Sejm ostatecznie zamknął pracę komisji śledczej do zbadania afery Rywina, potwierdzając, że końcowym dokumentem jej działania jest raport posła Ziobry. Ostatni akt tej tragifarsy był równie żenujący, jak przedostatni i kilka poprzednich. Poseł Martyniuk monotonnym głosem odczytywał ekspertyzy rozlicznych profesorów, doktorów i specjalistów, z których wynikało, że na skutek zawiłości formalnych, braku dyrektyw prawnych i ogólnego bałaganu proceduralnego ponadroczna działalność komisji powinna się zakończyć na niczym. Przypomniał mi się żelazny kanclerz von Bismarck i jego westchnienie: Noch ein Dutzend Professoren, Vaterland du bist verloren. W dobrym przekładzie polskim: Jeszcze jeden profesorek, ojczyzna trafi do Tworek.

Większość z tych ekspertyz przypominała rozważania, czy można wrzeszczeć w nocy „Łapaj złodzieja”, skoro prawo zakazuje zakłócania ciszy nocnej głośnym krzykiem i hałasem, a nie istnieje odrębny przepis zezwalający na wydawanie okrzyków w sytuacji pościgu za złoczyńcą. Wszystkie te ekspertyzy, zapewne jurydycznie bardzo poprawne, miały tę wadę, że zawieszone były całkowicie w próżni społecznej i politycznej. Nie uwzględniły ani mozołu, z jakim niektórzy członkowie komisji usiłowali dojść prawdy, ani wysiłków, jakie wkładali inni, aby prawdę ukryć. Pomijały też specyficzną sytuację, w której uzasadnione podejrzenia ciążyły na ludziach z kręgu wciąż aktualnej władzy, potrafiącej bronić siebie i swoich przyjaciół wszelkimi metodami. Gdyby na skutek profesorskiego, abstrakcyjnego prawniczenia okazało się, że ostatecznym dokumentem komisji jest raport Błochowiak, wszyscy Polacy, którzy oglądali na żywo obrady komisji, czuliby się wystrychnięci na dudków i okpieni. Uznani za bandę idiotów. Gdyby prace komisji skończyły się niczym, czuliby się dodatkowo okradzeni, bo cała procedura kosztowała sporo ich własnych, podatkowych pieniędzy.

SLD głosowanie w Sejmie przegrał z kretesem. Leszek Miller, którego raport Ziobry chce postawić przed Trybunałem Stanu, nazwał ten dokument goebbelsowskim, przyjętym goebbelsowskimi metodami i życzył wszystkim jego zwolennikom, aby skończyli jak Goebbels. Wszystkim, czyli sejmowej większości. Tym 231 posłankom i posłom. Goebbels skończył samobójstwem razem z żoną i dziećmi i są tacy, którzy uważają, że skończył jak mężczyzna. Choć zaczynał nie najgorzej. Posłom, którzy ośmielili się głosować przeciwko żywotnym interesom SLD i Millera radzę teraz uważać w bufecie. Mogą tam podawać cyjanek zmieszany z arszenikiem, jako koktajl Millera z Goebbelsem.