Przepowiadano nam, że po wejściu do Unii Europejskiej ulegniemy wynarodowieniu, zatracimy staropolskie cnoty i zostaniemy poddani deprawacji. Już od trzech prawie miesięcy rozglądam się z niepokojem po rodakach, aby ustalić stopień i tempo odpolszczenia i eurodewiacji. Owszem, tu i ówdzie, przede wszystkim w niektórych mediach, pojawiają się niepokojące symptomy, ale nie tak powszechne, jak można się było obawiać. Znacznie liczniejsze są sygnały pielęgnowania cnót sarmackich i nawiązywania do najlepszych tradycji.

Właśnie wczoraj nadeszła z Dolnego Śląska wiadomość, że 53-letni Zdzisław M. z Lubiechowa koło Złotoryi wezwał elektryka celem naprawienia instalacji, a po wykonaniu prac zabrał rzemieślnikowi buty i przez trzy dni nie chciał go wypuścić z domu, pojąc bimbrem własnej roboty. Kiedy w elektryku duch upadał i nie mógł lub nie chciał dalej pić, przepełniony staropolską gościnnością Zdzisław M. używał piły spalinowej, aby gościa nawrócić na drogę obowiązku.

Ta piękna historia przypomina jako żywo zwyczaje pana Borejki, kasztelana zawichojskiego, wspominanego przez Jędrzeja Kitowicza. Borejko na rozstajnych drogach w pobliżu swego dworu postawił kapliczkę św. Jana Nepomucena, w której zasiadał z różańcem, czekając, aż napatoczy się jakiś podróżny. Przy czym trzeba podkreślić, że Borejko, kasztelan, a więc bądź co bądź senator Rzeczypospolitej, nie miał żadnych przesądów klasowych ani narodowych. Ktokolwiek przechodził lub przejeżdżał obok kapliczki: ksiądz, zakonnik, kwestarz, szlachcic, mieszczanin, chłop, Żyd albo nawet dziad, musiał pić z Borejką. Pachołek nalewał kielichy, Borejko pił do podróżnego, a podróżny do Borejki tak długo, póki ów podróżny albo „z nóg nie spadł, albo mu gardło nie puściło”. W tych czasach nie znano niestety pił spalinowych, tego niezawodnego środka zachęty do dalszego picia wbrew przeciwnościom losu.

Mamy więc odrodzenie narodowe, powrót do najpiękniejszych tradycji, a duch Borejki obudził się w Lubiechowie, co szczególnie cenne, bo to starodawne ziemie piastowskie i odzyskane. A gdyby mi kto zarzucał, że kpię sobie, robiąc z pijaństwa narodową cnotę, temu powiem, że cnotą jest wszystko, co pożytkowi służy, w tym narodowej tężyźnie. Jeszcze lekarz Czartoryskich w wieku XVIII dowiódł, że „chcąc być w Polsce zdrowym, nie należy używać aptek i doktorów, ale dwa razy w roku porządnie się upić: raz w maju zamiast kuracji wodami mineralnymi, a drugi raz w październiku dla uniknięcia katarów, pleurów i chorób zakaźnych”. Oczywiście, gdy kto słabszego zdrowia, powinien kurować się częściej. Natomiast tę receptę na zdrowie Polaków polecam ministrowi Balickiemu. Niech NFZ zakontraktuje dla wszystkich Polaków miejsca w knajpie. Bo jak nie – pójdziemy do znachora. Wyjedziemy do Lubiechowa, do Zdzisława M. -