Entuzjazm, z jakim część naszej krytyki filmowej okadza Michaela Moore’a i jego film „Farenheit 9/11″, nie da się wytłumaczyć tym, że Moore dostał za ten obraz Złotą Palmę w Cannes. Nasi krytycy nie zawsze są czołobitni wobec jury canneńskiego festiwalu. Wystarczy przypomnieć, z jakimi dąsami przyjęli nagrodzenie „Pianisty” Romana Polańskiego. Można było wtedy odnieść wrażenie, że jury popełniło nietakt wobec Polaków. Długo zastanawiałem się nad przyczynami tej niechęci, dziś wiem, że reżyser zajął się nie tym, co trzeba. Zamiast losami Szpilmana na tle wielkiej wojny powinien zająć się aktualną interwencją polityczną. Film Polańskiego „Celsjusz 39,9″ o Lepperze wprawdzie nie dostałby nagrody w Cannes, ale miałby za to pochlebne recenzje w Polsce.

Tak jak wtedy czołowym chłostaczem Polańskiego był Zdzisław Pietrasik, tak teraz jest pierwszym chwalcą Moore’a. Piękne są kawałki pietrasikowej prozy o Moorze w najnowszej „Polityce”. Moore – pisze Pietrasik – „stworzył własną formułę filmu…”. Nie stworzył, skopiował. Identyczny jak Farenheit film, pod tytułem „Der Kandidat”, nakręcono w RFN o Franzu Josephie Straussie, podżegaczu wojennym, odwetowcu i militaryście w roku Pańskim 1980. Wszyscy o tym zapomnieli, tak jak zapomną o Moorze, choć Strauss przegrał wtedy wybory. Rzekomy nowator Moore wedle Pietrasika podniósł głos „w obronie zagrożonych ideałów amerykańskiej demokracji, poczynając od zawodnej procedury wyłaniania prezydentów”. Procedura jest zawodna, bo wyłania prezydentów, którzy nie odpowiadają ani Moore’owi, ani jury z Cannes, ani Pietrasikowi. To istotnie skandal. Ja też wielce martwię się o przyszłość demokracji amerykańskiej i mam nadzieję, że liczenie dziurek w kartach do głosowania USA powierzą, jeśli nie Moore’owi, to przynajmniej Pietrasikowi.

„Jest to przykład kina politycznego, w pełni zaangażowanego” – pisze Pietrasik w jednym miejscu „Polityki”, a w innym dodaje, że w Polsce taki film jak „Farenheit” nie mógłby powstać, bo nasi twórcy nie mają żadnych poglądów politycznych. To istotnie smutne. Gdzieś w dalekiej Ameryce twórca Moore wypełnia dyrektywy Anatolija Łunaczarskiego, robi film zaangażowany, propagitkę, za którą jeszcze niedawno dostałby nie tylko Złotą Palmę, ale i Nagrodę Leninowską, a nasi twórcy, wyprani ze światopoglądu, ekranizują klasykę. Zagnać ich, psiakrew, do roboty. Niech nakręcą „Zdeptane łany” o chłopach postpegeerowskich. Niech Wajda zdemaskuje Kaczyńskich w obrazie „O dwóch takich co ukradli FOZZ”, niech Pasikowski obnaży Rokitę, a Królikiewicz Millera. Powierzyć Porębie zrobienie filmu o roli Kwaśniewskiego w zbrodni w Jedwabnem. Potrzebne są nam dziś filmy o sprzedawaniu Polski, a nie filmy, które same mogłyby się sprzedawać. Potrzebna jest nam kinematografia niezależna, pisze Pietrasik, a od czego powinna być niezależna, to już inna sprawa. Najlepsza jest niezależna od rozumu i przyzwoitości.