Można ostatnio odnieść wrażenie, że większość polityków lewicy z amatorstwa zajmuje się seksuologią. Wykłady, jakie od nich słyszeliśmy przez ostatni tydzień na temat społecznej, psychologicznej, zdrowotnej, światopoglądowej i każdej innej roli środków antykoncepcyjnych (oczywiście refundowanych) w życiu jednostki i narodu, złożyłyby się na piękny i gruby tom, który mógłby być bestsellerem, gdyby został zilustrowany przykładami z życia wykładowców. Ale na to, niestety, nie możemy liczyć. Życie seksualne polityków to jest sfera ich prywatności, podczas gdy formy i sposoby życia seksualnego reszty obywateli to sprawa publiczna. Politykom lewicy wydaje się, że powinni zabierać głos na ten temat, bo znają się na pieprzeniu. To prawda, ale chodzi o takie jak z rysunku Mleczki, tego z nosorożcem i żyrafą: „Obywatelu, nie pieprz bez sensu”.

Otóż jądrem (lewym) myślenia lewicy o refundacji środków antykoncepcyjnych – tonący kondoma się chwyta – jest, wykreowany zapewne przez feministki, pogląd, że ciąża jest chorobą. Jeśli tak, to jest chorobą epidemiczną, bo zapada na nią stale duża część populacji, a zatem chorobą społeczną. Tylko w ten sposób można sobie wytłumaczyć chęć finansowania ze składek, płaconych przez wszystkich obywateli na ochronę zdrowia, ochrony przed zapadnięciem na ciążę. Darmowe środki antykoncepcyjne miałyby więc takie samo znaczenie jak szczepienia ochronne. Udało się dzięki szczepieniom wyeliminować ospę, polio, gruźlicę i parę jeszcze innych chorób epidemicznych, może się uda też zwalczyć ciążę. Gdyby jednak mimo wysiłków edukacyjnych i nakładów finansowych zachorowalność na ciążę nie spadała, a chirurgiczne usuwanie objawów choroby nadal było na skutek nacisków ciemnoty zakazane, nie będzie innego wyjścia jak tylko wprowadzić obowiązkowe stosowanie darmowych środków antykoncepcyjnych. Trzeba będzie powołać przy Narodowym Funduszu Zdrowia lotne oddziały inspekcyjne z uprawnieniami do zaglądania wszędzie. Nie ulega wątpliwości, że społeczeństwo, obsypane prezerwatywami, obrzucone globulkami, z darmową spiralą na szyjce, ratowane przez pogotowie z ostatniej toni dostarczeniem na sygnale pigułki wczesnoporonnej znalazłoby się w stanie szczęśliwości większej, niż gdyby nagle obudziło się w kraju pełnego zatrudnienia, rządzonym przez ludzi uczciwych i jeszcze mówiących poprawnie po polsku. Takie społeczeństwo głosowałoby wyłącznie na lewicę, zwłaszcza gdyby mu jeszcze obiecała darmową viagrę.