rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2004

Lepiej późno niż wcale. Niemiecki Związek Wypędzonych będzie się dziś w Berlinie modlił za pomyślność powstania warszawskiego. Żadnych stukasów, żadnych miotaczy ognia ani grubych bert, tylko pani Steinbach w towarzystwie biskupa Lehmana i pisarza Ralpha Giordano pobożnie zmówią paciorek. Piękny gest. Powinniśmy się jakoś zrewanżować. Urządzić powszechne modły na intencje powodzenia zamachu na Hitlera, którego 60. rocznica przypada 20 lipca. Jednym z organizatorów tego zamachu był hrabia von Moltke z Krzyżowej na Śląsku, który już wtedy, przed zamachem, przed powstaniem i przed własną egzekucją przewidywał, że Niemcy zapłacą za III Rzeszę utratą Śląska i innych terytoriów na Wschodzie. I uważał to za sprawiedliwe.

Wypędzeni zorganizowani w Powiernictwie Pruskim nie oczekują jednak od nas modłów. Oczekują sprawiedliwości i triumfu prawa nad bezprawiem. Wymordowanie połowy mieszkańców Warszawy, palenie żywcem rannych w powstańczych szpitalach, zrównanie miasta z ziemią to był akt barbarzyństwa, który odkupić można tylko modlitwą w duchu ekumenicznym. Takie sprawy załatwia się z Duchem Świętym na Sądzie Ostatecznym. Natomiast wypędzenia, odbieranie majątków, zabór mienia są sprzeczne z duchem i literą prawa europejskiego, łamią powszechnie akceptowane artykuły i paragrafy i powinny być ścigane z całą surowością prawa. Takie sprawy załatwia się między prawnikami w sądach powszechnych.

Za wygubioną zbiorowość, za społeczność Warszawy, za anonimową masę lokatorów mogił zbiorowych można się tylko modlić w berlińskim kościele. Za dom Frau Schmidt, za pole Herr Maiera, za komplet pozostawionej pościeli, za zagrabione garnki i sztućce należy się odszkodowanie. Pani Steinbach, oczyszczona modlitwą za wszystkich powstańców, w duchu pojednania będzie mogła z czystym sumieniem po wyjściu z kościoła żądać sprawiedliwości dla Frau Schmidt i Herr Maiera. Żyjemy bowiem w cywilizowanych czasach, w których tylko ofiara jest zbiorowa, natomiast odpowiedzialność jest indywidualna.

Pani Freya von Moltke, wdowa po uczestniku zamachu na Hitlera, nigdy nie domagała się ani zwrotu Krzyżowej, ani odszkodowania. Cóż, nie rozumie prawa, tak jak go nie pojmował jej mąż, próbując obalić wbrew prawu Fhrera. Być może nigdy nie przyszłoby jej także do głowy modlić się za powstanie warszawskie. Arystokraci mają już takie dziwne, zdegenerowane poczucie taktu.

Daleko odeszliśmy w Europie od kodeksu przyzwoitości. Dwadzieścia jeden lat temu, w roku 1983, instytucję podobną do Centrum Wypędzonych usiłował zorganizować w Lubece niezapomniany Herbert Czaja. Nie było wtedy w RFN ani jednej partii politycznej, która poparłaby ten projekt. Dziś nie ma ani jednej, która by mu się przeciwstawiała. Za to wszyscy się modlą za powstanie. -

Strasznie współczuję posłowi Andrzejowi Pęczakowi. Nikt się za nim nie ujął, nikt nie zaprotestował, kiedy pokazano jego zdjęcia nawet bez paska na oczach, kiedy podano pełne imię i nazwisko, skąd pochodzi, w jakiej jest partii i czyim jest kolegą. A to wszystko bez najmniejszego protestu społecznego tylko dlatego, że poseł Pęczak ma fałszywą orientację. Lubi fundusze ochrony środowiska. Gdyby lubił w tym samym stopniu dzieci, podniósłby się krzyk na całą Polskę. Pisano by listy protestacyjne i otwarte. Profesor Santorski łkałby z żalu nad skrzywdzonym Pęczakiem. Profesor Czapiński gromiłby media za to, że zamiast pokazywać wyłącznie Czapińskiego, pokazały Pęczaka. Lepperofil Tymochowicz okazywałby gotowość polerowania wizerunku Pęczaka do połysku. Szef Obserwatorium Wolności Mediów Goszczyński zaobserwowałby, że media informują, zamiast przemilczać, ogłaszają, zamiast ukrywać. Przyłączyłaby się oczywiście niezawodna filozof życia codziennego senator Maria Szyszkowska, niewykluczone, że przypominając szczytne hasło: wszystkie dzieci są nasze, z wyjątkiem tych, które zostały w porę wyskrobane.
Niestety, poseł Pęczak nie jest pedofilem, tylko funduszofilem. Dlatego pies z kulawą nogą się za nim nie ujął. A przecież wobec Pęczaka też obowiązuje domniemanie niewinności. Przecież także jego pokazano, zanim jeszcze został skazany prawomocnym wyrokiem. Zanim jeszcze ogłoszono zarzuty i dowody. Osoby najbardziej szlachetne, najwrażliwsze na krzywdę ludzką i prawa człowieka do ochrony prywatności olały Pęczaka i zostawiły go na żer rozjuszonej i rozwydrzonej żurnalii. Właściwie dlaczego? Rodzą się podejrzenia, że chodzi o solidarność zawodową psychologów, do której dołączyły się jednostki zawsze czujące się najlepiej w okolicach ścieków i szamba. Ja w to nie wierzę. W końcu protest motywowany był wzniosłą solidarnością międzyludzką. Tylko dlaczego wykluczono z niej Pęczaka, za którym nie tylko Czapiński się nie ujął, ale nawet Miller? Być może z roztargnienia.
Panowie psychologowie społeczni i zwykli uczestnicy protestu w sprawie swego kolegi Andrzeja S. (podobno chodzi o Andrzeja Samsona, ale proszę tego nie powtarzać, bo obserwatorium czuwa) ogłosili przy okazji, że pedofilia jest chorobą. Teraz sąd, który będzie rozstrzygał sprawę, zamówi ekspertyzę u Santorskiego albo Eichelbergera. Położy się Samsona na kozetce, wypyta o to, czy śni mu się kluczyk, czy dziurka od kluczyka, przeanalizuje dzieciństwo, wykryje, że miał dominującą mamusię, i orzeknie, że jest bardzo chory i powinien wyjechać na dłużej do wód, leczyć skołatane nerwy.
A poseł Pęczak? Czy na pewno jest zdrowy? Boję się, panowie psychologowie społeczni i jednostkowi, że zaniedbując Pęczaka, działaliście wbrew waszemu własnemu interesowi. Nie ma wątpliwości, że przy odrobinie dobrej woli da się udowodnić, że nie tylko pedofilia – w odróżnieniu od homoseksualizmu, stanowiącego przejaw tężyzny, przynajmniej politycznej – jest chorobą, ale także pociąg do zawłaszczania cudzych pieniędzy. Zwłaszcza publicznych. Psychoanaliza osób oskarżanych o nadużycia finansowe z całą pewnością wykaże, że mają wyniesiony z dzieciństwa kompleks niedostatku, który muszą sobie rekompensować chorobliwą zapobiegliwością. Chory musi być leczony, a nie karany, więc w końcu Pęczak mógłby razem z Samsonem zostać posłany na kąpiele morskie do Ostendy. Oczywiście pod fachową opieką Santorskiego albo Czapińskiego.
Mamy w Polsce powszechny problem korupcji, z którą nie radzą sobie organa ścigania. Nie radzą sobie, bo to też jest choroba, i w dodatku społeczna. Trzeba położyć wszystkich Polaków na kozetce, poddać ich psychoanalizie i zapisać prozac. Może nie przestaną brać i dawać, nie przestaną kraść i kombinować, ale przynajmniej zrozumieją, że są cierpiący, a nie niemoralni. Prawidłowa diagnoza to połowa sukcesu w leczeniu.
Trwa dyskusja o reformie NFZ, a tu tymczasem szpitale nie chcą podobno robić za darmo lewatywy ani stawiać baniek. Machnijmy ręką na cały ten bałagan, na rzemiosło medyczne i przeznaczmy wszystkie pieniądze ze składek na psychologów i sztukę psychoterapii. To są tak sprawni faceci, że wyleczą każdego, nawet Samsona i Pęczaka.

W dobrych, komunistycznych czasach PRL, do których tęskni tak wielu Polaków, w użyciu był dowcip o tym, dlaczego komunizm się nie udaje. Bo jako naukowa metoda organizacji społeczeństwa nie został najpierw wypróbowany na zwierzętach. Z demokracją III Rzeczypospolitej też mamy rozmaite problemy, a przecież dałoby się w niej zaaplikować wiele metod ulepszania, sprawdzonych już uprzednio z dobrym skutkiem na zwierzętach.

W piątek w Sejmie znów jeden z posłów zablokował mównicę i odmówił jej opuszczenia. Tym razem był to poseł Antoni Stryjewski z Ruchu Katolicko- -Narodowego, który koniecznie chciał przemówić w sprawie – jakżeby inaczej – zdrady narodowej i od tego zamiaru nie mógł go odwieść ani marszałek Oleksy, ani wyłączenie mikrofonu, ani nawet nastrój uciechy na sali, która powinna zamiast figlami zajmować się stanowieniem prawa. Incydent zakończył się po kilkunastu minutach tylko dlatego, że poseł Stryjewski jako Polak i katolik nie wykazał należytej determinacji w obnażaniu zdrady narodowej. Gdzie mu tam do charakteru, jaki w podobnej sytuacji okazywali inni, choćby Lepper albo Janowski. Stryjewski postał trochę na trybunie, a kiedy tylko nogi go rozbolały, zszedł dobrowolnie i usiadł. A wiadomo, że na siedząco nikt ojczyzny nie obroni przed zdradą. Trzeba stać do końca. Wespazjan, czując, że umiera, kazał się podnieść, mówiąc: „Cesarz Rzymian umiera stojąc.” A u nas poseł postoi chwilę i już umiera.

Ale mimo to, mimo niedostatku cnót rzymskich, problem blokowania mównicy i zakłócania porządku obrad istnieje i Prezydium Sejmu z marszałkiem na czele wydaje się bezradne. A to dlatego, że nie ma żadnego sprawnego instrumentu dyscyplinowania posłów. Straż Marszałkowska powinna chronić posłów w Sejmie, a nie Sejm przed posłami. Dlatego proponuję sięgnąć po metody wypróbowane już na zwierzętach i wyposażyć prowadzącego obrady w pastucha elektrycznego. Jest to bardzo humanitarna metoda wypasu, znacznie mnie stresująca niż szczucie owczarkiem, a równocześnie niezwykle skuteczna. Zapewniał mnie o tym bardzo stary baca. Napięcie można zwiększać stopniowo i w którymś momencie najbardziej nawet ochwacony poseł przestanie się gzić, porzuci mównicę i pokłusuje do bufetu.

Pomysł ten podrzucam Prezydium Sejmu zupełnie bezinteresownie. Proszę go traktować jako mój osobisty wkład w doskonalenie demokracji przedstawicielskiej. Jaka demokracja i jacy przedstawiciele – takie usprawnienia. -

Urocza była wczorajsza sejmowa wymiana zdań pomiędzy posłem Tomaszem Markowskim z PiS a ministrem zdrowia – już byłym – Markiem Czakańskim. Na wątpliwości posła, że nie potrafi sobie dobrać uczciwych i niezamieszanych w żadne afery współpracowników, były minister odparł ze wzruszającą szczerością, iż gdyby chciał przeglądać przeszłość wszystkich swoich kandydatów, to nie znalazłby żadnego pracownika do współpracy.

To piękne stwierdzenie. Nie ma w Polsce wystarczającej liczby ludzi uczciwych, aby obsadzić nimi rządowe funkcje, i w takiej sytuacji przymuszony okolicznościami minister nie może grymasić. Musi dobierać z uczciwych inaczej. Oczywiście, obiektywne trudności ministra są całkowicie zrozumiałe. Przecież ktoś, kto ma dziś około 50, zetknął się już ze służbą publiczną, absolwował stanowiska państwowe, na które powołany został przez układ polityczny, musi być umoczony, jeśli nie afery, to w machinacje, jeśli nie w machinacje, to w nieudolność. No to skąd brać wiceministrów? Z młodych? Nic dziwnego zatem, że stojąc w obliczu takich braków kadrowych Czakański postanowił ustąpić.

Zastanawiające jest natomiast, że ludzie, którym proponuje się stanowiska, nigdy nie odmawiają. Nie mówią, że nie mogą przyjąć posady, bo byli skazani, zamieszani, skumplowani. Przyjmują radośnie nominację i odchodzą z poczuciem krzywdy, kiedy się im wypomni przeszłość. Skutek? Z badań przeprowadzonych przez TNS OBOK wynika, że dzięki ruchom kadrowym Polacy uważają, że polityka nie jest zajęciem dla ludzi uczciwych. 60 procent ankietowanych sądzi, że politycy są pod względem uczciwości gorsi od reszty obywateli, a 46 procent, że są gorsi od polityków innych krajów UE.

Jeszcze parę takich nominacji, jak ostatnio w resorcie zdrowia, i te procenty dojdą do setki. Dlatego trzeba ratować sytuację. Moja rada dla nowego ministra, Marka Balickiego, jest prosta: Trzeba sprowadzić kadrę dla ministerstwa i NFZ z zagranicy. I to nie z Unii. Słyszałem, że szamani w Afryce, a zwłaszcza indiańscy medicine men z Nevady, nie tylko mają wiedzę medyczną na poziomie polskiego lekarza ostatniego kontaktu, ale są także kryształowo uczciwi. Ani w swahili, ani w cheyenne nie ma słowa korupcja. W ministerstwie mogliby pracować za perkal, paciorki i wodę ognistą, co przyniosłoby wielkie oszczędności w budżecie. -

Dziwnie się to wszystko plecie na tym najpiękniejszym świecie. Czy przypadkiem nie ukazały się ostatnio jakieś plamy na Słońcu? Część ludzkości objawia w każdym razie jakąś dziwną dekompozycję umysłową, którą najłatwiej wytłumaczyć aktywnością Słońca i promieniowaniem kosmicznym. Czarna materia nas przenika.

We Francji, z powodu konfabulacji jakiejś wariatki, twierdzącej, że padła ofiarą antysemickiego napadu, dramatyczne przemówienia telewizyjne wygłosili zarówno prezydent Chirac, jak i premier Raffarin. Mimo że sprawcami wymyślonego napadu mieli być Arabowie i Afrykańczycy, politycy – zanim sprawa się wyjaśniła – potępili za rasizm białych Francuzów. Za antysemityzm też. Wynika z tego, że aby kogoś potępić za czyny niepopełnione i wywołać w nim skruchę i wstyd, zawsze przydatne w rządzeniu i manipulacji, każdy pretekst jest dobry.

Rząd francuski ogłosił także, że podejmie nowe inicjatywy dla tępienia rasizmu i antysemityzmu, a pierwszą z nich będzie organizowanie szkolnych wycieczek do Auschwitz. Obawiam się jednak, że szkoły koraniczne, których jest we Francji mrowie, na takie wycieczki jeździć nie będą. Pojadą uczniowie francuscy, wśród nich pewnie i ci, którzy swój antysemityzm manifestują malowaniem swastyk na muzułmańskich cmentarzach.

Czarna materia nas przenika, aż dreszcze przechodzą. Choć nie jest wykluczone, że tam, gdzie za górnolotnymi tonami moralnymi kryje się interes grupowy i władza nad sumieniami, kosmos nie jest zaangażowany. Patrzy na nas, widzi i dlatego milczy. -

Trzeba wiele zmienić w Polsce, żeby we Francji i w Niemczech wszystko mogło zostać po staremu. Minister finansów Andrzej Raczko po spotkaniu z Sarkozym i Eichelem ogłosił pierwszy krok do harmonizacji podatków. Zacznie się skromnie od wspólnej metodologii liczenia podatków. Powstaną wytyczne dla księgowych, co, do której rubryki wpisywać. Może zostaną też ujednolicone formularze – margines z lewej strony 2 centymetry. Ale przecież nie o to idzie.

Wchodzimy na drogę harmonizacji samych podatków. To znaczy podniesienia ich w Polsce do takiego poziomu, żebyśmy przestali być atrakcyjni dla inwestorów zagranicznych. Nikt przecież się nawet nie zająknie, że w ramach harmonizacji Niemcy i Francuzi podatki obniżą. Co to, to nie. Nie obniżą ani podatków, ani tym bardziej wydatków. A to przecież nie zbyt niskie podatki w Polsce, tylko zbyt wielkie wydatki budżetowe w Niemczech i Francji powodują nagminne łamanie paktu stabilizacyjnego. Ale oczywiście dla rządów w Paryżu i Berlinie znacznie łatwiejsze jest podniesienie podatków w Polsce niż obniżenie wydatków u siebie.

Obawiam się jednak, że podniesienie podatków w Polsce nie wystarczy do zakonserwowania rozpasanych systemów socjalnych Francji i Niemiec. Trzeba będzie podnieść też w Polsce koszty pracy, najlepiej od razu do poziomu niemieckiego, najwyższego na świecie. Oczywiście byłoby lekkomyślnością osiągnąć ten szczytny, zgodny z najszlachetniejszymi zasadami europejskiej solidarności cel, podnosząc po prostu Polakom płace. Mogłoby się nam poprzewracać w głowach, a poza tym doprowadzić do wzrostu cen, co mogłoby spowodować tragiczne skutki – Niemcy z regionów wschodnich przestaliby przyjeżdżać, aby w niemieckich i francuskich supermarketach robić tanie zakupy. Gospodarki Niemiec i Francji poniosłyby straty. Na to Polska nie może sobie pozwolić. Trzeba będzie chyba podnieść znacznie poziom składek zdrowotnych i socjalnych, żeby praca była w Warszawie równie droga jak w Paryżu i Berlinie. Nie mówiąc o tym, że Narodowy Fundusz Zdrowia, Ministerstwo Zdrowia i ZUS będą miały więcej pieniędzy na zmarnotrawienie.

Poza tym nie czekajmy na nic, tylko wyciągnijmy rękę do naszych europejskich braci i skróćmy tydzień pracy w Polsce do 35, a nawet 30 godzin tygodniowo za pełnym wynagrodzeniem. Związki zawodowe na pewno ten pomysł poprą. Bezrobotnym w Polsce będzie przyjemnie żyć ze świadomością, że nie pracują tyle samo godzin w tygodniu co ich niemieccy czy francuscy koledzy. Sześć tygodni płatnego urlopu też się Polakom należy.

Ale najlepiej będzie wydać dyrektywę generalną, zakazującą wszystkiego, co prowadziłoby do gospodarczej konkurencji w Europie. Żadnego wyścigu szczurów, tylko wypoczynek susła. Dobranoc, Europo. A to, co wśród nocnej ciszy tak chrapie, sapie i dyszy, to niemiecko-francuska lokomotywa integracji. –

Wszystko w Polsce nadaje się na felieton. Tylko nie sytuacja ze służbą zdrowia. To jest temat na elegię. Na cykl trenów. Wielkie mi uczyniłeś pustki w domu moim, mój drogi rządzie, tym uporem swoim. Oczywiście nie chodzi o upór, tylko w tym miejscu trenu musi być słowo rodzaju męskiego. Tymczasem wszystkie określenia na to, co się dzieje od dwóch lat z ochroną zdrowia w Polsce (przepraszam feministki, ale to nie moja wina) są akurat rodzaju żeńskiego. Ta bezradność, ta indolencja, ta niemożność i ta głupota. A potrzebujemy dla rozwiązania problemów akurat cnót rodzaju męskiego. Potrzebny nam jest przede wszystkim rozum. Dobro deficytowe. Niedostępne nawet na receptę.

Ochrona zdrowia i ratowanie życia to są dobra, z którymi się nie igra. Można sobie robić rozgrywkę polityczną z dostaw gazu, można przesuwać pionki w Orlenie, można się bawić służbami specjalnymi, można kpić z ludzi i ze zdrowego rozsądku w dziesiątkach dziedzin, które wchodzą w zakres politycznych zainteresowań i walk. Ale nie wolno sobie kpić ze zdrowia ludzi, którzy płacą przymusowo składki ubezpieczenia zdrowotnego. To znaczy, są ubezpieczeni, tak jak od gradobicia czy powodzi – jeśli zawarli takie ubezpieczenie – od pogorszenia się stanu zdrowia. Należą im się bezpłatne świadczenia.

Zamiast świadczeń dostają show. Zdumiewający pokaz arogancji. Najpierw, wbrew zdaniu ludzi mądrych, których nikt nie chciał słuchać, bo nie mieli legitymacji SLD, zafundowano nam reformę Łapińskiego. Jak mówią prywatnie ludzie z tych kręgów, Łapiński uchodził za geniusza medycznego, bo sprawnie robił lewatywę Millerowi. Być może zresztą chodziło tylko o podporządkowanie rządowi wielkich pieniędzy ze składek zdrowotnych poza kontrolą parlamentu. Teraz nikt nie wie, jak z tego wybrnąć. Minister zdrowia pochodzi z łapanki i sam przyznaje, że o niczym nie ma pojęcia, a w ogóle zdrowie społeczeństwa niewiele go interesuje, bo sam ma darmowe leczenie w lecznicy MSW. Pani wiceminister, która tłumaczyła chorym, że nie powinni się leczyć za pieniądze, bo to jest sprzeczne z prawem, została zdymisjonowana. Świetnie. Na jej miejsce powołano faceta, który wspólnie z Łapińskim doprowadził do obecnej sytuacji. Widocznie wedle zasady, że kto popsuł zegarek, powinien go też naprawić. To trzeba było przywrócić od razu na stanowisko Łapińskiego.

Czy w tym czterdziestomilionowym kraju nie ma naprawdę nikogo, kto jest dość rozumny, żeby coś z naszym systemem ochrony zdrowia zrobić? Jak nie ma mądrego partyjnego (z SLD) dobierzcie z bezpartyjnych. Tu ludzie nie mogą się nawet prześwietlić, nie chcą im wsadzić złamanej nogi w gips, a rządząca partia zajmuje się samopoczuciem gejów, obietnicami rozdawania środków antykoncepcyjnych i bezpłatnymi aborcjami. Ktoś tu zwariował.

Potrzebne jest lekarstwo na wzmocnienie rozumu. Zwykłego, a nie politycznego. W dziedzinie zdrowia magia polityczna jest wyjątkowo nieskuteczna. Konieczny jest racjonalizm. -

Powiózł Kwach wałacha, powiozą i Kwacha

Dziwnymi drogami krąża ludzkie myśli. Teraz, kiedy jest mowa o kopaniu, wszyscy myślą o piłce nożnej. A ja o stajni. W związku z poszerzeniem bazy społecznej rzadu Marka Belki o Borowskiego i Jagielińskiego przypomniał mi się nagle wyczytany w jakiejś przedwojennej gazecie rozkaz dzienny dowódcy pułku szwoleżerów w związku ze stwierdzeniem, że wałach Primus jest klaczą, zmienia mu się imię na Katylina. Quousque tandem, Catilina, abutere patientia nostra. Cztery wielkie mowy Cycerona przeciwko Katylinie, dyktator Sulla, Cezar udaremnia zamach stanu, a tu nagle wałach okazuje się klaczą. To znaczy, że historia się powtarza. Koń a sprawa polska i dwa wielkie expos rzadowe Belki. Trzeba tylko uważnie patrzeć aby nie pomylić ogiera z wałachem, a wałacha z klacza, bo dziś może być z tego kryzys państwowy.
Marek Belka odszedł z rządu Leszka Millera, tłumaczac, że nie ma zamiaru kopać się z koniem. Potem konia, który okazał się kucykiem, odesłano na łąkę oraz Belka wrócił do stajni i żłoba. Teraz podobno kopie się z Hausnerem. To znaczy został Millerem. Strasznie dużo musi się zmienić, aby wszystko zostało po staremu.
Żeby już pozostać w końskiej poetyce, chodzi o wypromowanie rządu na Konika Garbuska, na którego wsadzi się społeczeństwo, a przede wszystkim emerytów i rencistów, bezrobotnych, matki karmiące i wszystkie ofiary rynku oraz demokracji, i powiezie do stolicy, gdzie zostaną carem samowładnym i dostaną po pierogu ze śmietaną. Taki warunek postawiła para gniadych – Borowski i Celiński – zanim się pozwoliła wprząc do trojki doświadczonemu forysiowi Kwaśniewskiemu. Mistrzowi w powożeniu. Powiózł Kwach wałacha, powiozą i Kwacha.
Faktycznie, czasy są ciężkie. Tak ciężkie, że nawet kochający inaczej z trudem wiażą koniec z końcem. Słyszałem, że na aukcji klaczy pełnej krwi w Janowie Podlaskim sprzedano przez pomyłkę małżonkę jednego z wybitnych polityków. Kupił ją jakiś Arab. Omyłka została spostrzeżona, ale transakcji nie anulowano. Słowo się rzekło, kobyłka u płota, a pieniądze są potrzebne budżetowi na zasiłki dla najuboższych. Teraz wystawi się na aukcje także polityków. Podobno kraje Trzeciego Świata są zainteresowane, bo potrzebują reproduktorów idei socjalistycznych. Tej najskuteczniejszej metody rozmnażania biednych, bez których trudno uzyskać większość w wyborach.
Dworuję sobie stajennie z przedstawienia cyrkowego, jakie nam pokazały nasze tarpany (ty, koniu Pana Jezusa – jak mawiał mój katecheta, człowiek delikatny), bo jak to wszystko traktować poważnie. Stado najpierw się podzieliło, żeby za chwilę, po krótkim i kabotyńskim okresie mizdrzenia się, ponownie się połączyć w jeden tabun przy dźwiękach Te Deum laudamus, hymnu narodowego, Beethovena i Międzynarodówki. Pokazano nam społeczne serce na uczciwej dłoni. Dla dobra państwa, narodu i Europy przy władzy i przy żłobie zostali ci, którzy byli tam przedtem. Na razie na próbę do października, ale każdy koń musiał się uśmiać setnie, kiedy usłyszał deklarację Marka Belki, że jest pewny, iż i w październiku otrzyma wotum zaufania.
Jasne, że otrzyma. W pażdzierniku otrzyma, w lutym otrzyma, a i w czerwcu też. Wkońcu koń koniowi oka nie wykole. Dostaliśmy konia z rządem i powinniśmy się cieszyć statecznie, a nie brykać jak źrebięta, bo zostaniemy potępieni przez Europę za warcholstwo, uznani za nie odpowiadających normom i przyślą nam nową uzdę i hołoble dyrektywne.
Nie mam dla widzów tego przedstawienia innej pociechy jak tylko radę praktyczną – kładźcie na to wszystko dyszel.

W powodzi negatywnych wiadomości, w zalewie doniesień o nieszczęściach ludzi, którzy sobie nie radzą, w potopie deklaracji polityków, że pochylą się z troską i zajmą nieudacznikami, których w Polsce liczy się na miliony, przyszła nareszcie jakaś wiadomość pozytywna. No i co? Zamiast się entuzjazmować, że nie jest tak źle, nie same tragedie wokół i że są ludzie, którzy radzą sobie wyśmienicie mimo trudnych czasów, znów nastąpiło darcie szat i rozległy się krzyki oburzenia. Myślę tutaj o panu Januszu Focie, szefie Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie, który wykazał się niesłychaną sprawnością i zapobiegliwością. Załatwił sobie mianowicie za grosze mieszkanie w stolicy. Ominął wprawdzie parę przepisów prawa, ale na litość boską, nie żyjemy w Prusach, żeby na ślepo przestrzegać każdego przepisu.

Okrutny prezydent Lech Kaczyński zmusił pana Fotę do dymisji. Bez sensu. Przecież właśnie teraz były już pupilek Buzka i Kaczyńskiego mógłby stać się ideałem urzędnika i zacząć dbać o stan dróg w Warszawie. Do tej pory nie mógł, bo umysł mąciła mu troska z powodu braku odpowiedniego lokalu. To przecież oczywiste, że nie może się martwić dziurami w jezdni ktoś, kto nie ma odpowiednich warunków do odpoczynku po zmartwieniu. Musieli to widzieć jego koledzy na urzędzie, skoro dopomogli Focie zdobyć upragnione lokum. Brawo, to jest prawdziwa troska o człowieka. Szczęście, że i ich także Kaczyński nie zdymisjonował.

I ten Fota, który nie jest idiota, mając do wyboru mieszkanie albo urząd, wybrał mieszkanie. Po co miałby czekać na dymisję z powodu stanu nawierzchni warszawskich ulic? Stałby się jeszcze dodatkowo przedmiotem ordynarnej, prasowej nagonki, aż proszącej się o jakiś list protestacyjny psychologów. Wyciągnięto mu jakieś głupstwa, zakup forda z klimatyzacją do przewożenia ulicznych pachołków, choć każdy wie, że pachołek czy to uliczny, czy biurowy źle się czuje bez klimatyzacji.

Panie Fota, ja wiem, że to dla pana żadna pociecha, ale ja pana popieram. Dzięki takim ludziom jak pan spada w Polsce zawstydzająca cywilizowany kraj statystyka bezdomności. Pokazał pan publicznie właściwą drogę, którą wielu już przeszło przed panem po cichu. Mieszkaj pan sobie na zdrowie i gwiżdż na Kaczyńskiego. Zresztą prezydent nie jest taki zły – mówi się na mieście, że powinien pana wywalić już dawno za jakieś przetargi, ale jednak poczekał, aż znajdzie pan odpowiednie mieszkanie. Może to nie jest zgodne z prawem, ale za to sprawiedliwe.

Kocham polskie seriale publicystyczne. Nasza gleba intelektualna tak jest żyzna, że rzucone w nią ziarno jednej myśli, choćby cherlawe, kiełkuje, pleni się bujnie i już po niedługim czasie zasłania cały krajobraz. Zamiast krótkometrażówki zaczyna się serial. Nie tele, ale intelenowela. Pięknym przykładem jest posiew wstydu, rzucony pod nogi wszystkim tym, którym nie podoba się konstytucja UE. W zasadzie kategoria wstydu jako sposób na odróżnianie dobra od zła obca jest europejskiej kulturze, pod warunkiem oczywiście, że jest to kultura chrześcijańska. Co dziś nie jest takie pewne. Europa wyrosła na grzechu. Wstyd jest azjatycki. To w Azji urzędnik dworski ze wstydu, że uchybił ceremoniałowi, rozpruwał sobie brzuch. W Europie grzesznik pokutował.

Powinniśmy wszyscy, którym nie podoba się konstytucja, posypać głowy popiołem świadomi grzechu. Ale nie grzeszność się nam zarzuca, jeno bezwstyd. Mamy gębę kłótliwego kraju, który ciągnie obrus w swoją stronę – gromi nas prof. Bronisław Geremek. Ośmieszamy się – wtóruje mu Roman Graczyk. W oczach Europy występujemy w roli pieniacza, który mało wie, ale na wszelki wypadek mówi nie – dorzuca Wojciech Sadurski. I nie są jedyni. Powielają siebie i podlewają wstydem jak z konewki. Cóż za wstyd! Serialowy. Wielkie gesty. Carrington zarzuca niewierność Alexis. Hańba. Na oczach świata. Nasz kicz powszedni.

Wszystko to rozgrywa się rzekomo w świecie polityki, w którym nie ma miejsca ani na grzech, ani na wstyd. W polityce nie ma nawet przyjaciół. Są tylko interesy. I nikt nie powinien się wstydzić, że grzeszy staraniem o własne, a mniej się przejmuje cudzymi. Ja bym się zawstydził za Polaków dopiero wtedy, gdyby entuzjastycznie, bez dyskusji i nawet bez znajomości tekstu zaakceptowali tę konstytucję, tylko dlatego, żeby zamiast gęby mieć w oczach Europy śliczny, rumiany buziaczek poczciwego głuptaska. No, ale mnie nikt nie obiecuje żadnej europejskiej posady. Role w polskim serialu też już są obsadzone.


  • RSS