To jest bardzo ciekawa sprawa. 25 sierpnia w Sejmie odbyła się debata nad rezolucją w sprawie domagania się od Niemiec reparacji wojennych. Wielka niemiecka agencja prasowa DPA, której uwagi nie ujdzie żadne morderstwo na Filipinach albo gwałt w Indonezji, nadała tego dnia dwie depesze z Polski: jedną o tym, że większość Polaków jest za wycofaniem żołnierzy z Iraku, i drugą, że jakiś nowy kwiatek został nazwany imieniem Lecha Wałęsy. Informacji na temat sejmowej debaty nie było w żadnym dzienniku żadnego z programów telewizyjnych RFN. Następnego dnia, 26 sierpnia, żadna z trzech wielkich gazet niemieckich, które mają korespondentów w Warszawie – „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Süddeutsche Zeitung” i „Die Welt”, nawet się nie zająknęła o tej debacie.

Niemcy nic nie wiedzą, że u nas mówi się i dyskutuje o reparacjach, ani oczywiście o tym, że jest to rodzaj retorsji za pogróżki Powiernictwa Pruskiego. Pewno Niemcom taka wiedza nie jest do niczego potrzebna. I mają rację, bo nic z tego nie będzie, więc po co się irytować. Co innego roszczenia wypędzonych. Najpierw doczekają się empatii, o którą tak zabiega pani Steinbach, potem pan Pawelka wywalczy odszkodowania i zwrot majątków, a na końcu kanclerz Niemiec wygłosi, ze łzami w oczach, przemówienie pełne współczucia dla Polaków, ale cóż, prawo jest prawem. A prawo należy bezwzględnie egzekwować, zwłaszcza po przegranej wojnie.

Tymczasem rezolucja w sprawie reparacji będzie sobie leżeć w komisji, bo SLD nie chce robić przykrości Schrderowi, też socjalistycznemu demokracie, który ma dość kłopotów z kryzysem finansów państwa i którego wdzięczni obywatele obrzucają jajkami, a Platforma Obywatelska uznała, że nic na świecie nie jest proste i zwyczajne, polityka polega na komplikowaniu wszystkiego, należy być za, a nawet przeciw, żeby na końcu nikt się nawet nie domyślił, jakie właściwie jest stanowisko tej najpopularniejszej dziś polskiej partii i żeby na Platformę głosowali nawet Steinbach z Pawelką.

To jest wszystko wzruszające i rozczulające. Od pewnego czasu prowadzę w Radiu Tok FM audycję, której częścią są rozmowy ze słuchaczami. Dlatego wiem, że Polacy mają polityków, których sami wybrali, za bandę durni. No to wiedzcie, że jest jeszcze gorzej. Urzędnicy, których mianują politycy, nie są lepsi. Opowiedział mi właśnie wybitny naukowiec, że zwrócił się do MSZ o udostępnienie polskiej strategii przeciwdziałania roszczeniom wypędzonych. Nie dostał, bo czegoś takiego nie ma. Ministerstwo Spraw Zagranicznych nie przeprowadziło nawet analizy sytuacji prawnej. Polska strategia polega na tym, żeby nie psuć stosunków z Niemcami. Bo nie zaproszą, nie dadzą kanapki i kieliszka rieslinga. My nie powinniśmy psuć, ale Niemcom wolno.

No to bawcie się tak dalej. Któregoś dnia doczekamy się, że Berlin zażąda zwrotu wydatków poniesionych na sprzęt i amunicję niezbędne do zlikwidowania powstania warszawskiego, które przecież było nielegalne w świetle obowiązującego wówczas w Generalnym Gubernatorstwie prawa. I zapłacimy, wszak niemieccy Genossen mają kłopoty. -