Bywają słowa skrzydlate, które wylatują ponad poziomy i przechodzą do historii. Napoleon powiedział: „Żołnierze, czterdzieści wieków patrzy na was” i wszyscy to powtarzają do dziś. Goethe powiedział: „Więcej światła”, a Lenin: „Socjalizm to elektryfikacja plus władza rad”. Odpowiednie dać rzeczy słowo jest marzeniem każdego poety i każdego polityka, bo polityka, jak poezja, jest także formą magii. Ale rzadko komu się to udaje. Ostatnio udało się Jaśnie Oświeconemu baronowi podkarpackiemu SLD, Krzysztofowi Martensowi, którego słowa o Andrzeju Ananiczu: „Nie je truskawek ani porzeczek, bo nienawidzi koloru czerwonego” trafiły pod strzechy jak Inwokacja z „Pana Tadeusza”. Wszyscy to powtarzają, nie można nastawić żadnej stacji radiowej, żeby tego nie usłyszeć. Jedni zgadzają się z Martensem, że kandydat Belki na szefa Agencji Wywiadu jest uczulony na czerwone, inni zaprzeczają. Poseł Lewandowski przysięga, że widział na własne oczy, jak Ananicz jadł truskawki i nie dostał wysypki. Martens ripostuje, że dla sprawy czarny zje nawet pomidora. Słowem, toczy się poważna, polityczna dyskusja.

Jaśnie Oświecony baron Martens, jako znakomity brydżysta przyzwyczajony do leżenia przed partią, nie mógł oczywiście spokojnie przyjąć nominacji Ananicza, który nie leży przed SLD. Co mnie dziwi, to że wybrał nomenklaturę ogrodniczą, zamiast brydżowej. Mógł przecież, zamiast o jedzeniu truskawek, powiedzieć coś ładnie o niewychodzeniu w kiery i kara, o niedodawaniu do koloru, jak gra idzie w czerwień, o kontrowaniu i o atutach. Widocznie chodziło o to, żeby nie kierować uwagi opinii publicznej w stronę brydża, bo społeczeństwo mogłoby dostrzec, że czerwony baron jest w rzeczywistości waletem żołędnym.

Najtrudniejsza ze wszystkiego byłaby oczywiście szczerość. Powiedzenie po prostu, że chodzi o to, aby wywiadem kierował stary, wypróbowany towarzysz partyjny, najlepiej dobry czekista, absolwent akademii imienia Feliksa Dzierżyńskiego i kursów KGB. Ktoś w rodzaju pułkownika Płatka albo generała Pożogi, co to zje bez obrzydzenia truskawkę, zakąsi pomidorem i będzie się jeszcze rozglądał za flaszką, koniecznie z czerwoną kartką, a przy brydżu (powiedzmy, żeby być w zgodzie z realiami, przy grze w kupki) uprze się, że czerwień jest starsza od wina.

W tym roku nie ma tak strasznych upałów. Co to będzie się działo w polityce, jak nadejdą. Lepiej na wszelki wypadek pozamykać baronów żołędnych do lodówki razem z truskawkami.

PS. Wczorajsza „Gazeta Wyborcza” zasugerowała, że jestem opętany przez diabła, bo sobie z niej zażartowałem. Kierownictwo „Rz” poddało mnie natychmiast stosownym testom. Na wodę święconą nie reaguję, tak jak Ananicz nie reaguje na truskawki. Natomiast wzdrygam się od wódki, ale tylko po pierwszym kieliszku i jak jest ciepła. Zalecono egzorcyzmy koniakiem. -