rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2004

Bardzo sobie cenię skrajnie zideologizowane formacje myślowe, ludzi, którzy je konstytuują, oraz oczywiście ich organy prasowe. A to dlatego, że zawsze, w każdej sytuacji wiadomo, czego się po nich spodziewać. Żadnych niespodzianek, zero zaskoczeń. Żadnej myśli własnej, żadnej refleksji, tylko odruchy. Cokolwiek by się stało, otwiera się pudełko, wyskakuje diablik, odzywa się pozytywka. I odgrywa swoje.

Dlatego nie zaskoczył mnie ani nie zdziwił sposób, w jaki „Nasz Dziennik” pożegnał Czesława Miłosza, jednego z największych w historii naszej literatury. Gazeta tradycyjnie, bez żadnego wysiłku intelektualnego, odegrała swoją melodyjkę, wedle której autor „Zniewolonego umysłu” był kimś w rodzaju bolszewickiego komisarza. Prosta jak drąg do masakrowania twarzy sylwetka laureata Nagrody Nobla sprowadziła życie i dzieło Czesława Miłosza do kilku elementów: komunista, komunistyczny dyplomata, zwolennik wcielenia Polski do ZSRR, osobisty przeciwnik Biblii i świętego Maksymiliana Kolbego. Osiem krótkich zdań, którymi pokwitowano życie Miłosza, to lekcja chrześcijańskiej miłości bliźniego według narodowych katolików. W tytule notatki „Zmarł Czesław Miłosz” zabrakło mi westchnienia ulgi – nareszcie. Grzech niedostatku szczerości albo cnota powściągliwości.

Gdyby choć „Nasz Dziennik” wezwał swoich czytelników do modlitw za duszę Miłosza w intencji wybaczenia Mu grzechów komunizmu, dyplomacji i pasji publicystycznej. A gdzie tam. Na Sądzie Ostatecznym redaktorzy „Naszego Dziennika”, których bohaterska postawa w obalaniu komunizmu i srogie prześladowania, jakim podlegali, szczególnie ze strony Mieczysława Moczara, dają moralne prawo do plwania na trumnę Miłosza, będą świadczyć przeciwko Poecie.

Zastanawiałem się, jak wyglądałby nekrolog Adama Mickiewicza, gdyby „Nasz Dziennik” wychodził w roku 1855. Pewnie tak: syn wychrzczonej Żydówki litewskiej, agent francuski, zbiegł z Polski, aby nie uczestniczyć w narodowym zrywie Powstania Listopadowego, założyciel i redaktor komunizującej „Trybuny Ludów” w Paryżu, wojujący z Kościołem bluźnierca, autor bezbożnej Wielkiej Improwizacji, który odmówił wyspowiadania się w Rzymie, rozpustnik pokarany przez Opatrzność cholerą.

Prawdziwi poeci, których „Nasz Dziennik” ceni i szanuje, publikują na przedostatniej stronie tej gazety. Są to wszystko dzieci duchowe księdza Rydzyka i po rymach sądząc, piszą wiersze wyłącznie w Częstochowie.

Każdy ma takich poetów, na jakich zasługuje. Polacy – Miłosza. „Nasz Dziennik” – legion naśladowców księdza Baki. I nie wygląda na to, aby znalazł się wśród nich choć jeden, który podołałby opisaniu zniewolenia umysłowego tej formacji.

Nie mamy aż tak głębokiego sezonu ogórkowego jak to drzewiej bywało. Świadczą o tym rozmaite fakty. Żadnych sygnałów od yeti, brak obserwacji Nessie, niebo wolne od latających talerzy. Parę piktogramów w zbożu nie równoważy nieobecności w życiu publicznym polityków. Większość obywateli oczywiście oddycha z ulgą i czuje się bez stałego kontaktu z politykami jak na wilegiaturze. Co innego my, felietoniści. Dla nas to katastrofa. Nawet Orlen razem z Belką, Kwaśniewskim i Kulczykiem nie zastąpią nam rządu i Sejmu w pełnym składzie osobowym. Nie mówiąc już o Senacie, który w sezonie pozaogórkowym jest satyrycznym samograjem.

Tonący w nudzie felietonista nauki się chwyta. W takich właśnie poszukiwaniach wpadł mi w ręce numer naukowego czasopisma „Journal of Personalty and Social Psychology” sprzed paru lat, a w nim studium o głupocie i jej perspektywach. Wynika z niego, że głupek, który dojdzie do władzy – a w demokracji jest to bardziej prawdopodobne niż zdobycie władzy przez mądrego – zbuduje z czasem imperium idiotyzmu. Będzie się otaczał tak długo głupszymi od siebie, aż cały system się rozpadnie. Ten fenomen obrastania głupoty głupkami, szczególny rodzaj efektu domina, jest jednym z rezultatów badań nad głupotą i jej objawami, przeprowadzonych przez profesorów psychologii społecznej Justina Krugera i Davida Dunninga.

Obaj uczeni przeprowadzili badania nad trzema grupami studentów. Jedna z nich musiała rozwiązać zadania logiczne, druga ćwiczenia gramatyczne, trzeciej polecono odróżnić dobre (to znaczy śmieszne) dowcipy od złych. Po rozwiązaniu zadań każdy z uczestników musiał sam ocenić poziom swoich osiągnięć.

Rezultaty były przygnębiające. Ci, którzy najgorzej rozwiązali zadania, ocenili własną pracę najwyżej. Im lepsze były rezultaty testów, tym samoocena była skromniejsza. Jeszcze gorzej. Skonfrontowani z rezultatami testów autorzy najgorszych odpowiedzi przez długie godziny dyskusji upierali się, że zadanie wykonali właściwie, mylą się natomiast profesorowie.

Głupcy są głupi, nie zdając sobie z tego sprawy, twierdzą profesorowie Kruger i Dunning. Ograniczone możliwości umysłowe prowadzą ich nie tylko do błędnych rezultatów, ale odbierają także możliwość rozeznania tego faktu. Praktyczna wartość badań obu amerykańskich psychologów jest niestety żadna. Z powodów humanitarnych nie można bowiem informować głupków, że są głupi. Głupkom świadomym swojej głupoty grozi bowiem depresja, szaleństwo i ciężkie choroby o podłożu somatycznym.

Z tego powodu nie możemy liczyć na przebadanie naszej klasy politycznej i opublikowanie rezultatów. A jeśli nawet, to jedyną grupą, przed którą koniecznie należałoby ukryć wyniki, są sami politycy. Jeżeli nawet są głupi, nie doprowadzajmy ich do depresji, bo się na nas odegrają. -

Grab zagrabione – to Lenin. Napad na bank jest niczym w porównaniu z założeniem banku – to Bertold Brecht. Własność to zbrodnia – to pokolenie 1968. Sprawiedliwość społeczna – to współczesność. Wszystko razem, jak warstwy geologiczne narastające epokami, składa się na światopogląd orędowników aktualnie obowiązującego modelu postępu. Pal zresztą diabli światopogląd. To można jeszcze znieść. Ale, co gorsza, przekłada się on na utratę wrażliwości prawnej i traktowanie zapisu konstytucyjnego o ochronie przez państwo własności prywatnej jak pustego sloganu bez żadnego praktycznego znaczenia.

Niedawno „Tygodnik Powszechny” piórem Anny Matei zaniepokoił się skutkami wyroku sądowego przyznającego spadkobiercom ordynacji Zamoyskich z Kozłówki prawo do wyposażenia pałacu, skonfiskowanego przez państwo na podstawie dekretu o reformie rolnej. „Tygodnik” i autorka obawiają się, że również inne wywłaszczone rody odzyskają swoje i, korzystając z przywróconego prawa własności, rozproszą kolekcje rodzinne, które nie były niczym innym, jak tylko wyposażeniem ich domów, sprzedadzą je albo wywiozą je za granicę.

Zdaniem zacnego katolickiego pisma prawo własności powinno być uzależnione od wartości – materialnej, historycznej i artystycznej. Jeśli ktoś ma cynową łyżeczkę do herbaty, może nią spokojnie mieszać cukier, ale jeśli ma łyżeczkę złotą, którą cyzelował Benvenuto Cellini, trzeba mu ją zabrać, w żadnym razie nie zwracać, niech miesza palcem, a Cellinim mieszać może tylko państwo za pośrednictwem swoich urzędników. Skąd się w czcigodnych katolikach krakowskich bierze przekonanie, że własność może być skutecznie sprawowana tylko wtedy, kiedy jest bezwartościowa? Z dziesięciorga przykazań, a zwłaszcza siódmego? Dobro narodowe doprawdy nie polega na tym, żeby oryginały obrazów gniły wyłącznie w muzealnych magazynach, a obywatele mieli prawo tylko do oleodruków. Ewentualne rozpraszanie kolekcji to argument dziwaczny. Parę osób dorobiło się ostatnio kolekcji. Wojciech Siemion ma piękny zbiór obrazów malarstwa polskiego, więc trzeba to skonfiskować, bo a nuż przyjdzie mu do głowy rozproszyć i sprzedać.

Na całym świecie zbiory narodowe pochodzą z zakupów, darowizn i zapisów testamentowych. U nas pochodzą w znacznej części z rabunku. I tak powinno – zdaniem „Tygodnika” – pozostać. No, to niech muzea przynajmniej wieszają przy swoich eksponatach tabliczki: ukradzione Potockim, złupione Czartoryskim, zrabowane Branickim, odebrane Radziwiłłom. Niech ludzie wiedzą, że mają do czynienia z łupem epoki wojny ideologicznej, z czasów, w których przygotowywano ustawę o prawie każdego Polaka do posiadania dwóch ubrań – do pracy i na masówkę. Potem będą mogli poczytać sobie „Tygodnik Powszechny” albo „Trybunę” i dowiedzieć się, że ta wojna się nie skończyła. -

Dostałem e-maila pod zachęcającym tytułem „Become a Minister. Now” (Zostań ministrem. Od zaraz). Już myślałem, że to premier Marek Belka powołał mnie do rządu, bo ostatnio każdy może być w Polsce ministrem, ale okazało się, że nie. Zaproponowano mi w ciągu 48 godzin wyświęcenie na ministra luterańskiego i uprawnienia do celebracji ślubów, pogrzebów i chrzcin oraz dawania rozgrzeszeń. To więcej niż uprawnienia ministra. Nadawca obiecywał mi też prawa do odwiedzania domów poprawy, czyli inaczej mówiąc, więzień, gdzie przecież także mógłbym się spotykać z politykami, może nawet częściej niż w ministerstwie.

Już byłem gotów dać się wyświęcić, kiedy przyszła wiadomość z Senatu, że duchowni będą się musieli ubezpieczać sami. Tak więc przestało się opłacać. Księża różnych wyznań, którzy poszli do stanu duchownego tylko dlatego, żeby mieć leczenie na koszt senatora Jarzembowskiego, teraz runą hurmem do polityki i będą się bili o tych parę stanowisk w państwie, które dadzą im przywilej dostania lewatywy bez kolejki.

Mówiąc poważnie, cała dyskusja o odebraniu przywilejów w leczeniu osobom zajmującym najważniejsze stanowiska w państwie była chyba najgłupszą i najbardziej prymitywnie populistyczną w najnowszej historii Polski, co przy ogromnej konkurencji stanowi jednak osiągnięcie. Czy ktokolwiek przy zdrowych zmysłach wyobraża sobie, że prezydent albo premier, albo marszałek Sejmu, albo nawet i minister zdrowia czy posłowie, zamiast myśleć i radzić, jakby naprawić służbę zdrowia, chociażby, pójdą z katarem do lekarza ostatniego kontaktu i odstoją swoje w kolejce? Że politykowi z pierwszej strony gazet uda się, choćby tego bardzo chciał, przejść całą gehennę wędrówek od jednego specjalisty do innego? Że nie będzie dla nich terminu, że im powiedzą w szpitalu, iż limity są wyczerpane? W Polsce? Tak blisko od Bizancjum? To niemożliwe. Gdyby nawet zakazać ustawowo lekarzom leczenia polityków, i tak to nie pomoże. Będą ich leczyć bez kolejki, tak jak aktorów z seriali i piosenkarzy.

Cała ta głupkowata dyskusja miała odwrócić uwagę od spraw naprawdę ważnych, od decyzji warunkujących dostęp do świadczeń medycznych dla wszystkich. Na razie wszystko jest w proszku i nie uratuje sytuacji odesłanie paru polityków do kolejki. Może być tylko gorzej, bo zaczną się mścić i lansować hasło: Pacjencie, ulecz się sam! To by w końcu było najtańsze.-

Dziś otwarcie igrzysk w Atenach. Z tej okazji pełno jest tekstów i wydarzeń, nawiązujących do tradycji starożytnych olimpiad. We wczorajszej „Gazecie Wyborczej” znalazłem dramatyczny opis biegu Radka Leniarskiego na trasie z Maratonu do Aten. Bieg poprzedziła dyskusja, czy Filipides, który przyniósł na rynek w Atenach wieść o zwycięstwie nad Persami, był hoplitą, czyli żołnierzem w pełnej zbroi, z tarczą i mieczem, czy wieśniakiem w chlamidzie. Zwycieżył pogląd, że był hoplitą i biedny Radek męczył się w pancerzu, przypłacając to otarciami skóry i skrajnym wyczerpaniem. Niepotrzebnie. Filipides nie był ani hoplitą, ani wieśniakiem, tylko hemerodoromosem, zawodowym biegaczem-gońcem, który żył z tego, że potrafił biegać. Jeszcze przed bitwą pod Maratonem wysłano go z Aten do Sparty. 220 kilometrów przebiegł w dwa dni i zaraz po przekazaniu apelu o posiłki, których Lacedemończycy nie dali, wyruszył w powrotną drogę.

Relacja „Gazety” przekazuje kilometr po kilometrze męczeństwo Radka. „40. kilometr. Ile jeszcze? – pyta Radek…” I całkiem niepotrzebnie, bo historyczny dystans ma już za sobą. Droga z pola bitwy pod Maratonem do rynku w Atenach mierzy 25 mil, albo 39 kilometrów. Tyle przebiegł zwycięzca pierwszego biegu maratońskiego czasów nowożytnych Grek Spiridon Louis ponad sto lat temu i też w Atenach. Dopiero w roku 1908, podczas igrzysk olimpijskich w Londynie, trasę maratonu wyznaczono nie według historycznej prawdy, ale współczesnych potrzeb. Chodziło o to, żeby rodzina królewska mogła spoglądać na biegaczy i pozdrawiać ich z okien zamku Windsor. To wydłużyło trasę do 26 mil 385 jardów, czyli 41 kilometrów 947 metrów. I tak już zostało.

Nawiasem mówiąc, Radek mógł biec jeszcze krócej, ponieważ z Maratonu do Aten wiodły trzy starodawne ścieżki i uczeni spierają się między sobą, którą też wybrał Filipides. Najkrótsza, za którą opowiada się nasz znakomity znawca, prof. Aleksander Krawczuk ma długość zaledwie 37 kilometrów. W tym miejscu swojej drogi Radek miał dopiero pierwsze pęcherze na stopach.

Morał z tego jest taki, że warto najpierw poczytać, nim zacznie się naśladować starożytnych, bo można w charakterze hoplity dobiec do Windsoru. A także zanim zacznie się krytykować współczesność. Naczytałem się skarg na komercjalizację igrzysk i na sponsorów, takich jak Coca-Cola, ale chyba lepsza cola niż Herod, dzieciobójca, który sponsorował igrzyska mniej więcej w czasie rzezi niewiniątek.

Życzę wszystkim dużo emocji podczas igrzysk w Atenach i zachowania Peruga Dei, czyli Pokoju Bożego. A że trzeba do tego satelitów szpiegowskich, sterowców, komandosów i wyrzutni rakietowych, to trudno. Takie czasy. Może gdybyśmy więcej wiedzieli o starożytności, lepiej ją rozumieli i potrafili się uczyć, byłyby lepsze. -

Dostałem pocztą elektroniczną najświeższe Bekanntmachung. Otóż Ministerstwo Spraw Zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec zleciło swojej placówce dyplomatycznej w Polsce przygotowanie raportu na temat sytuacji osób homoseksualnych w Polsce. Cel sporządzenia takiego raportu nie został określony, przypuszczam, że chodzi o udzielanie azylu politycznego w RFN gejom okrutnie u nas prześladowanym. Może zresztą racje mają działacze gejowscy, którzy w mailu poinformowali mnie, że dział prawno-konsularny ambasady RFN nie uwierzył w optymistyczny raport na ten temat polskiego MSZ, tylko postanowił sam wziąć sprawę w swoje ręce i ją zgłębić.

W ostatni poniedziałek w Ambasadzie RFN w Warszawie odbyło się spotkanie konsula Niemiec Stefana Messerera z Ambasadorem Kultury Polskiej (pisownia oryginalna) przy gejowskiej międzynarodówce ILGCN, Szymonem Niemcem. Ambasador i do tego Niemiec w warszawskiej ambasadzie Niemiec był jak najbardziej na miejscu.

Spotkanie, jak zwykle w takich przypadkach, odbyło się w miłej atmosferze. Ambasador Niemiec przytoczył liczne przypadki dyskryminacji w życiu publicznym i politycznym, na co przedstawiciel ambasady Niemiec zareagował zaniepokojeniem sytuacją polskich lesbijek i gejów oraz zagrożeniem nowymi ruchami faszystowskimi i zwiększającą się silą prawicowych bojówek. Konsul Messerer pomyślał sobie zapewne, że w Polsce odradza się duch marszałka Piłsudskiego, o którego faszystowskiej dyktaturze młodzież niemiecka może sobie poczytać w podręcznikach szkolnych do historii.

Spotkanie zakończyło się obopólną deklaracją dalszej współpracy. Oznacza to chyba, że ambasador Niemiec nadal będzie biegał do ambasady Niemiec na skargę, a potem niemiecki MSZ ogłosi Polskę protektoratem, konsula Messerera protektorem gejów i lesbijek, a ambasador Niemiec może awansować na generalnego gubernatora.

Niemcowi się nie dziwię. Dziwię się Niemcom. Dłubanie przez nich w polskim społeczeństwie, żeby się dodłubać do faszyzmu, jest cokolwiek ryzykowne. Ten niemiecki palec zostawił już u nas zbyt wiele odcisków.

Z kolei Jan M. Piskorski, historyk ze Szczecina, wziął na łamach „Gazety Wyborczej” w obronę przed prześladowaniami przez Polaków pełną dobrej woli panią Erikę Steinbach, z którą „trzeba rozmawiać na argumenty, a tych coraz bardziej brakuje stronie polskiej”. Polacy zaś, pisze Piskorski, nic, tylko zamiast argumentów, ataki, epitety, pyskówki i nieprzemyślane komentarze. Trochę się zdziwiłem, ale zaraz okazało się, że namiętna obrona Steinbach służy Piskorskiemu tylko do tego, aby poinformować opinię publiczną, iż on sam osobiście napisał książkę, w której sformułował kilka argumentów. Piękna autorecenzja. Nie znam książki, ale wyobrażam sobie jakość argumentów na podstawie nowej nomenklatury, tworzonej przez Piskorskiego (Jana M. ze Szczecina). Zamiast tradycyjnej nazwy Związek Wypędzonych, ułożył on nową – Związek Wygnańców. I wszystko jasne. Steinbach, Pawelka i inni żyją po prostu na wygnaniu w Niemczech. Jak wrócą, zadbają o gejów i będą rozmawiać z Piskorskim na argumenty. -

Stowarzyszenie przeciwko Homofobii zażądało od Instytutu Pamięci Narodowej zniszczenia 11 tysięcy teczek, założonych homoseksualistom w PRL przez Służbę Bezpieczeństwa. Mimo całej sympatii do homoseksualistów i awersji do SB, nie mogę pojąć logiki tego żądania. Bojownicy o równouprawnienie gejów domagają się mianowicie zniszczenia nie tylko części dokumentacji świadczącej o podłości peerelowskiej policji politycznej, ale także dowodów prześladowań, jakim podlegali członkowie tej orientacji seksualnej w realnie istniejącym socjalizmie. Czy to aby na pewno chodzi o spóźnioną o lat 15 ochronę inwigilowanych kiedyś gejów? Czy raczej o całkiem aktualną ochronę dobrego imienia socjalizmu. Z artykułów, jakie się ostatnio pojawiają, można wyczytać, że socjalizm dziś to już nie sprawiedliwość społeczna i klasowa, tylko sprawiedliwość płciowa i seksualna. Informacje o tym, że socjalizm mógł kiedyś prześladować gejów są więc kłopotliwe ideowo, przynajmniej do czasu, kiedy nowy socjalizm nie zafunduje sobie własnej policji politycznej, która zacznie prześladować ostatnich heteroseksualistów, kiedy homoseksualizm stanie się już obowiązkowy.

Całkowicie niezgodne z logiką czasu wydaje mi się też przypuszczenie, że za wnioskiem do IPN kryje się chęć ochrony intymnej sfery tej kategorii ofiar SB. Przeciwnie, logiczne byłoby opublikowanie pełnej listy tych 11 tysięcy osób wraz ze zdjęciami i adresami, najlepiej aktualnymi. Przecież po to organizuje się marsze, festiwale, po to zadrukowuje koszulki napisami „jestem gejem”, żeby wszyscy wiedzieli. Być gejem to żadna hańba, żaden wstyd, być gejem prześladowanym politycznie to nobilitacja.

Napisałem kiedyś, jako niepoprawny liberał, że nie interesuje mnie, kto z kim i jak czyni, za co okrzyknięto mnie homofobem. Mimo to nie straciłem sympatii do gejów, a zwłaszcza lesbijek. Dlatego służę wam dobrą radą. Nie można budować nowego socjalizmu, nie można budować ideologii i ruchu masowego bez martyrologii i męczenników. Ofiary Służby Bezpieczeństwa, te 11 tysięcy teczek prześladowanych, nadają się na uczuciowy fundament ruchu. Nie niszczcie tego bezmyślnie, bo co wam pozostanie? Biskup i prałat prześladowani w III Rzeczypospolitej słabo nadają się na ikony nowego socjalizmu.

Nie mam oczywiście wątpliwości, że moja dobra rada nie zostanie wysłuchana. Żar rewolucyjny i dziecięca choroba lewicowości – w nowym znaczeniu tego terminu – szkodzą konsekwencji. Tym można chyba tłumaczyć fakt, że nikt nie wziął jeszcze w obronę prałata J. – ani Stowarzyszenie przeciwko Homofobii, ani Kinga Dunin, autorka myśli, że wszyscy jesteśmy pedofilami. A przecież – jeśli zarzuty są prawdziwe – to prałat jest pochodnią kultury i zarzewiem nowej Europy. I znów jedynym obrońcą postępu będzie ciemnogród. -

Pan prezes IPN Leon Kieres pojechał do Moskwy wyjaśniać kwestię ustalenia i osądzenia sprawców zbrodni katyńskiej. Wywołał tym nieroztropnym krokiem niezadowolenie władz Rosji i wątpliwości niektórych polityków w Polsce, czy takie postępowanie służy poprawie stosunków polsko-rosyjskich. A przecież pan prezes zamiast jeździć do Moskwy i przeszkadzać tamtejszym czynownikom w pilnej walce z Chodorkowskim, mógł zadzwonić do mnie i uzyskać szczegółowe informacje o tym, że sprawcy zbrodni katyńskiej dawno już zostali w ZSRR osądzeni, skazani i straceni.

Powiedziałbym profesorowi Kieresowi, że podczas bankietu z okazji Konferencji Czterech Mocarstw w Teheranie Józef Stalin wygłosił toast, w którym zaproponował, żeby za zamordowanie polskich oficerów w Katyniu rozstrzelać 50 tysięcy jeńców niemieckich. Prezydent USA Franklin D. Roosevelt wyraził ostrożną wątpliwość – a może wystarczy rozstrzelać 49 tysięcy? Ten miły żart prezydenta rozbawił Stalina do łez.

Pierwszy proces odpowiedzialnych za Katyń odbył się także w 1943 roku w Mariupolu nad Morzem Azowskim. Zapadły 4 wyroki śmierci. Wszystkie wykonano. W Smoleńsku skazano na śmierć za masakrę katyńską 7 oficerów niemieckich. W procesie leningradzkim jednym z oskarżonych był Arno Dhrer, który złożył obszerne zeznania i przyznał, że wraz z pozostałymi oskarżonymi brał udział w egzekucjach w lasku katyńskim. Ofiarami miało być od 15 do 20 tysięcy ludzi, oprócz Polaków także Żydzi i Rosjanie. Ze względu na skruchę Dhrer skazany został tylko na pobyt w łagrze. Ośmiu zatwardziałych współoskarżonych skazano na śmierć.

W roku 1945 w Smoleńsku skazano także na śmierć za współudział w zbrodni katyńskiej 85 oficerów niemieckich, w tym 18 generałów. Egzekucję wykonano publicznie – skazanych powieszono na centralnym placu miasta w obecności dziesiątków tysięcy gapiów. Zwłoki straconych wisiały na szubienicach przez cały tydzień. Film z tej egzekucji odnalazł w moskiewskim archiwum berliński historyk Bengt von zur Mhlen. Widziałem ten film. Można by go pokazać i u nas w telewizji, na dowód, że zbrodnia jednak została ukarana. I dla poprawy stosunków polsko-rosyjskich, nie mówiąc o polsko-niemieckich.

Żaden z tych wyroków, a nie wymieniłem wszystkich, nie został nigdy zrewidowany. A to znaczy, że były i są z dzisiejszego punktu widzenia słuszne. Sprawcy zostali ukarani, sprawa jest zamknięta, możemy się spokojnie zająć handlem z Rosją tak, jak robią to Niemcy, którzy stracili na tym dopiero kilka miliardów euro, ale nie stracili za to sympatii dla Rosji. Okazują ją, nie wysuwając roszczeń odszkodowawczych za majątki utracone w Królewcu (po polsku Kaliningrad) i okolicach.

Tak powinna wyglądać skuteczna polityka. -

Ludzie nie są jednakowo obdarzeni zdolnością myślenia, bo ludzie w ogóle nie są jednakowi. Większość nie myśli wcale, większość tylko czuje. To dlatego właśnie serce jest po lewej stronie, a rozum po prawej. Także w polityce. Wystarczy zgrabne hasło, które nawet nie jest myślą, tylko harmonijnie pustym dźwiękiem, aby poszły za nim powodowane emocjonalnie tłumy. Część ludzi ma jedną tylko myśl w życiu, jedną ideę i trzyma się jej kurczowo, bojąc się utraty równowagi. Gdy ktoś ma szczęście, może z tej jednej myśli żyć i jeszcze przekazać ją w spadku dzieciom.

Jest jednak garść ludzi obdarzonych zdolnością – czasem przekleństwem, czasem błogosławieństwem – pełnego, systemowego myślenia, ogarniania umysłem wielkich przestrzeni, formułowania wniosków. Co po nich zostaje w dzisiejszym świecie, to na ogół garść aforyzmów. Czasami tylko jeden. Zostają etykietki, których głębszy sens został zapomniany albo nigdy nie był zrozumiany. Łatwe skojarzenia: Benda i zdrada klerków, Nietzsche i śmierć Boga, Orwell i rok 1984. O Heglu każdy słyszał, podobnie jak o Marksie, ale już nie o Kierkegaardzie. Łatwe recepty, prostackie objaśnianie świata żyją łatwiej i dłużej od prawd bardziej skomplikowanych.

Mimo to coraz więcej ludzi myśli. Niektórzy nawet samodzielnie. Produkcja myśli na świecie jest dziś gigantyczna. Jej przerabianiem i wydalaniem resztek zajmuje się kasta przeżuwaczy, puszczająca w świat odchody cudzych przemyśleń, odpadki idei, nawóz dla tych, co sami nie myślą, bo nie mogą, i dla tych, którzy po prostu myśleć nie chcą, wychodząc z założenia, że myśleć się nie opłaca.

Kto wie, czy ci ostatni nie są prawdziwymi mędrcami naszych czasów. Istotnie, po co myśleć? I o czym myśleć? W skali globalnej myślenie oparte na nawozie dostarczonym przez obdarzonych autorytetem przeżuwaczy prowadzi do wniosku, że nieunikniona jest ostateczna katastrofa. Jaka – zależy od intelektualnego wyboru. Może być kosmiczna. Za parę głupich miliardów lat zgaśnie słońce. Jeszcze wcześniej w ziemię może uderzyć kometa i wyginiemy wszyscy jak dinozaury. W tej sytuacji istotnie, po co wstawać z łóżka, a nawet po co się kłaść. Lepiej przesiedzieć do tej chwili dziejowej w knajpie.

Można też myśleć samodzielnie, bez ściągawek i bryków. Oglądać każdą podsuniętą myśl, każdy aforyzm i każde hasło na wszystkie strony i niczego nie akceptować bez głębszego namysłu. Jak kogoś nie stać na własny namysł, niech się naradzi z żoną. Kobiety na ogół, kiedy nie są akurat zakochane, wykazują sporą dozę zdrowego rozsądku.

Myślenie ma kolosalną przeszłość i ta przeszłość mimo wszystko, mimo chwilowych zapaści i okresów powszechnego zidiocenia, nie skłania do pesymizmu. Jeśli tylko zaczniemy myśleć wszyscy, nie zostawiając tego wąskiej garstce fachowych manipulatorów, świat stanie się bardziej zrozumiały, mniej groźny, oswojony. I wtedy będzie się można znów serdecznie z niego pośmiać.-

Na polskich polach pojawiły się w tym roku nie tylko kręgi i piktogramy w zbożu. Na gruntach Szczepana Pałuki, rolnika spod Łomży, wyrastają biurowce. Rolnik jest bezradny. Budynków nie bierze ani kosa, ani maszyny rolnicze. Nie pomagają też środki zwalczania szkodników i chwastów.

Wszystko zaczęło się wiosną, kiedy Pałuka zauważył na polu buraków cukrowych, że spod ziemi wyłażą małe domki.

- Zostawiłem je w spokoju – mówi – bo myślałem, że to chatki krasnoludków. U nas w okolicy ludzie widywali krasnale, nawet wyrośnięte sztuki. A skrzaty są pożyteczne, bo jak się mleko nastawi na zsiadłe, to siusiają do skopków.

Ale konstrukcje zaczęły rosnąć coraz szybciej, niektóre dochodzą już do dziesięciu pięter. Rozsiały się z buraków także po rzepaku i kartoflisku, kilka, ale mniejszych, wyrosło w zbożu.

- Rozpacz – mówi chłop – urzędników w nich pełno, rozłażą się po obejściu, babę mi szczypią, do garnków zaglądają, nierogaciznę po szynkach klepią. Dwóch to nawet w wychodku przyłapałem. Próbowałem z nimi i po dobremu, i orczykiem, nic nie pomaga.

Szczepan Pałuka chce wystąpić o odszkodowanie i subwencje, ale nie wie, do którego biurowca pójść.

Zdaniem agronomów niespodziewany wysyp biurowców jest wynikiem tegorocznych anomalii pogodowych i przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Niewykluczone też, że klimat dla rolnictwa się zmienia w wyniku zatrucia środowiska wspólną polityką rolną. Już tegoroczne plony urzędników z hektara będą rekordowe. Przy dalszym intensywnym nawożeniu pól dyrektywami UE możemy się spodziewać klęski urodzaju.

Pałuka pociesza się tym, że może sam dostanie w jednym z pleniących się na jego zagonach wieżowcu posadę. Rolnik chciałby się zajmować liczeniem łupin na cebuli, bo – jak powiada jego małżonka – potrafi do trzech zliczyć. Ale nie będzie się też uchylał przed mierzeniem średnicy gruszek na kompot.

Przed nami świetlana przyszłość.


  • RSS