rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2004

Po traktacie ryskim, ustalającym wschodnią granicę II Rzeczypospolitej, marszałek Józef Piłsudski spotkał się z korpusem oficerskim niewielkiej armii Królestwa Białorusi, która pod dowództwem generała Bałaka Bałachowicza walczyła u boku polskiej armii przeciwko Sowietom. Zarówno sprawa białoruska, jak i ukraińska były przegrane. Politycznie ani Bałachowicz, ani Petlura nie mieli już żadnego znaczenia. Mimo to Piłsudski uważał za konieczne stanąć przed frontem przegranych sojuszników. Powiedział tylko, z trudem, łamiącym się głosem, jedno zdanie, najprostsze słowa: Panowie, ja was przepraszam. Uważał takie przeprosiny za sprawę honoru.

Żołnierzy Powstania Warszawskiego nikt nigdy nie przeprosił za to, że zostali wykorzystani w wojnie i pokoju na różne sposoby, porzuceni, okłamani, opluci i prześladowani. Nie przeprosili ich ani zachodni alianci, ani Rosjanie, ani nawet Rzeczpospolita. Darto ich na strzępy na ołtarzach polityki, teraz na tych samych ołtarzach okadza się ich i wielbi, ale się nie przeprasza. Widocznie honor zdegenerował się od czasów marszałka Józefa Piłsudskiego.

Sejm Rzeczpospolitej w 60 lat po powstaniu, w pół wieku po haniebnych procesach i wyrokach śmierci na zaplutych karłów AK, po dziesięcioleciach manipulacji powstaniem zaniedbał, uchwalając uroczystą rezolucję, włączenia w nią przeprosin dla tych, którym próbowano odebrać patriotyczną dumę. Wszystko odbywa się tak, jakby powstanie skończyło się wczoraj. Jakby wina za powojenne losy powstańców nie była udziałem wielu Polaków i instytucji państwa polskiego. Czy taki ma być honor tego Sejmu i tej Rzeczypospolitej?

Jutro przyjeżdża do Warszawy kanclerz Niemiec Gerhard Schröder, który zapewne przeprosi powstańców i mieszkańców Warszawy za masakrę i zniszczenie miasta. Będzie jedynym, który przeprosi. Reprezentant ówczesnego wroga. Ówcześni sojusznicy i przyjaciele przepraszać nie będą. Będą opowiadać o uwarunkowaniach i koniecznościach, o sytuacji politycznej, o rozgrywkach. Być może o polskiej nieodpowiedzialności, w czym znajdą wielu krajowych naśladowców. O przeprosinach w imię honoru nikt nie wspomni. Honor to niemodne słowo. Honor to przestarzała cnota.

Bywają słowa skrzydlate, które wylatują ponad poziomy i przechodzą do historii. Napoleon powiedział: „Żołnierze, czterdzieści wieków patrzy na was” i wszyscy to powtarzają do dziś. Goethe powiedział: „Więcej światła”, a Lenin: „Socjalizm to elektryfikacja plus władza rad”. Odpowiednie dać rzeczy słowo jest marzeniem każdego poety i każdego polityka, bo polityka, jak poezja, jest także formą magii. Ale rzadko komu się to udaje. Ostatnio udało się Jaśnie Oświeconemu baronowi podkarpackiemu SLD, Krzysztofowi Martensowi, którego słowa o Andrzeju Ananiczu: „Nie je truskawek ani porzeczek, bo nienawidzi koloru czerwonego” trafiły pod strzechy jak Inwokacja z „Pana Tadeusza”. Wszyscy to powtarzają, nie można nastawić żadnej stacji radiowej, żeby tego nie usłyszeć. Jedni zgadzają się z Martensem, że kandydat Belki na szefa Agencji Wywiadu jest uczulony na czerwone, inni zaprzeczają. Poseł Lewandowski przysięga, że widział na własne oczy, jak Ananicz jadł truskawki i nie dostał wysypki. Martens ripostuje, że dla sprawy czarny zje nawet pomidora. Słowem, toczy się poważna, polityczna dyskusja.

Jaśnie Oświecony baron Martens, jako znakomity brydżysta przyzwyczajony do leżenia przed partią, nie mógł oczywiście spokojnie przyjąć nominacji Ananicza, który nie leży przed SLD. Co mnie dziwi, to że wybrał nomenklaturę ogrodniczą, zamiast brydżowej. Mógł przecież, zamiast o jedzeniu truskawek, powiedzieć coś ładnie o niewychodzeniu w kiery i kara, o niedodawaniu do koloru, jak gra idzie w czerwień, o kontrowaniu i o atutach. Widocznie chodziło o to, żeby nie kierować uwagi opinii publicznej w stronę brydża, bo społeczeństwo mogłoby dostrzec, że czerwony baron jest w rzeczywistości waletem żołędnym.

Najtrudniejsza ze wszystkiego byłaby oczywiście szczerość. Powiedzenie po prostu, że chodzi o to, aby wywiadem kierował stary, wypróbowany towarzysz partyjny, najlepiej dobry czekista, absolwent akademii imienia Feliksa Dzierżyńskiego i kursów KGB. Ktoś w rodzaju pułkownika Płatka albo generała Pożogi, co to zje bez obrzydzenia truskawkę, zakąsi pomidorem i będzie się jeszcze rozglądał za flaszką, koniecznie z czerwoną kartką, a przy brydżu (powiedzmy, żeby być w zgodzie z realiami, przy grze w kupki) uprze się, że czerwień jest starsza od wina.

W tym roku nie ma tak strasznych upałów. Co to będzie się działo w polityce, jak nadejdą. Lepiej na wszelki wypadek pozamykać baronów żołędnych do lodówki razem z truskawkami.

PS. Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” zasugerowała, że jestem opętany przez diabła, bo sobie z niej zażartowałem. Kierownictwo „Rz” poddało mnie natychmiast stosownym testom. Na wodę święconą nie reaguję, tak jak Ananicz nie reaguje na truskawki. Natomiast wzdrygam się od wódki, ale tylko po pierwszym kieliszku i jak jest ciepła. Zalecono egzorcyzmy koniakiem. -

Moja propozycja wyeksportowania z Polski co bardziej zasłużonych osób spotkała się z szerokim odzewem społecznym i poparciem wszystkich warstw ludności. Wysunięto wiele kandydatur, z reguły z poważnym i przemyślanym uzasadnieniem.

Nominacje od czytelników „Rzeczpospolitej” uzyskali: marszałek Adam Struzik najpierw do NASA, a po krótkim treningu na Marsa, Marek Pol śladami Napoleona na Świętą Helenę, Sylwia Pusz na pustynię Gobi, Maria Szyszkowska na plac Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, Izabela Jaruga-Nowacka do Teheranu w celu organizowania tam marszów równości, Władysław Frasyniuk na Słowację, daleko i blisko zarazem, Krystyna Łybacka do UNESCO, Jerzy Urban do FAO, bo zna się na samowyżywieniu, Roman Giertych do Koła Polskiego w Dumie, Gabriel Janowski też do FAO, departament cukru, Jerzy Wenderlich tamże, niech organizuje światową głodówkę, Kwaśniewski z Janikiem do ONZ, godzić przy flaszce czystej Szarona z Arafatem, Leszek Miller, Jerzy Jaskiernia, Aleksandra Jakubowska do rezerwatu na Białorusi, Robert Kwiatkowski na Antarktydę, ksiądz Rydzyk do Mekki, Jerzy Robert Nowak na Madagaskar. A także Dyduch, Naumann, Czarzasty bez wskazania miejsca. Po prostu byle gdzie, byle dalej.

Były ponadto nominacje zbiorowe. Uzyskały je zespoły redakcyjne „Gazety Wyborczej” i „Nie”, czytelnicy tych pism, wszystkie kluby parlamentarne, pisarze i artyści średniego i młodego pokolenia, duchowni bez wskazania wyznania oraz duchowni katoliccy występujący w mediach, baronowie SLD, klasa polityczna in corpore.

Niechętnie piszę o tym z wrodzonej skromności, ale jeden z czytelników wytypował na eksport mnie. Jego zdaniem, powinienem być wysłany do najtajniejszej komórki wywiadu w Europie, tak aby to, co będę pisał, przeczytała jak najmniejsza liczba osób. Na miejscu jestem szkodliwy ze względu na niewłaściwy stosunek do małżeństw homoseksualnych i pedofili. Gdyby udało mi się dokonać w tej sprawie tyle co Miller i Janik w rządzeniu krajem, byłbym zadowolony.

To już pełna lista nominowanych. And the winner is: Józef Oleksy, którego na eksport wytypowała zdecydowanie największa liczba głosujących. Oleksy uzyskał aż 14 głosów na 35 możliwych. Marszałkowi serdecznie gratulujemy. Jak z tego widać, żaden wysiłek nie idzie na marne, a nieugięta postawa i trwałe zasady zawsze w końcu są nagrodzone. -

Nie bardzo rozumiem oburzenie, z jakim przyjęto informacje o zablokowaniu przez grupę byłych polskich negocjatorów, obecnie bez stałego zajęcia, nominacji prof. Kleibera na jakieś bardzo wysokie stanowisko w brukselskich strukturach unijnych. Powód blokady ma być taki, że jak prof. Kleiber zajmie bardzo wysokie stanowisko, to wykorzysta limit posad przypadających z klucza Polakom i kilka osób nie otrzyma stanowisk średnich i niskich. Z tej okazji usłyszałem tradycyjne okrzyki o polskim piekle, kompromitacji i wstydzie.

A fe! Jak można tak pokrzykiwać. Dowodzi to tylko braku wyobraźni i wąskich horyzontów. Trzeba myśleć pozytywnie. Trzeba na całą tę sprawę patrzeć od strony realnych korzyści dla narodu. Jest oczywiste, że pozbycie się z Polski kilku osób jest korzystniejsze, niż pozbycie się tylko jednej. Zwłaszcza gdy idzie o osoby sfrustrowane i wplątane w politykę. Jeśli za Kleibera wyjadą do Brukseli tylko trzy inne osoby, jest to już dla Polski czysty zysk.

Nauczmy się myśleć pozytywnie. Kręcono nosami na skład naszej reprezentacji do Parlamentu Europejskiego. Pewnie, że nie jest idealny. Ale za jednym zamachem pozbyliśmy się wszakże całego kierownictwa PSL, posła Pęka i kilku innych wybitnych jednostek. W Warszawie zrobiło się jakoś przestronniej i sympatyczniej. Oczywiście, można było jeszcze wyeksportować Gadzinowskiego. Niestety, tej szansy nie wykorzystaliśmy. Ale nic straconego. Korzystam z okazji, żeby zaapelować do ministra Cimoszewicza o rozważenie wysłania Gadzinowskiego w misji dyplomatycznej do Phenianiu. Będzie tam mógł namówić Koreańczyków do świętowania 22 lipca i powalczyć o prawa gejów.

Zamiast zawistnie jęczeć, że znów ktoś sobie załatwił wyjazd dzięki układom, cieszmy się, że wyjechał. Zamiast kręcić nosem, warto raczej sporządzić społeczną listę kandydatów na eksport, takich, których Polacy chcieliby się pozbyć i wedle tej listy odsyłać do ONZ, Unii, KBWE, UNESCO, FAO, NATO i gdzie tam jeszcze.

PS Zachęcam Czytelników „Rz” do typowania faworytów na taką listę. Typy z uzasadnieniem można nadsyłać e-mailem na adres m.rybinski@rp.pl.

Zmartwiłem się poważnie kondycją naszych przedstawicieli w Parlamencie Europejskim. Mało brakowało, a posłano by reprezentantów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej do Strasburga w ogóle bez pieniędzy. Na głodnego i o suchym pysku. Któren większy chudopachołek, na ten przykład poseł Pęk, to mu nawet śmierć głodowa groziła. W ostatniej chwili wysupłano trochę dutków z komory, żeby posłom przynajmniej na hamburgera z colą starczyło. Jak w takich warunkach mamy się spodziewać, że posłowie kurczowo trzymający w spoconej dłoni marne groszaki godnie nas będą w Europie reprezentować, głosząc sławę Rzeczpospolitej i przysparzając jej chwały?

A nie tak drzewiej bywało. Poselstwa polskie, wjeżdżające do obcych stolic, Zamoyskiego czy Ossolińskiego do Rzymu, Radziwiłła do Wiednia, Leszczyńskiego i Opalińskiego do Paryża, to były wydarzenia, o których długo rozprawiała cala Europa. Wiele fortun włoskich i francuskich wyrosło na złotych podkowach polskich koni, specjalnie słabo przykutych tak, aby odpadały na miejskim bruku. Za jeden guz od żupana polskiego posła trzy wioski można było kupić wraz z chłopami. „Nuż owy alabanty, nuż owy kutasy, nuż owy dziwne muchry, strzępki, aż dziwno patrzeć…” – pisał Mikołaj Rej. A dziś guzik, nawet bez kutasa.

Jeśli Polska ma zająć właściwe i należne jej historycznie miejsce w Europie, stanowczo musimy wrócić do dawnej tradycji.

Polski poseł, przechadzający się po korytarzach parlamentu w Strasburgu w butach wypchanych słomą, ale podkutych złotem, gubiący żabki, a u jego stóp tłum deputowanych niemieckich i francuskich bijących się o każdy gwoździk to dopiero byłby piękny widok. Szacunek do Polski rósłby z każdym spacerem Polaka i pozostałe nacje bez oporu powierzałyby Polakom przewodnictwo całego Parlamentu i wszystkich jego komisji, choćby w nadziei, że szerokie gesty w czasie popisów oratorskich ułatwią odrywanie się słabo przyszytych, wysadzanych brylantami guzików przy garniturach Vistuli z kutasem. Na to nie wolno żałować pieniędzy, na to środki muszą się znaleźć.

Kto powinien być szefem Agencji Wywiadu w Polsce? Za czasów PRL sprawa była prosta. Szefem wywiadu musiał być agent. Po prostu mówiąc, czekista. Teraz sprawa się pokomplikowała. Wobec braku imperatywu kategorycznego przy wyborze naczelnego wywiadowcy szefem wywiadu może być każdy. I to jest poważne utrudnienie. Jak się ma do dyspozycji wszystkich, to nikt nie jest dostatecznie dobry. Wybiera się więc raczej z kręgu ludzi bliskich ideowo.

Jak u władzy jest lewica, to z lewicy, a jak prawica, to na odwrót. Słuszność takiego postępowania jest oczywista, mimo że ktoś naiwny mógłby wyrazić zdziwienie, po co kierownikom wywiadu zagranicznego orientacja polityczna. Oczywiście wyśledzenie czegoś w kraju ościennym nie jest zależne od tego, jaki szef AW ma stosunek do aborcji albo czy uważa, że redystrybucja dochodów ważniejsza jest od samych dochodów. Natomiast już sukces grzebania w rodzimych teczkach tajnych specjalnego przeznaczenia, co jest ubocznym wprawdzie, ale ważnym elementem pracy AW, stanowczo zależy od tego, jakich szef ma wspólników ideowych.

Przy tak pojmowanej powszechnie w kręgach klasy politycznej misji wywiadu zagranicznego RP premier Marek Belka dokonał wyboru najgorszego z możliwych. Desygnował na to stanowisko Andrzeja Ananicza i na dodatek zaprezentował go jako kandydata apolitycznego. Oburzyło to przede wszystkim SLD. – Ananicz apolityczny? – zagrzmiał Krzysztof Janik. – Akurat. Ananicz ma bardzo wyraźne poglądy polityczne. Jasne jest, że kogoś, kto ma wyraźne poglądy, SLD nie może zaakceptować. Gdyby miał poglądy niewyraźne, to co innego. Byłby jak kierownictwo SLD i nadawałby się do towarzystwa.

Opozycja też nie akceptuje Ananicza. Konstanty Miodowicz z PO ideowych zastrzeżeń nie ma, ale uważa, że Ananicz nie zna się na wywiadzie. Nie umiałby sobie przykleić sztucznych wąsów ani streścić, co piszą zagraniczne gazety. PiS z kolei uważa, że Ananicz zna się na inwigilacji, ale wyłącznie prawicy. I to w Polsce. A w dodatku mógłby wciągnąć do wywiadu Wachowskiego, a może nawet Wałęsę.

Ponieważ nikt Ananicza nie popiera, ani ideowo, ani personalnie, ani w koalicji, ani w opozycji, pewne jest, że zostanie on szefem Agencji Wywiadu. I nic się nie stanie. Chłopaki z SLD pokrzyczą trochę, że im się dzieje krzywda, a potem z tym większą dyscypliną będą popierać w Sejmie krzywdziciela Belkę. Wszystko poprą, byle tylko nie było przedterminowych wyborów, które są sprzeczne z ich ideowo-politycznym światopoglądem. Chłopaki, nie płaczcie, trzeba się poświęcić z poczucia obowiązku. -

Entuzjazm, z jakim część naszej krytyki filmowej okadza Michaela Moore’a i jego film „Farenheit 9/11″, nie da się wytłumaczyć tym, że Moore dostał za ten obraz Złotą Palmę w Cannes. Nasi krytycy nie zawsze są czołobitni wobec jury canneńskiego festiwalu. Wystarczy przypomnieć, z jakimi dąsami przyjęli nagrodzenie „Pianisty” Romana Polańskiego. Można było wtedy odnieść wrażenie, że jury popełniło nietakt wobec Polaków. Długo zastanawiałem się nad przyczynami tej niechęci, dziś wiem, że reżyser zajął się nie tym, co trzeba. Zamiast losami Szpilmana na tle wielkiej wojny powinien zająć się aktualną interwencją polityczną. Film Polańskiego „Celsjusz 39,9″ o Lepperze wprawdzie nie dostałby nagrody w Cannes, ale miałby za to pochlebne recenzje w Polsce.

Tak jak wtedy czołowym chłostaczem Polańskiego był Zdzisław Pietrasik, tak teraz jest pierwszym chwalcą Moore’a. Piękne są kawałki pietrasikowej prozy o Moorze w najnowszej „Polityce”. Moore – pisze Pietrasik – „stworzył własną formułę filmu…”. Nie stworzył, skopiował. Identyczny jak Farenheit film, pod tytułem „Der Kandidat”, nakręcono w RFN o Franzu Josephie Straussie, podżegaczu wojennym, odwetowcu i militaryście w roku Pańskim 1980. Wszyscy o tym zapomnieli, tak jak zapomną o Moorze, choć Strauss przegrał wtedy wybory. Rzekomy nowator Moore wedle Pietrasika podniósł głos „w obronie zagrożonych ideałów amerykańskiej demokracji, poczynając od zawodnej procedury wyłaniania prezydentów”. Procedura jest zawodna, bo wyłania prezydentów, którzy nie odpowiadają ani Moore’owi, ani jury z Cannes, ani Pietrasikowi. To istotnie skandal. Ja też wielce martwię się o przyszłość demokracji amerykańskiej i mam nadzieję, że liczenie dziurek w kartach do głosowania USA powierzą, jeśli nie Moore’owi, to przynajmniej Pietrasikowi.

„Jest to przykład kina politycznego, w pełni zaangażowanego” – pisze Pietrasik w jednym miejscu „Polityki”, a w innym dodaje, że w Polsce taki film jak „Farenheit” nie mógłby powstać, bo nasi twórcy nie mają żadnych poglądów politycznych. To istotnie smutne. Gdzieś w dalekiej Ameryce twórca Moore wypełnia dyrektywy Anatolija Łunaczarskiego, robi film zaangażowany, propagitkę, za którą jeszcze niedawno dostałby nie tylko Złotą Palmę, ale i Nagrodę Leninowską, a nasi twórcy, wyprani ze światopoglądu, ekranizują klasykę. Zagnać ich, psiakrew, do roboty. Niech nakręcą „Zdeptane łany” o chłopach postpegeerowskich. Niech Wajda zdemaskuje Kaczyńskich w obrazie „O dwóch takich co ukradli FOZZ”, niech Pasikowski obnaży Rokitę, a Królikiewicz Millera. Powierzyć Porębie zrobienie filmu o roli Kwaśniewskiego w zbrodni w Jedwabnem. Potrzebne są nam dziś filmy o sprzedawaniu Polski, a nie filmy, które same mogłyby się sprzedawać. Potrzebna jest nam kinematografia niezależna, pisze Pietrasik, a od czego powinna być niezależna, to już inna sprawa. Najlepsza jest niezależna od rozumu i przyzwoitości.

Strasznie dużo słyszy się w Polsce narzekań na rodzimą produkcję filmową i telewizyjną. Głupie, nudne, oderwane od życia, prymitywne. Filmowcy replikują, że nie mają pieniędzy na realizację ambitnych projektów kinowych, a telewizje, zapatrzone w fetysz oglądalności ulegają najpospolitszym upodobaniom widzów. Zdolni reżyserzy w ogóle nie są dopuszczani do robienia filmów. Najlepsze scenariusze są odrzucane. Ale to wszystko są wykręty. Prawda jest taka, że brakuje w Polsce prawdziwej inicjatywy i woli tworzenia. Gdyby ktoś chciał naprawdę robić filmy, to nie oglądałby się na sponsorów, komisje scenariuszowe, producentów, tylko brał się do roboty. Prawdziwemu artyście w nakręceniu filmu nie przeszkodziłby nawet brak kamery.

Na szczęście nie wszędzie na świecie mamy do czynienia z filmową dekadencją. Są jeszcze ludzie wrażliwi i chętni, aby robić filmy wbrew wszystkim przeciwnościom losu. W dalekim Ussuryjsku, na jeszcze dalszym Dalekim Wschodzie były kryminalista Witalij Diomoczka, ksywa Bednarz, nakręcił serial „Spec”, do którego napisał scenariusz i muzykę. W tym serialu z życia reżysera, który opowiada o wyczynach lokalnej bandy złodziei i gangsterskich porachunkach jedynie milicjanci są grani przez aktorów. Pozostali, to znaczy złoczyńcy, to nawet nie naturszczycy. To po prostu gangsterzy w rolach własnych. Taki serial ma piętno autentyzmu, którego nigdy nie uda się osiągnąć bandytom w polskich filmach, granym przez absolwentów PWST. „Co ty kurwa wiesz o zabijaniu” brzmi inaczej w ustach mordercy, niż w ustach Bogusława Lindy. Inny kaliber.

W Ussuryjsku potrafią zrobić film. A u nas nie. Czy nie lepiej byłoby, gdyby „Masa”, zamiast kisić się w więzieniu i sypać jako świadek koronny, dostał kamerę, wziął „Wołowinę”, „Cielęcinę”, „Wieprzowinę”, paru autentycznych biznesmenów i paru polityków, a zatrudnił tylko Żebrowskiego jako prokuratora krajowego, Kondrata jako policjanta i nakręcił serial z życia III Rzeczypospolitej? Powodzenie zapewnione, a autentyzm nie do podważenia przez krytykę. Jagiełło z Sobotką też mogliby, zamiast jeździć na rozprawy zrobić film „Stars of Starachowice”. Nie wątpię, że gdyby Rywin wziął się za kręcenie obrazu „Oni trzymali władzę”, Aleksandra Jakubowska z radością odegrałaby rolę gwiazdy u boku pierwszego amanta Czarzastego. Byłby to pierwszy w dziejach kinematografii film zrecenzowany na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej”. A „Reanimacja” w reżyserii Marka Borowskiego, politthriller, to dopiero byłby gwóźdź programu. A nawet dwóch programów – filmowego i politycznego.

Gdyby robieniem filmów zajęli się ludzie, którzy czegoś już w życiu dokonali i do czegoś doszli, tacy jak Bednarz z Ussuryjska, zarzucilibyśmy świat naszymi filmami. Toteż nie kwękać, tylko do roboty. Pokażcie Polakom, jak żyjecie, a oni się wam odwdzięczą. I też wam pokażą.

Skończyłem właśnie czytać wydaną przez Znak książkę Marca Abrahamsa „AntyNobel”, syntetyczne omówienie laureatów przyznawanej od roku 1991 nagrody AntyNobel i ich osiągnięć. Nagrody przyznaje Kapituła AntyNobla, składająca się z redaktorów pisma „Annals of Improbable Research” („Rocznik badań nieprawdopodobnych”) oraz naukowcy, w tym wielu laureatów Nagrody Nobla. Piękne znaleźć można w tej książce wyżyny, na jakie potrafi wspiąć się ludzka myśl, duch wynalazczości i przekory.

Na liście laureatów jest Jacques Beneviste, który odkrył, że woda jest cieczą inteligentną i obdarzoną pamięcią, oraz grupa młodzieży protestanckiej, która w ramach walki z graffiti zmyła malowidła naskalne sprzed 15 tysięcy lat. Są lekarze wyróżnieni za pracę o nieskuteczności terapii elektrowstrząsami po ukąszeniu przez grzechotnika i weterynarz, który wkładał sobie do uszu roztocza wyjęte z uszu kota. Nagrodzono uczonych japońskich za uczenie gołębi odróżniania obrazów Picassa od obrazów Moneta i odkrycie, że kłopoty finansowe mają wpływ na choroby przyzębia, a puszczanie wiatrów jest obroną przed stanami lękowymi.

Lektura tej książki, po pierwszym zachwycie, wprawiła mnie jednak w stan silnej melancholii. Mianowicie, wśród nagrodzonych AntyNoblem nie ma ani jednego Polaka. Są Hindusi, Japończycy, Rosjanie, a Polaka w tym zacnym gronie brak. Czy naprawdę nie ma nikogo w Polsce, kto na taką nagrodę zasłużył? Niemożliwe. Brakuje nam tylko odpowiedniej propagandy. Public Relations. Stanowczo na AntyNobla w dziedzinie ekonomii zasłużyło całe grono czołowych polityków polskich z różnych opcji politycznych, z Andrzejem Lepperem na czele, za odkrycie, że Balcerowicz musi odejść. Leszkowi Millerowi należy się nagroda z medycyny za wynalezienie Łapińskiego. A nauka? Trwa dyskusja, czy karać piszących prace naukowe za pieniądze i korzystających z ich usług. A nikt nie informuje, o czym są takie prace na zamówienie. Jestem pewny, że to kopalnia AntyNobli dla Polski.

Przed wojną na wystawie wynalazków można było obejrzeć 15 wynalazków Mościckiego i jeden wynalazek Piłsudskiego, którym był Mościcki. Dziś na takiej wystawie wynalazki Kwaśniewskiego zajęłyby kilka sal. Polacy, do dzieła! Zgłaszajcie swoich faworytów do AntyNobla. Zgarniemy wszystkie nagrody. Świat przy nas wysiada.

Przepowiadano nam, że po wejściu do Unii Europejskiej ulegniemy wynarodowieniu, zatracimy staropolskie cnoty i zostaniemy poddani deprawacji. Już od trzech prawie miesięcy rozglądam się z niepokojem po rodakach, aby ustalić stopień i tempo odpolszczenia i eurodewiacji. Owszem, tu i ówdzie, przede wszystkim w niektórych mediach, pojawiają się niepokojące symptomy, ale nie tak powszechne, jak można się było obawiać. Znacznie liczniejsze są sygnały pielęgnowania cnót sarmackich i nawiązywania do najlepszych tradycji.

Właśnie wczoraj nadeszła z Dolnego Śląska wiadomość, że 53-letni Zdzisław M. z Lubiechowa koło Złotoryi wezwał elektryka celem naprawienia instalacji, a po wykonaniu prac zabrał rzemieślnikowi buty i przez trzy dni nie chciał go wypuścić z domu, pojąc bimbrem własnej roboty. Kiedy w elektryku duch upadał i nie mógł lub nie chciał dalej pić, przepełniony staropolską gościnnością Zdzisław M. używał piły spalinowej, aby gościa nawrócić na drogę obowiązku.

Ta piękna historia przypomina jako żywo zwyczaje pana Borejki, kasztelana zawichojskiego, wspominanego przez Jędrzeja Kitowicza. Borejko na rozstajnych drogach w pobliżu swego dworu postawił kapliczkę św. Jana Nepomucena, w której zasiadał z różańcem, czekając, aż napatoczy się jakiś podróżny. Przy czym trzeba podkreślić, że Borejko, kasztelan, a więc bądź co bądź senator Rzeczypospolitej, nie miał żadnych przesądów klasowych ani narodowych. Ktokolwiek przechodził lub przejeżdżał obok kapliczki: ksiądz, zakonnik, kwestarz, szlachcic, mieszczanin, chłop, Żyd albo nawet dziad, musiał pić z Borejką. Pachołek nalewał kielichy, Borejko pił do podróżnego, a podróżny do Borejki tak długo, póki ów podróżny albo „z nóg nie spadł, albo mu gardło nie puściło”. W tych czasach nie znano niestety pił spalinowych, tego niezawodnego środka zachęty do dalszego picia wbrew przeciwnościom losu.

Mamy więc odrodzenie narodowe, powrót do najpiękniejszych tradycji, a duch Borejki obudził się w Lubiechowie, co szczególnie cenne, bo to starodawne ziemie piastowskie i odzyskane. A gdyby mi kto zarzucał, że kpię sobie, robiąc z pijaństwa narodową cnotę, temu powiem, że cnotą jest wszystko, co pożytkowi służy, w tym narodowej tężyźnie. Jeszcze lekarz Czartoryskich w wieku XVIII dowiódł, że „chcąc być w Polsce zdrowym, nie należy używać aptek i doktorów, ale dwa razy w roku porządnie się upić: raz w maju zamiast kuracji wodami mineralnymi, a drugi raz w październiku dla uniknięcia katarów, pleurów i chorób zakaźnych”. Oczywiście, gdy kto słabszego zdrowia, powinien kurować się częściej. Natomiast tę receptę na zdrowie Polaków polecam ministrowi Balickiemu. Niech NFZ zakontraktuje dla wszystkich Polaków miejsca w knajpie. Bo jak nie – pójdziemy do znachora. Wyjedziemy do Lubiechowa, do Zdzisława M. -


  • RSS