy nie, proponuję mały test. Przeczytajcie poniższy dowcip, autorstwa żydożercy Juliana Tuwima: Pan Maurycy Tigersznycel mówi do małżonki – Salciu, dałem temu żebrakowi fałszywe 50 groszy. – Moniek, a nie miałeś fałszywych 20 groszy.

Jeśli się uśmiechnęliście, jesteście straceni. Jesteście tradycyjnymi polskimi antysemitami.

Nie wszystko jest rzeczą moralności. Nie wszystko jest kwestią sumienia czy wstydu. Jest jeszcze problem dobrego smaku. W starej anegdocie o Franciszku Fiszerze sławny metafizyk, na pogrzebie aktora Mieczysława Frenkla, całując w czarną rękawiczkę aktorkę ubraną we wspaniałą toaletę żałobną, powiedział: „Pani niewątpliwie była dziś królową pogrzebu”.

Na pogrzebie Jacka Kuronia pierwsze rzędy loży honorowej upchane były całą dynastią. Królami pogrzebu i królami życia. Stawili się in corpore wszyscy, którzy tydzień wcześniej nie przyszli na pogrzeb pułkownika Kuklińskiego. W blasku trumny, w cieple dobroci i przyzwoitości, które odprowadzano z tą trumną do grobu, grzali się zwolennicy przyznania specjalnych rent i emerytur weteranom Służby Bezpieczeństwa, bojownikom o wolność i demokrację, niestrudzenie walczącym ze Zmarłym. Żegnali Jacka Kuronia z demonstracyjnym żalem protektorzy i członkowie Stowarzyszenia „Ordynacka”, zrzeszającego także członków bojówki, która wtargnęła kiedyś w ramach walki ideologicznej do Jego mieszkania, bijąc Jego samego i Jego sędziwego ojca. Możliwe, że w dalszych rzędach, za plecami generała Jaruzelskiego, stali także sami bojówkarze. Może na krzesłach zasiadali śledczy i klawisze. Niewykluczone, że na tym polega właśnie pojednanie narodowe, którego orędownikiem był Zmarły i Jego najbliżsi przyjaciele. Być może, że na tym właśnie polega sukces życiowej drogi Kuronia, choć bardziej wyglądało to na triumf królów Jego pogrzebu. Ładnie jest oddać hołd cnocie, ale wątpliwa jest wartość takiego hołdu, gdy cnota już zatriumfowała.

Leopold Tyrmand napisał we wstępie do „Dziennika 1954″: „Łobuzów i głupców nie trzyma za nogi sumienie ani myśl. Lecz teraz wiem, że nie to najsmutniejsze, iż udręka jest nagminnym udziałem tych, co nie chcą być nikczemni i starają się nie być głupi. Ponure i bolesne jest to, że po latach łajdacy i durnie dochodzą do przyzwoitości i rozsądku, nie walcząc o nic i nie poświęcając niczego – jedynie wymykając się konfrontacjom ze złem aż do czasu, gdy słuszność i uczciwość zwycieżą same, przy pomocy historii lub tylko mody”.

Wszystko można wytłumaczyć racjonalnie, nad każdym pochylić się rzewnie i ckliwie, z franciszkańską dobrocią. Ale pozostaje jeszcze kwestia dobrego smaku. -

Kiedy Adam Michnik, Bronisław Geremek i Konstanty Gebert pod pseudonimem z czasów konspiracji solidarnościowej – Dawid Warszawski – spierają się między sobą o moralne uzasadnienie sposobów ścigania sprawców hitlerowskich zbrodni na Żydach, człowiek rozsądny powinien się trzymać od tego sporu z daleka. Widocznie nie jestem rozsądny.

Artykuł Warszawskiego, opublikowany w „Rzeczpospolitej” (18.06.2004),który sprowokował mnie do zabrania głosu, jest katalogiem zastrzeżeń, jakie wobec projektu „Ostatnia szansa” ogłoszonego przez wiedeńskie Centrum Szymona Wiesenthala zgłosiły trzy osoby – oprócz Michnika i Geremka, jeszcze prezes IPN Leon Kieres. Wszystkie te głosy opublikowała „Gazeta Wyborcza”, nie zapraszając do udziału w dyskusji swego wieloletniego publicysty, Konstantego Geberta. Stąd pewnie pytanie na początku tekstu Warszawskiego – czyżby nie było w Polsce osoby, która miałaby na ten temat inne zdanie?

Cały artykuł to pozytywna odpowiedź na to pytanie. Oczywiście, jest w Polsce taka osoba, nazywa się Konstanty Gebert (Dawid Warszawski). Reszta to żmudna, punkt po punkcie, polemika ze wszystkimi obiekcjami, głównie natury etycznej, ale i praktycznej, jakie wysunięto wobec pomysłu ogłoszenia nagród w wysokości 10 tysięcy euro dla Polaków, którzy złożą po 60 latach donos na innych Polaków, ich zdaniem obciążonych współudziałem w hitlerowskich zbrodniach na Żydach.

Cel uświęca środki

W międzyczasie o tej inicjatywie wypowiedziało się krytycznie wiele innych, bardzo szacownych i powszechnie szanowanych osób, między innymi Władysław Bartoszewski. Szef okupacyjnej akcji pomocy Żydom „Żegota”. Gdyby Bartoszewski zdążył napisać parę słów na ten temat w „Gazecie Wyborczej”, także i jemu dostałoby się od Warszawskiego za opowiadanie się za bezkarnością sprawców ludobójstwa. A nawet za antysemickie uprzedzenia, jak Michnikowi i Geremkowi.

W każdym razie, i w największym skrócie, Dawid Warszawski, dezawuując jeden po drugim argumenty swoich adwersarzy przeciwko płaceniu w 60 lat po zakończeniu hitlerowskiej okupacji przez zewnętrzny, zagraniczny i prywatny ośrodek ogromnych, jak na polskie warunki, pieniędzy za nagłe przypomnienie sobie, kto w roku 1943 był – powiedzmy – szmalcownikiem, postawił się w roli obrońcy zasady, że ujawnienie przestępstwa i jego sprawcy jest dobrem tak wielkim, iż usprawiedliwia wszystkie, prowadzące do tego metody. Innymi słowy, stara maksyma: cel uświęca środki, której realizacja tyle złego narobiła w dziejach ludzkości.

Wspólnicy z gangu

Odwoływanie się do chciwości, do instynktu posiadania, do żądzy łatwego zarobku w celu czynienia dobra i zaprowadzania sprawiedliwości wydaje się nadzwyczaj wątpliwe etycznie. Porównanie, na jakie sobie pozwolił Gebert, przywołując nagrody, jakie obiecuje się za ujawnienie sprawców przestępstw pospolitych, kradzieży czy zabójstw jest chybione. Szuka się sprawców konkretnych czynów. A Centrum nie ogłasza przecież nagrody za informację dla tego, kto – dajmy na to – zna sprawcę wydania w ręce gestapo w roku 1941 Mendla Brzeskiego zamieszkałego przy ulicy Nowolipie w Warszawie.

Apel Centrum przypomina raczej parodię ogłoszenia z „W oparach absurdu” Słonimskiego i Tuwima: „ktokolwiek lub ktobądź wie cokolwiek lub cobądź…”. Jeszcze nie jesteśmy w oparach absurdu, ale już niedaleko. Ponadto wiedzę o przestępstwie prokuratorom lub samym ofiarom sprzedają ci, którzy ją posiadają, najczęściej wspólnicy albo gangsterzy z konkurencyjnego gangu. Czyżbyśmy byli traktowani przez Centrum – albo przez Warszawskiego – jak naród przestępców, powszechnych, masowych współudziałowców hitlerowskiego ludobójstwa, których trzeba pieniędzmi nakłaniać do wydania wspólników? Bardzo bym nie chciał, aby z tej nieprzemyślanej chyba akcji Centrum Szymona Wiesenthala wynikło, że Polacy nie są i nigdy nie będą przez Żydów uznawani za współofiary i bez względu na wszystko zostali raz na zawsze zakwalifikowani jako współsprawcy. Bardzo mi przykro, ale choć nagrody są indywidualne, a donosy mają dotyczyć indywidualnych występków, wszystko razem nosi charakter zbiorowego potępienia.

Cena cierpienia

Szkody, przede wszystkim moralne, a także inne, oczywiste niebezpieczeństwa płynące z tej akcji dla opinii publicznej zarysowali autorzy, z którymi Gebert polemizuje. Chciałbym dodać do tego jeszcze jeden argument. Trwa akcja wypłacania odszkodowań dla polskich ofiar hitleryzmu. Dla więźniów obozów koncentracyjnych. Robotników przymusowych. Ofiar eksperymentów medycznych. Te pieniądze, które jako zadośćuczynienie dostają Polacy, znajdujący się podczas okupacji w sytuacji porównywalnej z żydowskimi ofiarami III Rzeszy, są nieporównywalne z tymi, które oferuje Centrum Szymona Wiesenthala za spóźnioną denuncjację. Za cierpienia dostaje się parę groszy. Za donos kilkadziesiąt tysięcy złotych. Nie trzeba być psychologiem społecznym, aby sobie wyobrazić, jakie to porównanie sum może wywołać emocje u ludzi, Polaków, którzy przez kilka lat leżeli na tej samej pryczy, na której leżeli Żydzi. Którzy także byli bici, poniżani, torturowani i mordowani.

Warszawski tłumaczy, dlaczego Centrum zdecydowało się udzielać nagród nie tylko w krajach byłego ZSRR, gdzie zbrodnie na Żydach nigdy nie były ścigane, ale także i w Polsce, gdzie ścigano je mimo wszystko konsekwentnie od roku 1944: dlatego, że zbrodni tych dokonywano na terytorium Polski. Byłby to dobry argument, gdyby takie nagrody wprowadzono też we Francji. Wydaje się, że pozostaje tam bezkarnych znacznie więcej wspólników eksterminacji Żydów niż w Polsce. Kilka lat temu hamburski tygodnik „Der Spiegel” opublikował – nie bez satysfakcji – w kilku odcinkach obszerną dokumentację francuskiego wkładu w holokaust nie tylko w strefie okupowanej, ale i pod rządami Vichy. Bardzo to była ciekawa lektura, którą polecam z całego serca Warszawskiemu. Może przekona Centrum do ogłoszenia nagród za donos także we Francji. Tylko, że trzeba będzie tam dać więcej. Francja jest bogatsza od Polski.

Wspaniałe informacje

I wreszcie, ostatnia sprawa – pisze Warszawski, że infolinia Centrum zebrała już pierwsze zgłoszenia. To bardzo optymistyczne. Jak znam Polaków, liczba zgłoszeń będzie rosła lawinowo. Wiele lat temu Cornelia Gerstenmaier, szefowa niemieckiej organizacji Kontinent, zajmującej się m.in. pomocą dla dysydentów prześladowanych przez reżimy komunistyczne, pokazała mi list z prośbą o pieniądze od pewnego generała Armii Krajowej, bohatera powstania warszawskiego, odznaczonego Virtuti Militari i poszkodowanego przez komunę. Bardzo to był piękny, wzruszający i przekonywający życiorys. Ale najpiękniejsze było to, że jego bohater w dniu wybuchu powstania miał lat 13. Boję się, że Centrum otrzyma informacje równie wspaniałe, jak ten biogram bojownika.

Ktoś z mojej bliskiej rodziny chciał nawet sam zatelefonować. W 1940 roku jako maturzysta tajnych kompletów pracował przy sypaniu wałów przeciwpowodziowych w Wilanowie. Większość robotników stanowili Żydzi, skoszarowani w barakach prowizorycznego obozu pracy. Któregoś dnia kolumna robotników żydowskich nie stawiła się do pracy. Kierujący robotami inżynier pojechał do tego obozu sprawdzić, co się stało i zabrał ze sobą mojego krewnego. W obozie, w którym nie było ani jednego Niemca i ani jednego Polaka, żydowscy nadzorcy urządzili żydowskim więźniom karny apel i okładali ich za jakieś przewinienia pałkami. Niestety, mój krewny nie zna nazwisk tych nadzorców, tak jak nie pamięta nazwiska tego żydowskiego studenta medycyny, któremu pomógł uciec z obozu, ukryć się i wyrobić fałszywe dokumenty. To w końcu było 64 lata temu.-


  • RSS