Dziwne się u nas ostatnio rzeczy dzieją i chyba nie wszystko można zwalić na upał. O świcie jest całkiem chłodno. „Gazeta Wyborcza” opublikowała wczoraj, w rubryce „Listy”, list podpisany nazwiskiem Andrzej Zagozda. Jest to, jak podobno wszyscy wiedzą, albo powinni jako ludzie kulturalni i obyci wiedzieć (ja w każdym razie wiem) pseudonim redaktora naczelnego „Gazety”, Adama Michnika. To dość niezwykła sytuacja, raczej rzadko praktykowana, że redaktor naczelny pisze list do własnej gazety, w dodatku pod pseudonimem. Jeszcze osobliwsze jest to, że jednym z bohaterów listu jest Adam Michnik. Adam Michnik pod pseudonimem broni w liście do swojej redakcji Adama Michnika au naturl przed pomówieniami o kontakty z Sulikiem i Kwiatkowskim.

Wszystko razem jest zawikłane jak diabli i potrzebna by była nowa komisja śledcza, która powinna ustalić, jakie były stosunki towarzyskie Sulika, Michnika, Kwiatkowskiego, Niemczyckiego i Rapaczyńskiej. Na komisję nie można liczyć, więc niech przynajmniej wszyscy zainteresowani napiszą listy w tej sprawie, najlepiej pod pseudonimami, co niewątpliwie przyda im (tym listom) wiarygodności.

Sam list Zagozdy vel Michnika jest polemiką z jakimś tekstem o Bolesławie Suliku opublikowanym przez Piotra Zarembę w „Newsweeku”, ale ma wszystkie cechy listu pasterskiego, pełnego przestróg i nauk moralnych dla grzesznika. „Kłamstwo nawet wielokrotnie powtórzone nie staje się prawdą. Zaś uporczywy nawyk kłamstwa jest brzydkim rysem charakteru”. Bardzo pięknie. Uderza fundamentalna słuszność tych dwóch zdań i ich szlachetne przesłanie. Tylko dlaczego nie można było tego podpisać nazwiskiem? Przecież pod pseudonimem nie da się nawracać grzeszników. Pod pseudonimem nie zyskuje się wiernych i nie tworzy kościoła. Gdyby święty Paweł pisał do Koryntian anonimy albo podpisywał się jako Poncjusz Piłat, nigdy nie zdobyłby autorytetu moralnego, tylko byłby podejrzany, że coś kombinuje.

Cała ta historia z listem Michnika nie jest ważna, bo list dotyczy paru osób, które może rozumieją, o co tu chodzi, a może i nie. Ale jest charakterystyczna dla atmosfery, jaka otacza pewne z naszych środowisk opiniotwórczych, w których możliwe są pouczenia moralne i połajanki etyczne pod pseudonimem. Za parawanem. Z cienia, w którym już nie wiadomo, kto się chowa, pseudonim czy jego oryginał.

(nazwisko znane redakcji)