rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

Można ostatnio odnieść wrażenie, że większość polityków lewicy z amatorstwa zajmuje się seksuologią. Wykłady, jakie od nich słyszeliśmy przez ostatni tydzień na temat społecznej, psychologicznej, zdrowotnej, światopoglądowej i każdej innej roli środków antykoncepcyjnych (oczywiście refundowanych) w życiu jednostki i narodu, złożyłyby się na piękny i gruby tom, który mógłby być bestsellerem, gdyby został zilustrowany przykładami z życia wykładowców. Ale na to, niestety, nie możemy liczyć. Życie seksualne polityków to jest sfera ich prywatności, podczas gdy formy i sposoby życia seksualnego reszty obywateli to sprawa publiczna. Politykom lewicy wydaje się, że powinni zabierać głos na ten temat, bo znają się na pieprzeniu. To prawda, ale chodzi o takie jak z rysunku Mleczki, tego z nosorożcem i żyrafą: „Obywatelu, nie pieprz bez sensu”.

Otóż jądrem (lewym) myślenia lewicy o refundacji środków antykoncepcyjnych – tonący kondoma się chwyta – jest, wykreowany zapewne przez feministki, pogląd, że ciąża jest chorobą. Jeśli tak, to jest chorobą epidemiczną, bo zapada na nią stale duża część populacji, a zatem chorobą społeczną. Tylko w ten sposób można sobie wytłumaczyć chęć finansowania ze składek, płaconych przez wszystkich obywateli na ochronę zdrowia, ochrony przed zapadnięciem na ciążę. Darmowe środki antykoncepcyjne miałyby więc takie samo znaczenie jak szczepienia ochronne. Udało się dzięki szczepieniom wyeliminować ospę, polio, gruźlicę i parę jeszcze innych chorób epidemicznych, może się uda też zwalczyć ciążę. Gdyby jednak mimo wysiłków edukacyjnych i nakładów finansowych zachorowalność na ciążę nie spadała, a chirurgiczne usuwanie objawów choroby nadal było na skutek nacisków ciemnoty zakazane, nie będzie innego wyjścia jak tylko wprowadzić obowiązkowe stosowanie darmowych środków antykoncepcyjnych. Trzeba będzie powołać przy Narodowym Funduszu Zdrowia lotne oddziały inspekcyjne z uprawnieniami do zaglądania wszędzie. Nie ulega wątpliwości, że społeczeństwo, obsypane prezerwatywami, obrzucone globulkami, z darmową spiralą na szyjce, ratowane przez pogotowie z ostatniej toni dostarczeniem na sygnale pigułki wczesnoporonnej znalazłoby się w stanie szczęśliwości większej, niż gdyby nagle obudziło się w kraju pełnego zatrudnienia, rządzonym przez ludzi uczciwych i jeszcze mówiących poprawnie po polsku. Takie społeczeństwo głosowałoby wyłącznie na lewicę, zwłaszcza gdyby mu jeszcze obiecała darmową viagrę.

To jest bardzo ciekawa sprawa. 25 sierpnia w Sejmie odbyła się debata nad rezolucją w sprawie domagania się od Niemiec reparacji wojennych. Wielka niemiecka agencja prasowa DPA, której uwagi nie ujdzie żadne morderstwo na Filipinach albo gwałt w Indonezji, nadała tego dnia dwie depesze z Polski: jedną o tym, że większość Polaków jest za wycofaniem żołnierzy z Iraku, i drugą, że jakiś nowy kwiatek został nazwany imieniem Lecha Wałęsy. Informacji na temat sejmowej debaty nie było w żadnym dzienniku żadnego z programów telewizyjnych RFN. Następnego dnia, 26 sierpnia, żadna z trzech wielkich gazet niemieckich, które mają korespondentów w Warszawie – „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Süddeutsche Zeitung” i „Die Welt”, nawet się nie zająknęła o tej debacie.

Niemcy nic nie wiedzą, że u nas mówi się i dyskutuje o reparacjach, ani oczywiście o tym, że jest to rodzaj retorsji za pogróżki Powiernictwa Pruskiego. Pewno Niemcom taka wiedza nie jest do niczego potrzebna. I mają rację, bo nic z tego nie będzie, więc po co się irytować. Co innego roszczenia wypędzonych. Najpierw doczekają się empatii, o którą tak zabiega pani Steinbach, potem pan Pawelka wywalczy odszkodowania i zwrot majątków, a na końcu kanclerz Niemiec wygłosi, ze łzami w oczach, przemówienie pełne współczucia dla Polaków, ale cóż, prawo jest prawem. A prawo należy bezwzględnie egzekwować, zwłaszcza po przegranej wojnie.

Tymczasem rezolucja w sprawie reparacji będzie sobie leżeć w komisji, bo SLD nie chce robić przykrości Schrderowi, też socjalistycznemu demokracie, który ma dość kłopotów z kryzysem finansów państwa i którego wdzięczni obywatele obrzucają jajkami, a Platforma Obywatelska uznała, że nic na świecie nie jest proste i zwyczajne, polityka polega na komplikowaniu wszystkiego, należy być za, a nawet przeciw, żeby na końcu nikt się nawet nie domyślił, jakie właściwie jest stanowisko tej najpopularniejszej dziś polskiej partii i żeby na Platformę głosowali nawet Steinbach z Pawelką.

To jest wszystko wzruszające i rozczulające. Od pewnego czasu prowadzę w Radiu Tok FM audycję, której częścią są rozmowy ze słuchaczami. Dlatego wiem, że Polacy mają polityków, których sami wybrali, za bandę durni. No to wiedzcie, że jest jeszcze gorzej. Urzędnicy, których mianują politycy, nie są lepsi. Opowiedział mi właśnie wybitny naukowiec, że zwrócił się do MSZ o udostępnienie polskiej strategii przeciwdziałania roszczeniom wypędzonych. Nie dostał, bo czegoś takiego nie ma. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie przeprowadziło nawet analizy sytuacji prawnej. Polska strategia polega na tym, żeby nie psuć stosunków z Niemcami. Bo nie zaproszą, nie dadzą kanapki i kieliszka rieslinga. My nie powinniśmy psuć, ale Niemcom wolno.

No to bawcie się tak dalej. Któregoś dnia doczekamy się, że Berlin zażąda zwrotu wydatków poniesionych na sprzęt i amunicję niezbędne do zlikwidowania powstania warszawskiego, które przecież było nielegalne w świetle obowiązującego wówczas w Generalnym Gubernatorstwie prawa. I zapłacimy, wszak niemieccy Genossen mają kłopoty. -

Replika tetryka

1 komentarz

Ustąpiłem w piątek, po starej przyjaźni, mego stałego miejsca na tej stronie Mariuszowi Ziomeckiemu, naczelnemu redaktorowi „Super Expressu”, który obruszył się wyraźnie, a nawet zirytował moim felietonem o superexpressowej czołówce zatytułowanej „Siłą wysłany na śmierć”. Ziomecki zapolemizował, dziś pora na replikę.

Otóż drogi Mariuszu, zestarzałem się już w tym zawodzie, może nawet stetryczałem, więc nie chce mi się analizować Twego tekstu zdanie po zdaniu. Myślę zresztą, że nie warto. Ale co nieco warto. Piszesz, że nie spodobał mi się wasz czołówkowy news. News? Czy aby na pewno tytuł „Siłą wysłany na śmierć”, który na następnej stronie jest zrelatywizowany, a nawet zakwestionowany znakiem zapytania „Żołnierze lecieli do Iraku, bo musieli?”, jest informacją? Widocznie coś się musiało w dziennikarstwie zmienić, a ja tego nie zauważyłem. Za rzadko czytam „Super Express”. Dalej piszesz, że „armia stosuje presję ekonomiczną na żołnierzy”. Czyli armia robi to samo, co świetlanej pamięci Edward Gierek, który stosował presję ekonomiczną na górników, żeby pracowali na przodku. Przyzwoicie im płacił i dawał talony. I również ginęli, bo katastrofy często się zdarzały. A przecież gdybyś przeczytał w jakiejś gazecie tytuł „Siłą wysyłani na przodek”, to byś się skręcił ze śmiechu.

Pytasz mnie, dlaczego dzieci członków elit nie służą w Iraku? A bo ja wiem? Niewykluczone, że racje miała Maria Konopnicka, która w wierszu „A jak poszedł król na wojnę”, napisała, że na wojnie „najgłośniej krzyczą króle, a najgęściej giną chłopy”. Może by „Super Express” przedrukował ten wiersz na pierwszej stronie? Może elity nie mają dzieci albo mają same córki. A może byście zaprotestowali przeciwko temu, że córka Kwaśniewskiego i wnuczka Millera nie pracują w kasie hipermarketu, co też jest przecież krzyczącą niesprawiedliwością.

Pytasz mnie, jak będzie wyglądał happy end awantury irackiej. A skąd mogę wiedzieć. To wy macie wróżkę od horoskopów. Ja tylko nie sądzę, żeby Polska powinna uczestniczyć wyłącznie w takich akcjach międzynarodowych, które mają urzędowe gwarancje happy endu i akceptację „Super Expressu”. Nie wydaje mi się też możliwe wytłumaczenie Ci różnicy między pokojem i brakiem wojny. Poczytaj eseje Orwella o pacyfistach.

Piszesz o sobie i Twojej redakcji (pewnie to ironia, ale nieuzasadniona) „prości populiści”. O nie, tacy prości to Wy wcale nie jesteście. Jesteście wyrafinowani. Najpierw konstruujecie zdarzenia, tworzycie fikcyjny świat, a potem go obkładacie protestem. Kontestujecie nie to, co istnieje, ale własną interpretację. I to wszystko ufryzowane jest na troskę o dobro powszechne. O cały świat. Troszczycie się na równi o świat, pokój, Polskę, matkę Michała Wiśniewskiego i ładne piersi. Z tego wszystkiego najbardziej Wam do twarzy z piersiami.

Zarzucono mi niedawno, że wyśmiewam się z posłów i obniżam autorytet Sejmu. Tymczasem obowiązkiem każdego obywatela jest wspierać swoich przedstawicieli i służyć im radą, aby się mogli doskonalić ku zadowoleniu ogółu. Fakt, że niektórzy wypowiadają się nieporadnie, ględzą nieprecyzyjnie, kaleczą dotkliwie język polski, wynika stąd, że wzorem ich jest telewizja. Ale gdyby im wskazać właściwe przykłady do naśladowania, niewątpliwie podciągnęliby się i w następnej kadencji mielibyśmy na trybunie sejmowej samych Cyceronów. Wziąłem sobie bardzo do serca te uwagi i spieszę z dobrą radą dla parlamentarzystów. Otóż trzeba się tylko uważnie wsłuchiwać w odgłosy przyrody. Zwierzęta mówią nie tylko w Wigilię, trzeba tylko chcieć je usłyszeć. A mówią to, co obywatele i wyborcy. Bo świat jest jednością. Kiedyś, na spacerze w lesie, sporządziłem taką notatkę:

Z przemówienia Jelenia

Koledzy, zebraliśmy się tu, na tym Rykowisku, aby dać wyraz naszemu niezadowoleniu z systemu dokarmiania. Paśników jest za mało, zaopatrzenie niedostateczne i monotonne, ciągle tylko siano i siano. Istnieją uzasadnione podejrzenia, że Leśniczy i jego Gajowi bogacą się naszym kosztem, oddając najlepsze kąski swojemu bydłu domowemu. Dość obgryzania kory z drzew! Precz z nieprawością! Żądamy marchwi i karczochów. Nie pozwolimy dłużej na robienie Jeleni w konia.

Innym razem, bawiąc w oborze, zanotowałem, co następuje:

Z mowy Krowy

Drogie współtowarzyszki niewoli. Powiem prosto, co mnie boli. Nie mamy co włożyć do mordy, same musimy łazić po łące i osobiście skubać trawę, doją nas trzy razy dziennie, zamiast byka inseminator nas bzyka, a siano wywozi się do lasu dla dziczyzny. Miarka się przebrała. Domagamy się pełnego koryta, wolnych sobót i premii kwartalnej. Nie damy dłużej robić z nas jeleni. Niech żyje stado! Niech żyje obora! Nich żyje żłób!

Tak przemawiają krowy i jelenie, ale nie można się wzorować, choć wielu to robi, wyłącznie na zwierzętach. Trzeba też uwzględniać ludzi i ich problemy. Napisałem więc taki wzorcowy tekst krótkiego, treściwego przemówienia, poruszającego najbardziej istotnie problemy kraju, zawierającego także najładniejsze chwyty retoryczne:

Obywatele muszą się obywać bez wszystkiego, ale nie mogą się obyć beze mnie i bez mojej partii. Towarzysze, ja was słyszę i tak jak wy ledwo dyszę Rodacy, to czego wam potrzeba, to pracy. Nasz dzień zaświtał, przepędzimy obcy kapitał. Chłopy, jutro wyjdziemy z Europy. Handlarze, zburzymy supermarkety, zostaniecie na bazarze. Socjalizmu naszego powszedniego daj nam dzisiaj, jako i my go odpuszczamy naszym winowajcom. Nich żyje Polska!

Napisałem i teraz trawi mnie pytanie, czy po jego wygłoszeniu otrzymałbym aplauz, czy dostał po gębie. I co na to powiedziałyby Krowy, a co Jelenie.-

Siłą wysłany na śmierć” – wykrzyczała wielkimi literami na pierwszej stronie prawdę o śmierci jednego z polskich żołnierzy w Iraku gazeta „Super Express”. Siłą. Przemocą. Gwałtem. Szkoda, że nie było przy tym fotoreportera „SE”. Pokazano by nam, jak związanego sznurami żołnierza Kwaśniewski ze Szmajdzińskim kopniakami wpędzają do samolotu.

Jestem od dziesięcioleci zaprzyjaźniony z redaktorem naczelnym „SE” Mariuszem Ziomeckim, a tak długa i miła znajomość wymusza wyrozumiałość. Ale tego już trochę za dużo. Gazety są od tego, żeby pomagać zrozumieć świat, a nie od tego, żeby tworzyć własny. To już przerabialiśmy. Teraz od ogłupiania ludzi, od demagogii są politycy, wśród nich wybitni fachowcy. „Coraz więcej polityków nie chce wojny” – pisze „Super Express”. A co z szewcami? A krawcami męskimi? Czy ktoś w ogóle chce wojny? Czy Polska jest w stanie wojny z kimkolwiek i czy przeciwnikiem w tej wojnie jest Irak, as-Sadr czy Al-Kaida? Cały świat arabski, pacyfiści francuscy czy może „Super Express” z Ziomeckim?

„Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. To „Wesele” Wyspiańskiego, w którym jest też mowa o mąceniu w narodowej kadzi. Politycy nie chcą wojny, ale chcą wygrać wybory. LPR proponuje narodowe referendum w sprawie zakończenia naszego udziału w misji irackiej. Też w trosce. A może zacząć od referendum wśród żołnierzy polskiego kontyngentu. Może ich zapytać, czy pojechali dobrowolnie i czy chcą wracać. Nikt tego nie zrobi, ryzyko jest za wielkie, bo ani „Super Express”, ani prezes Wojciechowski z PSL do bazy Babilon nie docierają.

„W Iraku zginęło aż siedmiu żołnierzy służby nadterminowej” – ubolewa „SE”. Ja też ubolewam. Ale czy redakcja wie, ile osób zginęło w ostatni weekend na polskich drogach? Ile utonęło tego lata w gliniankach?

Wreszcie – dlaczego żołnierze koalicji giną w Iraku? Z niektórych gazet i politycznych enuncjacji wynika, że są zabijani przez patriotycznych partyzantów walczących o wolność Iraku. A może by tak wreszcie napisać, że w Iraku nie toczy się walka o wolność, ale o władzę, o zajęcie pustego miejsca po Husajnie i że masowymi ofiarami tej wojny domowej są Irakijczycy. Polscy żołnierze są tam, aby tę masakrę powstrzymać.

Polska jest częścią cywilizowanego świata zachodniego i powinna mieć z tego tytułu liczne przywileje, między innymi gwarancje bezpieczeństwa, dostęp do technologii, pomoc i zniesienie wiz do USA, ale nie powinna mieć żadnych zobowiązań. Taki jest światopogląd i program politycznego mocarstwa światowego, które można kupić codziennie za 1,2 złotego. Tanio. -

To zadziwiające, jakie figle potrafi płatać pamięć. Nie pamiętam, kto i kiedy wygrał jakieś zawody, a tym bardziej kto przegrał, a wyczyny językowe sprawozdawców telewizyjnych tkwią w głowie nadal świeże, jakby to było wczoraj. I odkładają się geologicznymi warstwami kolejnych igrzysk i mistrzostw. Młot rzuca Rutem. Ten czarny to chyba Murzyn. Amerykanka ma piękny krok. Wyrosły mu nogi rywala. Były to piękne lapsusy. Nigdy też nie zapomnę, jak nieodżałowanej pamięci Stefan Rzeszot relacjonował przez kwadrans mecz w odwrotną stronę, bo pomylił zespoły. Ale to było dawno.

A co zapamiętam z Aten? Poczucie zniechęcenia. Przygnębienia. Zalanie potokiem słów bez znaczenia, które zamiast przybliżać mi sportową rywalizację i ułatwiać rozeznanie, pokrywają wszystko, jak popiołem, nieprzytomnym gadulstwem. Na litość boską, po co mi są te wszystkie informacje? Do czego może mi się przydać wiadomość o tym, kto zajął 6. miejsce w finale biegu na 800 metrów w Roku Pańskim 1908 albo jaki rezultat ktoś tam osiągnął jako junior w mistrzostwach strażaków stanu Alabama? To wszystko jest wiedza imponująca, tylko całkowicie zbędna komuś, kto chce się emocjonować teraźniejszością. Nie jestem też niewidomy ani ograniczony i nie trzeba mi opowiadać tego, co widzę, ani upewniać mnie, że widzę prawidłowo. Sraczka słowna, na którą cierpią nasi telewizyjni sprawozdawcy, psuje igrzyska, najbardziej wtedy, kiedy polscy sportowcy odnoszą rzadkie sukcesy.

Przyznam, że kiedy tylko mogę, przełączam się na zagraniczne stacje, gdzie nie ma takiego gadulstwa i gdzie nie mówią mi najpierw, że Polacy są wielkimi faworytami, a po przegranej nie ogłaszają stanu klęski narodowej. Ale najlepsze są telewizje w językach, których nie rozumiem. Polecam wszystkim Thai tv – pokazują to samo, ale nie wiadomo, co mówią. Co za ulga!

W innych bywa różnie, bo sport, czy kto chce, czy nie, wyzwala jednak szowinizmy, ale przynajmniej sprawozdawcy niemieccy, brytyjscy, francuscy, nawet włoscy nie są ważniejsi od sportowców, igrzysk, całego sportu i całego pozostałego świata. Jedni mówią mniej, inni więcej, ale jednak pozostają w cieniu. Nasi są zawsze na pierwszym planie i nigdy nie zaniedbują belferskiego tonu.

Dlatego kiedy jeden z nich w momencie kiedy Grażyna Prokopek po 200 metrach półfinału na 400 metrów zostawała już 20 metrów z tyłu, powiedział, że Polka biegnie bardzo rozsądnie, odetchnąłem. To jednak też tylko ludzie. Jest co zapamiętać i z Aten.

Parę lat temu postulowałem utworzenie nowej dyscypliny naukowej – posterologii, zajmującej się przygotowywaniem materialnej bazy dla właściwej oceny naszych czasów przez przyszłe pokolenia. Narzędziem materialnym posterologii miały być zakopaliska – zakopywanie przedmiotów i ludzi, którzy po wykopaniu za kilka tysięcy lat stanowiliby miłe i niepodważalne świadectwo, jak za naszych czasów było dobrze i świetlanie. Nikt tego pomysłu jakoś nie podchwycił, ani władze państwowe, ani PAN, i już myślałem, że posterologia, jak wszystkie mądre i poczciwe inicjatywy w Polsce, została utrącona. Na szczęście okazało się, że nie. Inicjatywę wzięła w swoje ręce „Trybuna” i wprawdzie nikogo nie zakopała, ale za to wykopała artefakt z późnego PRL, profesora Pawła Bożyka.

Bożyk, doradca ekonomiczny Gierka, po otrzepaniu z kurzu dał natychmiast historyczne świadectwo i napytlował w „Trybunie” na całą kolumnę. Przypomniał, że w historii PRL były całe okresy, gdy braki towarowe nie były dokuczliwe i kartek nie było. Stwierdził, rozejrzawszy się po współczesności, że nie ma jednak żadnego porównania z dzisiejszym zaopatrzeniem rynku, który trzaska w szwach, tylko nikt nie kupuje, bo go nie stać. Dopiero po tej wypowiedzi Bożyka można zrozumieć właściwie decyzję władz Radomia o zakazie handlu w niedzielę. Chodzi o to, żeby ludzi nie było stać na zakupy o jeden dzień w tygodniu mniej.

Dalej Bożyk zaświadczył, że kartki na żywność były przykładem ówczesnej sprawiedliwości, bo bez kartek towary kupowaliby tanio spekulanci i sprzedawali drogo. Kolejki po meble były spowodowane tym, że budowano za wiele mieszkań, a poza tym ludzi zdemoralizowały swobodne wyjazdy na Zachód i oglądanie tamtejszych mebli. Ale to były tylko drobne uciążliwości bez większego znaczenia, skoro: Gierek całował się z Breżniewem tylko na niby, Polska pod względem tempa rozwoju należała do czołówki światowej, kwitło życie towarzyskie, teatry i kina były pełne, a wszystkie dzieci jeździły na kolonie. Bułgarzy przyjeżdżali do Polski oglądać striptiz. Wybudowano Trasę Łazienkowską i drogę szybkiego ruchu do Katowic. Wszyscy mieli pracę i wszyscy mieli pieniądze. PRL to była kraina miodem płynąca, a kto ją upraszcza do prymitywnego obrazu pustych półek i prześladowań, ten prymityw.

Oczywiście, Bożyk zajął się też III Rzeczpospolitą i stwierdził, powołując się na prof. Kabaja, również ekonomistę, że gdyby połowa bezrobotnych znalazła zatrudnienie, dochód narodowy (takiej nomenklatury używa wykopany Bożyk) uległby podwojeniu. Nie znam założeń tego obliczenia, nie wiem, gdzie mieliby pracować ci bezrobotni i co mieliby robić. Ale przypuszczam, że gdyby pracowali przy wydobyciu i szlifowaniu diamentów, to wzrost mógłby być nawet wyższy. Natomiast produkcja radeł nie jest aż tak opłacalna. A w ogóle, jak mówił towarzysz Gomułka, ekonomista równie tęgi jak Bożyk, gdybyśmy mieli mięso, moglibyśmy eksportować konserwy, ale nie mamy blachy.

Teraz, kiedy wiemy już, jak fajnie było w PRL, można ekonomistę Bożyka z powrotem zakopać. Niech spoczywa w spokoju.

Świat jest przychylny dla satyryków w ogóle, a dla felietonistów w szczególności. Po Izabeli Jarudze-Nowackiej pełnomocnikiem rządu do spraw równości została Magdalena Środa i od razu wszędzie jej pełno. Jesteśmy obsypani perłami światopoglądowymi i diamentowym kurzem myśli jak łupieżem. Z samego tylko wywiadu, jaki Paweł Smoleński przeprowadził ze Środą na łamach „Gazety Wyborczej”, każdy kabaret prowincjonalny mógłby żyć przez parę miesięcy bez większego wysiłku. Stołeczny przez dwa tygodnie.

Pereł jest w tym wywiadzie wiele, ale ja jestem już bardzo starym, cynicznym wieprzem, więc wybieram tylko kilka co smakowitszych. Na uwagę Smoleńskiego, że feministki wiele mówią o polityce, ale odmawiają udziału we władzy, Środa tłumaczy, że władza należy do mężczyzn, kobietom jest trudniej i dlatego należy im się wsparcie w postaci parytetu. Niewątpliwie pod tym stwierdzeniem podpisałaby się kobieta bez parytetu, pani Margaret Thatcher, podczas gdy jej maż Denis, o którym hiszpańska gazeta „El Dia” napisała kiedyś w podpisie „Margaret Thatcher, acompanada de su marido Penis” byłby przeciwnego zdania, co świadczy o tym, że wszyscy mężczyźni są szowinistami.

Mężczyźni są szowinistami, natomiast Polacy, zdaniem Środy, są ksenofobiczni. „Nie chodzi tylko o stosunek do mniejszości seksualnych, ale generalnie do obcości i inności”. Trochę za bardzo to generalne, bo Kosmici z pewnością są obcy i inni, a spotkałem się z bardzo życzliwym stosunkiem Polaków do małych, zielonych ludzików, wśród których także na pewno są geje i lesbijki, bo Kosmos jest jednością. Oczywiście, wady narodowe Polaków, które Środa będzie zwalczać, wynikają z polskiej religijności, która, jak sądzę w odróżnieniu od ateizmu, jest deklaratywna, podczas gdy ateizm jest praktyczny. Z takiego praktycznego, a nie deklaratywnego traktowania wartości pani Środa wylądowała w rządzie SLD, partii do której – jak deklaruje – nie odczuwa żadnej sympatii i która jest jej całkowicie obca.

Bardzo piękny jest kawałek przemyśleń pełnomocniczki Środy o przyszłości. „Krakowscy mieszczanie sprzeciwiający się Marszowi Tolerancji odejdą w przeszłość, a LPR gdzie indziej wyczuje polityczną koniunkturę”. Chciałbym dożyć czasów, kiedy ostatni mieszczanin krakowski spocznie na cmentarzu Rakowickim, a Marsz Tolerancji poprowadzi na Wawel Giertych pod rękę ze Środą. Będzie to ostateczny koniec polskiej ksenofobii i zgniłego pluralizmu.

Życzę pani pełnomocniczce wielu pięknych chwil w restauracji Casa Valdemar. Gdyby jednak znalazła pani przy deserze nieco czasu, to proszę pomyśleć chwilę, jak to jest, że tworzenie wszelkiego rodzaju nowych praw definiowanych w kategoriach etnicznych, płciowych, orientacji seksualnej, upośledzenia i czego tam jeszcze prowadzi do ograniczania tradycyjnych i powszechnych wolności, myśli, słowa, sumienia i jest furtką do ingerencji państwa w coraz to nowe sfery życia obywateli. Ale jeśli nie będzie miała pani czasu, to trudno. Dziś mało kto ma czas na myślenie, poza satyrykami.

Dziwne się u nas ostatnio rzeczy dzieją i chyba nie wszystko można zwalić na upał. O świcie jest całkiem chłodno. „Gazeta Wyborcza” opublikowała wczoraj, w rubryce „Listy”, list podpisany nazwiskiem Andrzej Zagozda. Jest to, jak podobno wszyscy wiedzą, albo powinni jako ludzie kulturalni i obyci wiedzieć (ja w każdym razie wiem) pseudonim redaktora naczelnego „Gazety”, Adama Michnika. To dość niezwykła sytuacja, raczej rzadko praktykowana, że redaktor naczelny pisze list do własnej gazety, w dodatku pod pseudonimem. Jeszcze osobliwsze jest to, że jednym z bohaterów listu jest Adam Michnik. Adam Michnik pod pseudonimem broni w liście do swojej redakcji Adama Michnika au naturl przed pomówieniami o kontakty z Sulikiem i Kwiatkowskim.

Wszystko razem jest zawikłane jak diabli i potrzebna by była nowa komisja śledcza, która powinna ustalić, jakie były stosunki towarzyskie Sulika, Michnika, Kwiatkowskiego, Niemczyckiego i Rapaczyńskiej. Na komisję nie można liczyć, więc niech przynajmniej wszyscy zainteresowani napiszą listy w tej sprawie, najlepiej pod pseudonimami, co niewątpliwie przyda im (tym listom) wiarygodności.

Sam list Zagozdy vel Michnika jest polemiką z jakimś tekstem o Bolesławie Suliku opublikowanym przez Piotra Zarembę w „Newsweeku”, ale ma wszystkie cechy listu pasterskiego, pełnego przestróg i nauk moralnych dla grzesznika. „Kłamstwo nawet wielokrotnie powtórzone nie staje się prawdą. Zaś uporczywy nawyk kłamstwa jest brzydkim rysem charakteru”. Bardzo pięknie. Uderza fundamentalna słuszność tych dwóch zdań i ich szlachetne przesłanie. Tylko dlaczego nie można było tego podpisać nazwiskiem? Przecież pod pseudonimem nie da się nawracać grzeszników. Pod pseudonimem nie zyskuje się wiernych i nie tworzy kościoła. Gdyby święty Paweł pisał do Koryntian anonimy albo podpisywał się jako Poncjusz Piłat, nigdy nie zdobyłby autorytetu moralnego, tylko byłby podejrzany, że coś kombinuje.

Cała ta historia z listem Michnika nie jest ważna, bo list dotyczy paru osób, które może rozumieją, o co tu chodzi, a może i nie. Ale jest charakterystyczna dla atmosfery, jaka otacza pewne z naszych środowisk opiniotwórczych, w których możliwe są pouczenia moralne i połajanki etyczne pod pseudonimem. Za parawanem. Z cienia, w którym już nie wiadomo, kto się chowa, pseudonim czy jego oryginał.

(nazwisko znane redakcji)

Od dawna nie płaciłem abonamentu telewizyjnego. Dokładnie od dnia wyemitowania przez TVP filmu „Dramat w trzech aktach” dowodzącego, że bracia Kaczyńscy ukradli pieniądze FOZZ. Ogłosiłem wówczas moją decyzję niepłacenia publicznie i wezwałem czytelników, żeby mnie naśladowali.

Parę dni temu udałem się jednak na pocztę i zapłaciłem wszystkie zaległości. Do tego gestu dobrej woli skłoniły mnie wypowiedzi rozmaitych osób, wyrażające niepokój następującymi i zapowiedzianymi zmianami w TVP. Oczywiście, protesty czołowych polityków SLD były niewystarczające. Wiadomo, że socjalistycznych demokratów nie zadowoli nigdy nic, dopóki każdy dziennik nie będzie się zaczynał formułą: przewodniczący SLD wstał dziś rano z łóżka lewą nogą, witany radosnym ćwierkaniem ptaszków, dzieci i młodzieży socjalistycznej, którym wysypał do karmnika ziarno. I kończył stwierdzeniem: Nieznani sprawcy ukradli w nocy Pałac Kultury. Naoczni świadkowie przysięgają, że byli to bracia Kaczyńscy.

Pierwsze swędzenie w okolicach portfela poczułem dopiero, kiedy „Tygodnik Powszechny” zaniepokoił się, że telewizja przestanie być lewicowa, a nawet, o zgrozo, może stać się prawicowa. Portfel wyjąłem i zacząłem liczyć pieniądze, kiedy sejmowa Komisja Kultury zaprotestowała przeciwko usunięciu z programu Kabareciku Olgi Lipińskiej. Oho, pomyślałem, coś się jednak zmienia. Na pocztę poszedłem, kiedy sytuacją w telewizji niepokoić się zaczęła Danuta Waniek. Za coś, co się pani Waniek nie podoba, warto zapłacić nawet znacznie większe pieniądze.

No więc zapłaciłem i tak jak kiedyś wzywałem do niepłacenia, tak teraz apeluję o płacenie. Już jako pełnoprawny telewidz współfinansujący program mogę zwrócić się do prezesa Jana Dworaka z wezwaniem: Drogi prezesie. W środę rano, w radiowej Trójce, którą także współfinansuję, usłyszałem rozmowę pani Pieńkowskiej z nową pełnomocniczką rządu do spraw równości, doktorką filozofką Magdaleną Środą, a w tej rozmowie obietnicę złożoną przez Środę w środę: będę zabiegała o promocję prokreacji. W związku z tym ja pana bardzo proszę, prezesie Dworak, żeby to było pokazywane w telewizji na żywo. Najlepiej zamiast Dobranocki, Piaskowego Dziadka, Krtka czy innych Teletubisiów.

Ja teraz płacę uczciwie abonament i wiele za moje pieniądze nie oczekuję, ale obejrzenie, jak filozofka Środa prowadzi promocję prokreacji, należy mi się jak prawo obywatelskie.-


  • RSS