Gdyby George Orwell dziś żył, a zwłaszcza gdyby żył w Polsce, niewątpliwie napisałby dalszy ciąg „Animal Farm”. Napisałby o rzucaniu podejrzeń i o okrutnych prześladowaniach, jakich doznają świnie ze strony innych zwierząt po upadku farmy zwierzęcej. Może by go ktoś zastąpił? Moim kandydatem jest prof. Andrzej Romanowski, który opublikował w sobotniej „Gazecie Wyborczej” ogromny artykuł pod tytułem „IPN – bezprawie i absurd”. Ilekroć czytam namiętne filipiki przeciwko IPN, przeciwko całej filozofii badania archiwalnych zasobów PRL pod kątem ocen etycznych, filipiki, które są publikowane nie w „Trybunie” przez emerytowanych funkcjonariuszy SB lub ich mocodawców, przypominam sobie Rosję z „Biesów” Dostojewskiego i historię Jewno Azefa. Budzą się straszne podejrzenia. Ale pewno się mylę.

Natomiast jedno jest niewątpliwe. W III Rzeczpospolitej ludzie kandydują do Sejmu i Senatu, ubiegają się o stanowiska w rządzie, o prezydenturę i premierostwo, a kiedy odniosą sukces, wydaje im się, że sięgnęli po władzę. Że rządzą. To tylko złudzenie. Władzę realną w tym kraju ma jedynie ten, kto zarządza pamięcią narodową, kto zdobył sobie prawo do interpretacji przeszłości i wystawiania zaświadczeń moralnych. Manipulowanie przeszłością jako narzędzie władzy jest znacznie – w Polsce – skuteczniejsze od kształtowania współczesności. Wstyd grzebania w przeszłości jest umieszczony na liście polskich grzechów głównych znacznie wyżej od hańby współpracy z aparatem zniewolenia. IPN zagraża tej realnej władzy i dlatego powinien zostać zdemontowany. Archiwa i teczki są niepotrzebne, do zbudowania jedynie słusznego Kościoła wystarczą dogmaty wiary, ogłaszane z ambony, na której prześladowani i prześladowcy wspólnie demonstrują nową edycję jedności moralno-politycznej narodu.

Naczelnym argumentem wszystkich przeciwników oceniania PRL i ludzi w niej działających na podstawie teczek jest to, że teczki owe były wyprodukowane przez SB, są więc zapewne fałszywe. W dawnej NRD akta Stasi, znacznie wcześniej i szerzej otwarte niż u nas dokumenty SB, okazały się absolutnie prawdziwe. Jest takie opowiadanie Stanisława Lema o psychokracji – społeczeństwie, w którym prawda całkowicie, warstwami jest przykryta przez masowe stosowanie środków psychotropowych. Ktoś musi jednak wiedzieć, jak jest naprawdę, aby skutecznie rządzić, to rzeczowidze. Otóż w tak zakłamanym systemie, jakim był komunizm, SB spełniała funkcje rzeczowidza.

Atakując podstawy prawne funkcjonowania IPN i jego status, prof. Romanowski, jak wszyscy inni przeciwnicy instytutu, nie posuwa się aż tak daleko, aby dochodzić, dlaczego są kalekie. A przecież historia powstawania IPN to dzieje tworzenia się ustroju politycznego i formowania praktyki politycznej III RP. W ogóle IPN powstał cudem. Jest bękartem kompromisu politycznego, którego nie udało się w porę usunąć. Ale nic straconego. Jest jeszcze eutanazja. Władza nad pamięcią jest wciąż do wzięcia.