To zadziwiające, jakie figle potrafi płatać pamięć. Nie pamiętam, kto i kiedy wygrał jakieś zawody, a tym bardziej kto przegrał, a wyczyny językowe sprawozdawców telewizyjnych tkwią w głowie nadal świeże, jakby to było wczoraj. I odkładają się geologicznymi warstwami kolejnych igrzysk i mistrzostw. Młot rzuca Rutem. Ten czarny to chyba Murzyn. Amerykanka ma piękny krok. Wyrosły mu nogi rywala. Były to piękne lapsusy. Nigdy też nie zapomnę, jak nieodżałowanej pamięci Stefan Rzeszot relacjonował przez kwadrans mecz w odwrotną stronę, bo pomylił zespoły. Ale to było dawno.

A co zapamiętam z Aten? Poczucie zniechęcenia. Przygnębienia. Zalanie potokiem słów bez znaczenia, które zamiast przybliżać mi sportową rywalizację i ułatwiać rozeznanie, pokrywają wszystko, jak popiołem, nieprzytomnym gadulstwem. Na litość boską, po co mi są te wszystkie informacje? Do czego może mi się przydać wiadomość o tym, kto zajął 6. miejsce w finale biegu na 800 metrów w Roku Pańskim 1908 albo jaki rezultat ktoś tam osiągnął jako junior w mistrzostwach strażaków stanu Alabama? To wszystko jest wiedza imponująca, tylko całkowicie zbędna komuś, kto chce się emocjonować teraźniejszością. Nie jestem też niewidomy ani ograniczony i nie trzeba mi opowiadać tego, co widzę, ani upewniać mnie, że widzę prawidłowo. Sraczka słowna, na którą cierpią nasi telewizyjni sprawozdawcy, psuje igrzyska, najbardziej wtedy, kiedy polscy sportowcy odnoszą rzadkie sukcesy.

Przyznam, że kiedy tylko mogę, przełączam się na zagraniczne stacje, gdzie nie ma takiego gadulstwa i gdzie nie mówią mi najpierw, że Polacy są wielkimi faworytami, a po przegranej nie ogłaszają stanu klęski narodowej. Ale najlepsze są telewizje w językach, których nie rozumiem. Polecam wszystkim Thai tv – pokazują to samo, ale nie wiadomo, co mówią. Co za ulga!

W innych bywa różnie, bo sport, czy kto chce, czy nie, wyzwala jednak szowinizmy, ale przynajmniej sprawozdawcy niemieccy, brytyjscy, francuscy, nawet włoscy nie są ważniejsi od sportowców, igrzysk, całego sportu i całego pozostałego świata. Jedni mówią mniej, inni więcej, ale jednak pozostają w cieniu. Nasi są zawsze na pierwszym planie i nigdy nie zaniedbują belferskiego tonu.

Dlatego kiedy jeden z nich w momencie kiedy Grażyna Prokopek po 200 metrach półfinału na 400 metrów zostawała już 20 metrów z tyłu, powiedział, że Polka biegnie bardzo rozsądnie, odetchnąłem. To jednak też tylko ludzie. Jest co zapamiętać i z Aten.