Zmartwiłem się poważnie kondycją naszych przedstawicieli w Parlamencie Europejskim. Mało brakowało, a posłano by reprezentantów Najjaśniejszej Rzeczpospolitej do Strasburga w ogóle bez pieniędzy. Na głodnego i o suchym pysku. Któren większy chudopachołek, na ten przykład poseł Pęk, to mu nawet śmierć głodowa groziła. W ostatniej chwili wysupłano trochę dutków z komory, żeby posłom przynajmniej na hamburgera z colą starczyło. Jak w takich warunkach mamy się spodziewać, że posłowie kurczowo trzymający w spoconej dłoni marne groszaki godnie nas będą w Europie reprezentować, głosząc sławę Rzeczpospolitej i przysparzając jej chwały?

A nie tak drzewiej bywało. Poselstwa polskie, wjeżdżające do obcych stolic, Zamoyskiego czy Ossolińskiego do Rzymu, Radziwiłła do Wiednia, Leszczyńskiego i Opalińskiego do Paryża, to były wydarzenia, o których długo rozprawiała cala Europa. Wiele fortun włoskich i francuskich wyrosło na złotych podkowach polskich koni, specjalnie słabo przykutych tak, aby odpadały na miejskim bruku. Za jeden guz od żupana polskiego posła trzy wioski można było kupić wraz z chłopami. „Nuż owy alabanty, nuż owy kutasy, nuż owy dziwne muchry, strzępki, aż dziwno patrzeć…” – pisał Mikołaj Rej. A dziś guzik, nawet bez kutasa.

Jeśli Polska ma zająć właściwe i należne jej historycznie miejsce w Europie, stanowczo musimy wrócić do dawnej tradycji.

Polski poseł, przechadzający się po korytarzach parlamentu w Strasburgu w butach wypchanych słomą, ale podkutych złotem, gubiący żabki, a u jego stóp tłum deputowanych niemieckich i francuskich bijących się o każdy gwoździk to dopiero byłby piękny widok. Szacunek do Polski rósłby z każdym spacerem Polaka i pozostałe nacje bez oporu powierzałyby Polakom przewodnictwo całego Parlamentu i wszystkich jego komisji, choćby w nadziei, że szerokie gesty w czasie popisów oratorskich ułatwią odrywanie się słabo przyszytych, wysadzanych brylantami guzików przy garniturach Vistuli z kutasem. Na to nie wolno żałować pieniędzy, na to środki muszą się znaleźć.