rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

Czytelnicy felietonów – nie tylko zresztą moich – dzielą się na cztery kategorie: tych, którzy rozumieją i się zgadzają; tych, którzy rozumieją i się nie zgadzają; tych, którzy ani nie rozumieją, ani się nie zgadzają, oraz tych, którzy nie rozumieją, ale się zgadzają. Felieton – wbrew temu, co sądzą niektórzy moi polemiści – nie jest deklaracją polityczną, publicystyką, analizą, komentarzem, wymianą uprzejmości ani nawet polemiką. Felieton jest bytem odrębnym, strażnicą na granicy zdrowego rozsądku, stróżem bardzo elementarnego poczucia logiki. Kamizelką ratunkową chroniącą dyskurs publiczny przed osunięciem się w otchłań absurdu. Szczepionką immunizującą czytelników przed zarażeniem się wszelką formą ideologii, przed poprawnością polityczną i przed bezmyślnym oddawaniem czci ustalonym autorytetom.

Felieton w jego historycznej, specyficznie polskiej formie wywodzącej się od Prusa i Świętochowskiego, od Słonimskiego i Nowaczyńskiego, jest właśnie po to, aby atakować autorytety, nawet te z tytułami, orderami i stanowiskami, jeśli tylko robią i mówią głupstwa. Felieton był zawsze w polskiej tradycji piśmienniczej oazą odwagi intelektualnej. Tej najpiękniejszej formy odwagi ludzkiej, ośmielającej do atakowania i kwestionowania prawd ustalonych i ugruntowanych autorytetów.

Warto sobie przypomnieć dzieje polskiej felietonistyki – a mieliśmy obfitość ludzi odważnych i utalentowanych – i popatrzeć, jak często felietoniści mieli rację. Jak często to felieton, a nie „piękne pisanie pod siebie”, jak to ładnie ujął Antoni Słonimski, pierwszy anonsował i alarmował o problemach, których inni nie dostrzegali, albo dostrzegać nie mogli i nie chcieli. Nawet w PRL felieton właśnie był oazą relatywnej swobody myśli.

Ma on i dziś wielu wrogów, także z tego powodu, że jest z reguły dowcipny. A to w oczach ponuraków grzech śmiertelny. Nadal wyższą rangę intelektualną ma w Polsce doprowadzenie ludzi do płaczu i skrajnej rozpaczy niż ich rozśmieszenie. Dowcip jest bronią – to znów Słonimski – ale nikogo nie wolno karać za nielegalne posiadanie dowcipu. Szyderstwo może być dotkliwe dla wyszydzonych, ale z pewnością jest lekarstwem przeciwko zaczadzeniu zarówno własną, jak i cudzą nieomylnością i wielkością. W świecie cmentarnej powagi uśmiech jest zmartwychwstaniem ducha.

Pierwszym felietonistą był z pewnością Diabeł, krytyczny recenzent Stworzenia. Bez diabła nigdy nie poznalibyśmy istoty i wartości dobra. Jest to jeden z powodów, dla których wolę diabelską felietonistykę od śpiewania w chórze aniołków. -

Nie wolno polować na czarownice. Czarownice, jako szczególnie pożyteczne dla naturalnego środowiska politycznego, są pod ochroną. Trzeba mieć wzgląd na wrażliwość czarownic i zamiast stosów zagwarantować im miotły z budżetu państwa. Tak chyba można zinterpretować słowa premiera Marka Belki, który odrazą do polowania na czarownice uzasadnił niechęć do opublikowania przygotowanej przez Prokuraturę Generalną listy polityków i urzędników państwowych, na której są podobno posłowie, senatorowie, ministrowie, prezydenci miast i wojewodowie, którzy weszli w konflikt z prawem.

Lista jest, ale jakby jej nie było, co i tak nie ma wielkiego znaczenia, bo cała ta sprawa jest po prostu groteskowa. Zaczyna się od tego, że SdPl, która jako partia ludzi czystych rąk wyodrębniła się z partii brudnych rąk, czyli SLD, dla podkreślenia własnej czystości uzależniła poparcie dla rządu tegoż utytłanego SLD od sporządzenia i upublicznienia takiej listy. Innymi słowy, powiedziano premierowi: jak pokażecie, kto tam u was kradnie, bierze łapówki, jeździ po pijanemu samochodem, to możecie liczyć na nasze poparcie. Nie będziemy podtrzymywać u władzy złoczyńców w ogóle, lecz tylko złoczyńców jawnych, z listy przestępców. Generalnie bowiem, w interesie publicznym i ze względu na poczucie odpowiedzialności za państwo, jesteśmy za czarownicami u władzy, ale już zdemaskowanymi.

Kolejnym elementem groteski jest sama lista z 29 nazwiskami. Kiedyś szydziłem sobie na tym miejscu z ABW i jej szefa, że w sprawie Rywina robił wycinki z gazet. Teraz zastępca prokuratora generalnego Kazimierz Olejnik przyznał, że to samo zrobiła prokuratura, sporządzając listę. Wpisała na nią po prostu tych, których wykroczenia ujawniły już media. Gdyby każdy z nas robił wycinki albo pogrzebał w archiwach, sam mógłby sporządzić taką listę, kto wie, czy nie dłuższą od rządowej. Nawet Borowski z Nałęczem mogliby własnoręcznie zrobić taką listę albo polecić spisanie jej z prasy asystentom, przeczytać ją i udzielić rządowi Belki wotum zaufania bez całego tego zawracania głowy z prokuraturą, rzekomymi naciskami politycznymi i pozą Katona.

Media powinny publikować stałą Listę Przebojów Politycznych, na razie TOP 30, ale już za chwilę, sądząc po poziomie etycznym klasy politycznej, TOP 100. Dziś na takiej liście, gdyby była, poseł Pęczak awansowałby na pierwsze miejsce, a minister Sadowski spadł na drugie. Na media możemy liczyć. Na to, że rząd opublikuje kiedyś listę upapranych w różne brudy polityków, o których jeszcze nie pisano na pierwszych stronach gazet, raczej bym nie liczył. Mogłaby to być lista bardzo zbliżona do wielu list wyborczych. -

Gdyby George Orwell dziś żył, a zwłaszcza gdyby żył w Polsce, niewątpliwie napisałby dalszy ciąg „Animal Farm”. Napisałby o rzucaniu podejrzeń i o okrutnych prześladowaniach, jakich doznają świnie ze strony innych zwierząt po upadku farmy zwierzęcej. Może by go ktoś zastąpił? Moim kandydatem jest prof. Andrzej Romanowski, który opublikował w sobotniej „Gazecie Wyborczej” ogromny artykuł pod tytułem „IPN – bezprawie i absurd”. Ilekroć czytam namiętne filipiki przeciwko IPN, przeciwko całej filozofii badania archiwalnych zasobów PRL pod kątem ocen etycznych, filipiki, które są publikowane nie w „Trybunie” przez emerytowanych funkcjonariuszy SB lub ich mocodawców, przypominam sobie Rosję z „Biesów” Dostojewskiego i historię Jewno Azefa. Budzą się straszne podejrzenia. Ale pewno się mylę.

Natomiast jedno jest niewątpliwe. W III Rzeczpospolitej ludzie kandydują do Sejmu i Senatu, ubiegają się o stanowiska w rządzie, o prezydenturę i premierostwo, a kiedy odniosą sukces, wydaje im się, że sięgnęli po władzę. Że rządzą. To tylko złudzenie. Władzę realną w tym kraju ma jedynie ten, kto zarządza pamięcią narodową, kto zdobył sobie prawo do interpretacji przeszłości i wystawiania zaświadczeń moralnych. Manipulowanie przeszłością jako narzędzie władzy jest znacznie – w Polsce – skuteczniejsze od kształtowania współczesności. Wstyd grzebania w przeszłości jest umieszczony na liście polskich grzechów głównych znacznie wyżej od hańby współpracy z aparatem zniewolenia. IPN zagraża tej realnej władzy i dlatego powinien zostać zdemontowany. Archiwa i teczki są niepotrzebne, do zbudowania jedynie słusznego Kościoła wystarczą dogmaty wiary, ogłaszane z ambony, na której prześladowani i prześladowcy wspólnie demonstrują nową edycję jedności moralno-politycznej narodu.

Naczelnym argumentem wszystkich przeciwników oceniania PRL i ludzi w niej działających na podstawie teczek jest to, że teczki owe były wyprodukowane przez SB, są więc zapewne fałszywe. W dawnej NRD akta Stasi, znacznie wcześniej i szerzej otwarte niż u nas dokumenty SB, okazały się absolutnie prawdziwe. Jest takie opowiadanie Stanisława Lema o psychokracji – społeczeństwie, w którym prawda całkowicie, warstwami jest przykryta przez masowe stosowanie środków psychotropowych. Ktoś musi jednak wiedzieć, jak jest naprawdę, aby skutecznie rządzić, to rzeczowidze. Otóż w tak zakłamanym systemie, jakim był komunizm, SB spełniała funkcje rzeczowidza.

Atakując podstawy prawne funkcjonowania IPN i jego status, prof. Romanowski, jak wszyscy inni przeciwnicy instytutu, nie posuwa się aż tak daleko, aby dochodzić, dlaczego są kalekie. A przecież historia powstawania IPN to dzieje tworzenia się ustroju politycznego i formowania praktyki politycznej III RP. W ogóle IPN powstał cudem. Jest bękartem kompromisu politycznego, którego nie udało się w porę usunąć. Ale nic straconego. Jest jeszcze eutanazja. Władza nad pamięcią jest wciąż do wzięcia.

Sejm ostatecznie zamknął pracę komisji śledczej do zbadania afery Rywina, potwierdzając, że końcowym dokumentem jej działania jest raport posła Ziobry. Ostatni akt tej tragifarsy był równie żenujący, jak przedostatni i kilka poprzednich. Poseł Martyniuk monotonnym głosem odczytywał ekspertyzy rozlicznych profesorów, doktorów i specjalistów, z których wynikało, że na skutek zawiłości formalnych, braku dyrektyw prawnych i ogólnego bałaganu proceduralnego ponadroczna działalność komisji powinna się zakończyć na niczym. Przypomniał mi się żelazny kanclerz von Bismarck i jego westchnienie: Noch ein Dutzend Professoren, Vaterland du bist verloren. W dobrym przekładzie polskim: Jeszcze jeden profesorek, ojczyzna trafi do Tworek.

Większość z tych ekspertyz przypominała rozważania, czy można wrzeszczeć w nocy „Łapaj złodzieja”, skoro prawo zakazuje zakłócania ciszy nocnej głośnym krzykiem i hałasem, a nie istnieje odrębny przepis zezwalający na wydawanie okrzyków w sytuacji pościgu za złoczyńcą. Wszystkie te ekspertyzy, zapewne jurydycznie bardzo poprawne, miały tę wadę, że zawieszone były całkowicie w próżni społecznej i politycznej. Nie uwzględniły ani mozołu, z jakim niektórzy członkowie komisji usiłowali dojść prawdy, ani wysiłków, jakie wkładali inni, aby prawdę ukryć. Pomijały też specyficzną sytuację, w której uzasadnione podejrzenia ciążyły na ludziach z kręgu wciąż aktualnej władzy, potrafiącej bronić siebie i swoich przyjaciół wszelkimi metodami. Gdyby na skutek profesorskiego, abstrakcyjnego prawniczenia okazało się, że ostatecznym dokumentem komisji jest raport Błochowiak, wszyscy Polacy, którzy oglądali na żywo obrady komisji, czuliby się wystrychnięci na dudków i okpieni. Uznani za bandę idiotów. Gdyby prace komisji skończyły się niczym, czuliby się dodatkowo okradzeni, bo cała procedura kosztowała sporo ich własnych, podatkowych pieniędzy.

SLD głosowanie w Sejmie przegrał z kretesem. Leszek Miller, którego raport Ziobry chce postawić przed Trybunałem Stanu, nazwał ten dokument goebbelsowskim, przyjętym goebbelsowskimi metodami i życzył wszystkim jego zwolennikom, aby skończyli jak Goebbels. Wszystkim, czyli sejmowej większości. Tym 231 posłankom i posłom. Goebbels skończył samobójstwem razem z żoną i dziećmi i są tacy, którzy uważają, że skończył jak mężczyzna. Choć zaczynał nie najgorzej. Posłom, którzy ośmielili się głosować przeciwko żywotnym interesom SLD i Millera radzę teraz uważać w bufecie. Mogą tam podawać cyjanek zmieszany z arszenikiem, jako koktajl Millera z Goebbelsem.

No i kto mógł się spodziewać jeszcze rok temu, że będziemy tęsknić za Jarosławem Kalinowskim? Za kimś, kto w partii chłopskiej będzie się troszczył o chłopów, nawet jeśli przeważnie, w rywalizacji z Samoobroną, bez sensu. Ucho mam wyczulone i słyszę dziś na wsi i w mieście szloch tęsknoty za Kalinowskim. Za kimś, kto powie, kiedy orać, kiedy siać, a kiedy pójść po subwencje.

PSL przypomina dziś, jak nigdy, swoją poprzedniczkę sprzed lat ponad 50, a prezes Wojciechowski wypisz, wymaluj, jest jak Mikołajczyk. Oboje są na emigracji z kraju. Całe kierownictwo wyemigrowało do Strasburga, został tylko Pawlak, co i tak nie ma żadnego znaczenia. Pełno go, a jakoby nikogo nie było.

Rzecz jasna, że z emigracyjnej perspektywy problemy Polski inaczej wyglądają niż z rodzinnego obejścia. Najważniejsza rzecz dla PSL to wycofanie wojsk polskich z Iraku oraz przeciwdziałanie upośledzaniu ludzi pochodzących ze wsi. Można by to połączyć i wezwać do wycofania z Iraku żołnierzy pochodzenia wiejskiego, ale mogłoby się okazać, że nie czują się oni wykonywaniem misji irackiej upośledzeni, tylko wyróżnieni.

Prezesi PSL w czasie krótkich desantów na Polskę zbierają podpisy pod petycją o wycofanie wojsk. Mogliby jednak zacząć od Iraku, nawiedzić Babilon i spróbować nakłonić żołnierzy, w końcu najbardziej zainteresowanych, do podpisania odpowiedniego apelu. Ale tego nie robią, bo to rzecz i trudna i niebezpieczna.

W nowym programie PSL znalazł się także punkt wzywający do poprawy stosunków ze Wschodem. Nie wiadomo tylko, którym, Bliskim, Dalekim czy najbliższym.

PSL Wojciechowskiego wie, co trzeba zrobić w skali globalnej i w polityce zagranicznej, tylko nie wie, jak. Oczywiście partia, także odwołująca się do korzeni chłopskich i ludowych tradycji, powinna mieć pogląd i pomysł na każdą ważną dla państwa sprawę. Ale obawiam się, że w programie emigracyjnego kierownictwa proporcje zostały zachwiane. W Polsce, a zwłaszcza na wsi, jest dużo jeszcze istotnych spraw do załatwienia, którymi nikt inny się rzetelnie nie zajmie, jeśli nie zrobi tego PSL, oszołomiony obecnie perspektywami wpływania na odległe regiony świata.

Bliższa elektoratowi koszula niż prezydium sukmana i może się jeszcze zdarzyć i tak, że prezes Wojciechowski, o którym słyszałem, że najchętniej byłby równocześnie prezydentem, premierem, marszałkiem Sejmu i prymasem, nie rezygnując równocześnie z mandatu europejskiego ze względu na diety, spotka los Mikołajczyka. Jak wróci z emigracji, będzie musiał uciekać. -

Dziś jest dzień bez samochodu. Ogólnoeuropejska akcja odrzucenia samochodu, okazania mu wzgardy. Jedyny dzień w roku, w którym – przynajmniej teoretycznie – obiekt powszechnego pożądania, nawet kultu, powinien się, na apel ideologicznych moralistów, zmienić w obiekt niechęci, nawet nienawiści. Piszę te słowa w przeddzień święta komunikacji pieszej i trakcji rowerowej, generalnie prymatu wysiłku fizycznego nad maszyną, bo tak chyba należy traktować dzień odtrącenia samochodu, więc nie wiem, ile osób usłucha apeli o pozostawienie samochodów na parkingu. Sądzę, że niewiele. Jeśli w ogóle ktokolwiek. Podobny sens miałoby ogłoszenie dnia bez spodni, choć skutki mogłyby być bardziej malownicze.

Organizatorzy tego dnia zdają się nie wiedzieć, albo nie dostrzegać, że samochód jest dziś przedmiotem powszechnego użytku, coś jak pralka automatyczna, odkurzacz albo lodówka. Nie słyszę jednak o zamiarze ustanowienia dnia bez lodówki, apeli o nieużywanie pralek i pranie w jednym dniu w roku w balii i na tarze albo o wzniosłości moralnej powrotu do miotły.

A przecież wszystkie te urządzenia, które wymieniłem, też zużywają energię, też przyczyniają się do zanieczyszczenia środowiska (nawet odkurzacz) i też w konsekwencji powodują efekt cieplarniany, nie mówiąc o ich właścicielach, wydzielających na co dzień metan, choć nie w towarzystwie.

Życie w ogóle w wielu przejawach jest szkodliwe zarówno dla żyjących, jak i dla ich otoczenia. Ogłoszenie dnia bez życia, dnia pełnego bezruchu i kompletnej martwoty, wydaje mi się równie sensowne jak próba organizacji dnia bez samochodu.

Przeciwnicy automobili twierdzili kiedyś, że odbierają krowom mleko i na skutek zawrotnego pędu mogą wywoływać poronienia u ciężarnych. Dziś antysamochodowe argumenty bardziej są wyszukane, ale w zasadzie niewiele się zmieniło.

Samochód jest wrogiem jak wszelki inny postęp techniczny i technologiczny (ale nie społeczny), a ideałem nadal pozostaje jaskinia, łuczywo i riksza.

Zapomina się w antymotoryzacyjnym zapale, że samochód jest elementem indywidualnej wolności. Prywatny samochód pozwala każdemu w każdej chwili pojechać tam, gdzie mu się akurat zachciało. Można sobie wyobrazić najdoskonalszą komunikację publiczną, zapewniającą ludziom sprawny transport do pracy i z powrotem, która będzie kolejnym zniewoleniem, a nie furtką do swobody.

Znam tylko jedną osobę, która zapowiedziała, że obejdzie dzień bez samochodu. Pewien zamożny biznesmen powiedział mi: – Jutro każę kierowcy zamiast bentleya wziąć mini.

My tu się ganiamy po tym naszym, polskim zaścianku z widłami, okładamy się jak dzikusy po głowach cepami, walcząc o jakieś głupstwa i kłócąc się o sprawy, które postępowa Europa dawno już rozwiązała ku pożytkowi i zadowoleniu wszystkich, a tam Zachód nie czeka. Oddala się od nas coraz większymi krokami. Niedługo już zniknie nam z oczu za horyzontem moralnym, gdy my będziemy nadal tkwić w etycznej jaskini, zajęci powielaniem po ciemku kamiennych tablic Mojżesza.

Musimy się sprężyć, żeby nie utracić całkiem kontaktu z jednością moralno-polityczną Europy, którą przenikają nowe prądy. A że przenikają wiem, bo przeczytałem w najbardziej wpływowym, francuskim tygodniku opinii „Le Point” notatkę, zatytułowaną wymownie „Schizofrenia”. Oto jej treść: Profesor Craig Smith, amerykański kardiolog, który operował byłego prezydenta demokratycznego Billa Clintona, jest żarliwym zwolennikiem Georga Busha. W kwietniu wpłacił 2 tysiące dolarów na sfinansowanie jego kampanii.

Profesor Smith jest, zdaniem czołowego pisma francuskiego, schizofrenikiem, skoro uratował życie facetowi, którego poglądów politycznych nie podziela. Powinien był, żeby pozostać w zgodzie z własną orientacją polityczną, dobić Clintona, wyrżnąć mu serce i posłać Bushowi w formalinie jako upominek.

Takie oto są nowe prądy moralne u starszej siostry wszystkich narodów, Francji. Zaczęło się od propozycji, żeby państwa członkowskie UE, które mają niedokładnie taką samą linię polityczną jak Paryż, dostawały mniej z unijnego budżetu, najlepiej wcale, a kończy się na postulacie, aby usługi, nie wyłączając medycznych, świadczone były tylko osobom, których poglądy świadczeniodawca podziela. Kiedy ta idea się upowszechni, będzie to ukoronowaniem tak pożądanego przez polityków prymatu polityki nad rozumem i przyzwoitością.

W Polsce przyjęcie zasady unikania schizofrenicznego rozdarcia pomiędzy przysięgą Hipokratesa a orientacją polityczną pomogłoby na pewno w naprawie sytuacji w służbie zdrowia. Pacjent przed wizytą u lekarza musiałby wypełnić ankietę i w zależności od odpowiedzi mógłby liczyć na pomoc lekarską lub nie. W skrajnych przypadkach wielkiego oddalenia poglądów chory dostawałby receptę na cyjanek. Po jakimś czasie liczba chorych o zdecydowanych poglądach uległaby znacznej redukcji, co przyniosłoby oszczędności w wydatkach NFZ. Ocaleliby tylko politycznie indyferentni, pod warunkiem, że nie padłoby na nich podejrzenie, że kręcą.

Znikłaby polityczno-zawodowa schizofrenia i wtedy można by się wziąć za leczenie paranoi. Tej nowej odmiany choroby francuskiej. -

Słowa Krzysztofa Janika z plemienia Socjałów Bosych: Oto jest prawda objawiona, którą wam oznajmiam ku pożytkowi i przestrodze. Ilekroć Lewi władzę nad ludem wszelkim po wszech stronach świata sprawują, tylekroć szczęśliwość powszechna i rozkwit handlu i rzemiosła następują, komory ziarnem, a miechy złotem się zapełniają. Ale gdy tylko Prawi władzę chytrze uchwycą, zaraz nieszczęście się na lud wali, plagi egipskie i ciemności, handel ustaje, rzemiosło upada, pajęczyny a proch w komorze, mieszki puste. Dlatego zaprawdę powiadam wam, jeśli wy się sprzeniewierzycie Lewym, ogień piekielny spadnie na wasze głowy.

I oto gdy to usłyszałem, usiadłem, płakałem, i trapiłem się całymi dniami, pościłem i modliłem się, aż spłynął na mnie litościwie Duch Boży i mogłem napisać te oto słowa: wybory zbliżają się w szybkim tempie, co mimo braku terminu poznać można po gwałtownym wzroście liczby głupstw większych i mniejszych rozmiarów, wypowiadanych publicznie przez polityków. Krzysztof Janik nie jest tu wyjątkiem, lecz normą. Jednak twierdzenie, że socjalizm jest siłą napędową gospodarki, a rządy socjalistów gwarancją rozwoju, zbyt już jest egzotyczne. Nigdy i nigdzie na świecie nie było tak, żeby dojście do władzy socjalistów stanowiło błogosławieństwo dla gospodarki rynkowej. Na ogół było jeśli nie katastrofą, to w każdym razie poważnym utrudnieniem.

Jeśli gdziekolwiek, pomimo władzy lewicy, stopa wzrostu gospodarczego nie była ujemna albo nie spadała dostatecznie szybko, to nie dzięki nim, ale pomimo i wbrew. Socjalizm, niechby i demokratyczny, polega generalnie na zabieraniu tym, którzy gospodarkę napędzają i starają się egoistycznie, aby się rozwijała, i rozdawaniu tym, którzy są gospodarczo bierni z braku chęci bądź umiejętności. Przy potrącaniu naturalnie należności za pośrednictwo. Tak jest i było zawsze i wszędzie. Ale ponieważ Polska różni się od reszty świata gospodarki rynkowej jak wielbłąd od konia, mianowicie garbem socjalistycznym, rolę prawicy, nawet skrajnej, odgrywają u nas ugrupowania narodowe w formie, ale socjalistyczne w treści. Krzysztof Janik miał prawo przestrzec nas wszystkich, wyborców, przed wybieraniem socjalistów wyrosłych z innej niż PZPR tradycji. Ale katastrofa dla gospodarki będzie podobna. Szarańcza, zaraza, żaby z nieba, aż się stwardnieje serce wyborcy.

Na początku było Słowo. Na końcu też będzie Słowo. Pośrodku jest bredzenie. Socjalistyczne, oczywiście. -

Słuchanie radia zapewnia czasami przeżycia mistyczne. Jadąc samochodem usłyszałem w dzienniku radiowej Trójki, że z okazji żydowskiego Nowego Roku do Betlejem zawitała Madonna. Informacja elektryzująca. Wiadomo, czym zakończyła się pierwsza wizyta Madonny w Betlejem. Bożym Narodzeniem. Zdziwiło mnie tylko, że tak ważną wiadomość dano na sam koniec dziennika. Widocznie, pomyślałem sobie, to dlatego, żeby nikt publicznego radia nie pomylił z Radiem Maryja. Żeby nie padło podejrzenie o klerykalizm i żeby od razu było widać, a raczej słychać, żeśmy Europejczycy.

Okazało się jednak, że to po prostu chodzi o inna Madonnę. O Madonnę Ciccone, która ma tyle wspólnego z prawdziwą, że też jest ikoną. Jest ikoną pop kultury. Ikona przyjęła ostatnio imię Estera, więc niewykluczone, że nawiedzi w przyszłości Kazimierz nad Wisłą. Na razie przyjechała do Izraela na kongres kabalistów. Kabała po hebrajsku znaczy zapłodnienie, ale też rachunek i jest tajemną nauką o boskim znaczeniu liczb. Estera Madonna Ciccone jest ostatnio adeptką kabały. Przy okazji wytatuowała sobie hebrajskie słowo, którego wymawiać nie wolno, oznaczające Boga, na pośladku. Podobno głusi walą na jej koncerty tylko po to, aby zobaczyć ten tatuaż. Niewidomi natomiast jej występy omijają, nie mając z samego śpiewu nie tylko dostatecznej, ale żadnej przyjemności.

Żyjemy we wspaniałym świecie. Jest on fajny i byczy nie dlatego, że Madonna Ciccone może się tatuować na tyłku i jeździć na kongresy kabalistów do Izraela w żydowski Nowy Rok, ale dlatego że my, mieszkańcy prowincjonalnej Polski, dowiadujemy się o każdym takim epokowym wydarzeniu natychmiast. Nawet jak nie chcemy. I kto powie, żeśmy prowincjusze? Jeszcze trochę, a dzienniki będą się zaczynać od informacji, że Michał Wiśniewski z kółkiem w nosie pojechał do świątyni animistów w Czadzie, uczyć tamtejszych szamanów rzeźbienia totemów i gry na tam-tamie.

Podobno sławną księgę kabały, Sohar, mogą studiować tylko dojrzali adepci, a i tak wielu z nich popada po lekturze w szaleństwo. Wydaje mi się, że i bez znajomości księgi Sohar łatwo jest dziś zwariować. Tak wielu się to w końcu przydarza. -

Świetna wiadomość dla polskich turystów (i turystek) wybierających się na urlop do Antalyi: w Turcji nadal będzie można cudzołożyć bezkarnie. Rząd turecki dyskretnie wycofał z projektu nowego kodeksu karnego artykuł przewidujący kary więzienia za stosunki pozamałżeńskie. Powodem rezygnacji z części nowelizacji kodeksu, który miał unowocześnić i zeuropeizować tureckie prawo, były karcące uwagi polityków zachodnich, przestrzegających, że karanie rozpusty więzieniem może utrudnić, a nawet uniemożliwić, przystąpienie Turcji do Unii Europejskiej.

Dzieje projektowanego prawa i powodów jego wycofania znakomicie ilustrują problem, jaki Europa współczesna ma z Turcją, a Turcja z Europą. Turecki zamiar karania cudzołóstwa był naprawdę, z punktu widzenia Turków, postępowy i cywilizowany. Poddawał państwowej kodyfikacji i rozstrzygnięciom sądów powszechnych występek, który dziś jest, zgodnie z prawem obyczajowym, w rękach prywatnej inicjatywy. Cudzołóstwo, przede wszystkim kobiety, jest sprawą honoru jej rodziny. Mąż, przyłapawszy żonę na zdradzie, ojciec, nakrywszy córkę na figlach z mężczyzną, a także brat, który wyśledził siostrę, mają nie tylko prawo, ale obowiązek zabić winowajczynię. Inaczej utraciliby honor i zhańbili cały ród. A ponieważ postępują słusznie i etycznie, są przez sądy uniewinniani, a najwyżej skazywani na symboliczne kary paru tygodni aresztu.

Przepis o więzieniu za cudzołóstwo władze tureckie próbowały wprowadzić, licząc, że zdradzony mąż albo ojciec rozpustnej dziewczyny, zamiast rąbać ją siekierą, poleci na policję, złoży doniesienie, którym zajmie się prokuratura. I rozstrzygnięcie losu kobiety weźmie na siebie aparat państwa, łagodniejszy niż rodzina.

Oczywiście oświeceni inaczej politycy zachodnioeuropejscy zawrzeli świętym oburzeniem. Jak można dzisiaj, kiedy legalizuje się stadła homoseksualne, a cudzołożenie heteroseksualne jest już tak powszechne i monotonne, że wszystkim się znudziło z kretesem, penalizować stosunki pozamałżeńskie? Wara! Wstecznicy, precz od Unii! W ten sposób wszystko zostało w Turcji po staremu, ale Bruksela znów odniosła moralne zwycięstwo.

Takie świadczenie dobra, na jakie zdobyła się Europa wobec tureckich kobiet, przypomina jako żywo wożenie przez wrażliwych humanistów zielonego groszku w puszkach głodującym w Etiopii albo przekonywanie przez lordów brytyjskich, podróżujących nad Amazonkę z ekipą filmową BBC, biednych golasów z puszczy o zaletach higienicznych papieru toaletowego.

Współczuję Turkom, którzy pewnie nic już z tego wszystkiego nie rozumieją, poza tym, że mają do czynienia z pyszałkowatymi idiotami. -


  • RSS