rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2004

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego rozpętano taką nagonkę na panią sędzinę Barbarę Piwnik, która jako była minister sprawiedliwości i prokurator generalny zeznawała przed sejmową komisją śledczą. Najpierw wszyscy członkowie komisji, wbrew przyjętym obyczajom, bez względu na orientację polityczną i przynależność partyjną zżymali się, że pani Piwnik zamiast mówić o okolicznościach aresztowania prezesa Modrzejewskiego relacjonowała swój urlop, opowiadała, jak fotografowała się z Małyszem, a nawet chciała pokazywać zdjęcia, mówiła o swoich dobrych obyczajach i o pozycji kobiety w rządzie. Wczoraj wszystkie media rzuciły się na panią sędzinę jak sępy i dalej ją szarpać, że niczego nie pamięta, niczego nie wie, o niczym nie słyszała i niczego nie wiedziała.

I za co? Czy krytycy wiedzą, jak ciężka jest praca sędziego i z kim on, w tym wypadku ona, na niwie zawodowej najczęściej ma do czynienia? Otóż z przestępcami, kryminalistami, złodziejami, bandytami i gangsterami. Wszyscy oni stają przed panią sędzią i pierwsze, co robią, składając zeznania, to zapewniają, że o niczym nie wiedzą, niczego nie widzieli i nie słyszeli oraz niczego nie pamiętają. To samo robią świadkowie. To powszechnie praktykowana postawa przed sądami powszechnymi i sędzia, chcąc nie chcąc, nasiąka takim stosunkiem do dochodzenia prawdy materialnej. Zwłaszcza jeśli widzi, że jest to sposób skuteczny. Ci, którzy niczego nie wiedzą, wychodzą w sądzie lepiej od tych, którzy coś wiedzą, o czymś pamiętają, a jeszcze o tym mówią bez osłonek.

Każdy rozsądny człowiek przyzna, że najbezpieczniej jest mieć małą wiedzę i jeszcze się z nią nie obnosić, zamiast tego eksponując szlachetne cechy własnego charakteru. To potwierdzi każdy, kto choć raz był w sądzie. A sędzia jest w sądzie codziennie. Trzeba więc po prostu uznać, że zawód sędziego jest zawodem szkodliwym i przyznać sędziom specjalny dodatek za trudne warunki pracy, a nie znęcać się nad panią Piwnik. Zwłaszcza nie powinni tego robić posłowie, którzy też, z powodu przebywania w Sejmie i wśród innych posłów, ponoszą uszczerbki na osobowości.

Mój redakcyjny kolega Bronisław Wildstein, który kiedyś miał już proces z panią Piwnik, zapewnił mnie, że za ten felieton, choć tak poczciwie pomyślany i pisany współczującym sercem, też doczekam się aktu oskarżenia. Od razu więc zaznaczam, że nie pamiętam, abym ten felieton napisał i przed sądem tym bardziej sobie nie przypomnę. Niewykluczone wprawdzie, że jestem w „Rzeczpospolitej”, ale to przeważnie w bufecie, gdzie panuje prawie tak miła i niezobowiązująca atmosfera jak to bywało w gabinecie premiera za czasów Leszka Millera

Stosunki między Polską i Niemcami są całkowicie normalne. Nie są już nadzwyczajne, szczególne, obciążone poczuciem winy Niemiec

Rezolucja Sejmu wzywająca rząd RP do zabiegów o uzyskanie reparacji i odszkodowań wojennych jest jednym z bardzo nielicznych, zręcznych i potrzebnych posunięć polskiego parlamentu w polityce międzynarodowej. Upewnia mnie w tym przekonaniu fakt, że tak wiele osób po obu stronach Odry twierdzi, iż rezolucja jest bezsensowna, szkodliwa i sprzeczna ze stanem prawnym. Osobiście wolę, gdy Peter Glotz, Adam Krzemiński, Włodzimierz Kalicki, Anna Wolff-Powęska, Markus Meckel, Angelicka Schwall-Drren i wielu innych próbują mnie przekonać, że polskie roszczenia są bezprzedmiotowe, od sytuacji, w której te same osoby tłumaczą mi, że roszczenia niemieckie nie mają większego znaczenia i można je spokojnie lekceważyć.

Jako Polak znacznie bardziej cenię sobie sytuację, w której polityka niemiecka staje się zakładnikiem polskiego – jak to ujął Markus Meckel z SPD – powrotu do ducha porachunków i wzajemnych pretensji, niż stan odwrotny, gdy polska polityka i wewnętrzna, i zagraniczna staje się więźniem niemieckiego ducha historycznych rewizji. Gdybym był Niemcem, myślałbym pewnie odwrotnie. Ale nie jestem.

Cicha polityka

Niemal wszyscy polscy krytycy rezolucji sejmowej dowodzili, że sprawę wzajemnego zniesienia roszczeń należy przeprowadzić dyskretnie, po cichu, bez rozgłosu. Słowem, w stylu XIX-wiecznej dyplomacji tużurkowo-sztuczkowej. Pięknie, ale jak to zrobić w warunkach demokracji, władzy mediów i zależności polityki od nastrojów społecznych, jakiej nie było nawet w starożytnym Rzymie? Parę dni temu na tych łamach rzecznik prasowy MSZ odpowiedział, chyba oficjalnie, na mój felieton „Rachunek za amunicję”. Z tej odpowiedzi dowiedziałem się, że MSZ ma strategię zapobiegania roszczeniom niemieckim, ale tajną, opartą na także tajnych analizach prawnych, przeprowadzonych przez ekspertów zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Eksperci oczywiście też są tajni. Gdyby jeszcze roszczenia Powiernictwa Pruskiego były tajne! Niestety, jedynym tajnym elementem całej awantury roszczeniowej były do tej pory działania strony polskiej. O wszystkim innym można było przeczytać w gazetach. Teraz można też, na szczęście, przeczytać rezolucję Sejmu i rachunki dokonywane przez wiele polskich miast. To przywraca, w moim przekonaniu, jakąś równowagę moralną w stosunkach polsko- -niemieckich, nawet jeżeli któryś polski niemcoznawca nie dostanie za karę kolacji.

Do lekceważenia roszczeń Powiernictwa Pruskiego i związanych z nim lub nie – bo tacy też są – wypędzonych przekonują mnie eksperci zdaniem z przemówienia kanclerza Gerharda Schrdera podczas powstaniowych obchodów w Warszawie: „nie ma już miejsca dla roszczeń restytucyjnych z Niemiec”. Podobno jest to ultymatywne rozstrzygnięcie problemu. Nie wydaje mi się, by opieranie polityki państwa, w jakiejkolwiek zresztą sprawie, na strzępku przemówienia zagranicznego męża stanu było rozsądne. Pacta sunt servanta. Przemówienia nie.

Całkowicie groteskowe jest odwoływanie się do zapewnień z Berlina, że rząd federalny przed wszystkimi międzynarodowymi trybunałami będzie świadkiem obrony, a nie oskarżenia. Może będzie, może nie będzie. Wolałbym tego nie sprawdzać, bo jakoś w moim pojęciu nieprzyzwoite byłoby, gdyby Polska stawała przed trybunałami oskarżona o zbrodnie wojenne, rabunki i branie łupów, a usprawiedliwień dla niej szukał rząd Niemiec.

Pruska agresja czy polski fundamentalizm

Najdziwniejsza ze wszystkich była wypowiedź w sprawie polskiej rezolucji polityka SPD Petera Glotza, niegdyś sekretarza generalnego tej partii, a ostatnio współinicjatora utworzenia Centrum Wypędzonych w Berlinie. Peter Glotz, który okazał w swoim czasie Polakom wielką życzliwość, sprzeciwiając się rozszerzeniu Unii Europejskiej na Wschód, powiedział, że Polacy muszą teraz powstrzymać narodowokatolicki fundamentalizm. Oczywiście, ja rozumiem, że żaden lewicowy polityk o żadnej sprawie nie jest w stanie powiedzieć niczego, jeśli nie ma na podorędziu stosownej etykietki. Ale, panie Glotz, co ma wspólnego narodowokatolicki fundamentalizm z przeciwstawianiem się pruskiej agresji prawnoodszkodowawczej? Czy sądzi pan, że kosmopolityczni agnostycy gotowi by byli zrujnować Polskę, która wciąż jeszcze nie otrząsnęła się ani ze zniszczeń wojennych, ani z komunistycznych szaleństw, aby zaspokoić pana Pawelkę i napełnić serce Glotza poczuciem harmonii ideowej? Możliwe, że ma pan rację. Ja bym jednak radził, aby – zanim zacznie pan walczyć z narodowokatolickim fundamentalizmem w Polsce – powalczył pan najpierw, choćby dla wprawy, z narodowosocjalistycznym fundamentalizmem w Niemczech. Narodowosocjalistycznym nie w znaczeniu historycznym, ale współczesnym, manifestującym się w żądaniu podwyższenia podatków w Polsce dla ratowania zdobyczy socjalistycznych w Niemczech. Jest to też narodowy socjalizm innymi metodami.

Niemcy w roli ofiar

To partia Petera Glotza, kiedy jeszcze posiadała pamięć historyczną, posługiwała się hasłem „Whret die Anfnge” – Dawajcie odpór początkom. A jakie były złego początki? Kwestionowanie rezultatów I wojny światowej i walka z krzywdą traktatu wersalskiego. Na tym wyrósł Hitler. Na niemieckim poczuciu krzywdy. Powie ktoś – sytuacja jest dziś zupełnie inna. To złudzenie. Gdyby była inna, nie mielibyśmy całego tego pasztetu z roszczeniami i przeciwroszczeniami. Arnulf Baring, jeden z najmądrzejszych i najtrzeźwiejszych ludzi w Niemczech dzisiejszych, stwierdził: jeśli Niemcy uznają się za ofiary II wojny światowej, to sąsiedzi Niemiec powinni mieć się na baczności.

I Niemcy właśnie uznali się za ofiary. Nie tylko Steinbach i Pawelka. Niemcy, jako zbiorowość, są ofiarami wypędzeń, bombardowań i działań wojennych bez własnej winy. Nie tak dawno domagano się w Niemczech uznania dowódcy alianckiego lotnictwa bombowego, marszałka Harrisa za zbrodniarza wojennego. A równocześnie zaczęło się odkrywanie ludzkich stron Hitlera i Goebbelsa. To nie jest demonizowanie procesów społecznych, jakie się dziś w Niemczech dokonują. Nigdy nie miałem wątpliwości, mieszkając bardzo długo wśród Niemców, że któregoś dnia dojdzie do bardzo dla nas nieprzyjemnego przewartościowania historii najnowszej.

W pedagogice społecznej, jaką zastosowali politycy niemieccy, zgodnie z wyrażoną przez Konrada Adenauera zasadą ograniczonego zaufania do własnego narodu, popełniono nie błąd, a grzech niewybaczalny. Grzech zaniedbania refleksji moralnej na rzecz doraźnej, politycznej użyteczności. Kościoły niemieckie, które wykonywały rzetelną pracę w tym zakresie, zbyt słabe mają wpływy. Winy Niemców i krzywdy Niemców zostały rozdzielone, odosobnione, stały się elementami politycznych rozgrywek. Niemiecka lewica waliła niemiecką prawicę po głowie niemieckimi winami, prawica odwijała się niemiecką krzywdą. Po nieudanym zjednoczeniu, po klęsce kwitnących krajobrazów Kohla zostały w pamięci tylko krzywdy.

Pozwolę sobie jeszcze na osobisty wątek. W 1984 roku powstał pierwszy projekt czegoś, co można określić jako Centrum przeciwko Wypędzeniom połączone z Powiernictwem Pruskim. Związek Wypędzonych chciał utworzyć w Lubece centrum wzorowane na instytucji pod nazwą Zentrale Erfassungstelle, która mieściła się w Salzgitter i zajmowała dokumentowaniem zbrodni reżimu Honeckera w NRD. Lubeka miała zbierać dowody polskich zbrodni przeciw narodowi niemieckiemu oraz dokumentować stosunki majątkowe na polskich ziemiach zachodnich przed 1945 rokiem. To była jedna, niemiecka strona medalu. W PRL natomiast szalał stan tuż powojenny i Polaków straszono niemieckimi odwetowcami. Hupka i Czaja tylko czekali, aby wykorzystać strajki dla odebrania Śląska. Był to czas pełnej symbiozy ziomków z Jaruzelskim. Sytuacja w Polsce służyła wypędzonym jako dowód, że Polacy nie potrafią się sami rządzić, a pokrzykiwania ziomków były dla reżimu straszakiem do dyscyplinowania społeczeństwa. To nie żart, ale czytałem wtedy w „Der Schlesier” artykuł poważnie proponujący rokowania z Moskwą o oddanie Polski pod protektorat Niemiec w zamian za gwarancje, że w Polsce zapanuje spokój.

W takiej atmosferze grupa niemieckich polityków, przede wszystkim z liberalnej FDP, ale nie tylko, zaniepokojona perspektywą budowy lubeckiego centrum i posługiwaniem się Niemcami jako straszakiem wobec dążących do wolności Polaków, zaplanowała przyjęcie przez Bundestag rezolucji określającej aktualne – to znaczy z roku 1984 – stosunki własności na ziemiach nad Odrą i Nysą za nienaruszalne. Chodziło tylko o to, żeby, ze względów taktycznych, inicjatywa takiej rezolucji wyszła od niezależnych czynników polskich. Zostałem wtajemniczony w całą tę sprawę i w październiku 1984 roku opublikowałem na łamach londyńskiego „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” tekst wzywający rząd RP na uchodźstwie o podjęcie takiej inicjatywy. Nie będę opisywał, jak i przez kogo odsądzony zostałem od czci i wiary, a kto uznał mnie za niemieckiego agenta. To już odległa przeszłość, ale przypatrując się dzisiejszej dyskusji, myślę nie bez melancholii, że przy odrobinie wyobraźni wtedy mogłoby nie być dzisiejszych kontrowersji.

Nawiasem mówiąc, w 1984 roku przeciwko centrum w Lubece ostro protestowali intelektualiści, którzy dziś popierają Centrum przeciwko Wypędzeniom. Na czele z Gnterem Grassem.

Normalne, nie nadzwyczajne

Powiedzmy sobie otwarcie, jak się sprawy mają dziś. Stosunki między Polską i Niemcami są całkowicie normalne. Nie są już nadzwyczajne, szczególne, obciążone historycznym poczuciem winy Niemiec. Wszystko, co dzieje się w stosunkach dwustronnych, wynika już tylko z potrzeb i możliwości politycznych. To dotyczy także roszczeń wypędzonych. Jeśli będzie polityczna potrzeba wykorzystywania tych roszczeń, będą wykorzystane. Jeśli korzystne dla Niemiec będzie, aby żądania wypędzonych skanalizować, zostaną skanalizowane. Sporo zależy tutaj od nas samych, od Polaków. Dlatego rezolucja Sejmu była aktem bardzo pożytecznym, także z punktu widzenia politycznej pragmatyki. Co do zręczności i możliwości naszej dyplomacji mam sporo wątpliwości. Wiele lat temu, w roku 1994, kupiłem sobie w Bonn książkę austriackiego profesora Feliksa Ermacory „Niemiecki majątek w Polsce – ekspertyza prawna”, w której dowodził, że z punktu widzenia prawa międzynarodowego zajęcie majątków niemieckich bez odszkodowania było konfiskatą, a wypędzenia – ludobójstwem. Dwaj monachijscy adwokaci, Hans-Georg Schaefer i Peter Kloer dopisali do pracy zmarłego w międzyczasie Ermacory’ego appendix, wyliczający akty prawne, którymi RFN zrezygnowała w imieniu wypędzonych z wszelkich roszczeń. Wniosek obu adwokatów – odszkodowania wypędzonym powinien płacić rząd federalny.

Streściłem tę książkę w „Rz” i w parę dni potem dostałem taki telefon z Ambasady RP w Kolonii:

- Dostaliśmy notę z Warszawy w sprawie tej książki. Gdzie można ją dostać?

- W księgarni.

- A ile kosztuje?

- 49 marek 90 fenigów.

- Aha. A czy nie można jej pożyczyć na parę dni?

Odmówiłem. Książek z zasady nie pożyczam. Więc być może MSZ do dziś nie ma tej książki. W końcu 50 marek to dziś 25 euro. Sporo pieniędzy. Mamy już kosztowne, tajne ekspertyzy prawne. -

Prace poprzedniej komisji śledczej rozpoczęły się od spektakularnego faktu. Rywin przyszedł do Michnika. Obecna komisja ma dopiero ustalić, kto do kogo przyszedł i po co. Nie wróży to najlepiej jej pracom, nawet jeśli Roman Giertych przewertuje księgi Pałacu Prezydenckiego, a prezydent Kwaśniewski, który jak prymus klasowy wyrywa się do odpowiedzi, zezna, że przyjmował różne osoby i osobistości w ramach działalności dobroczynnej.

Wydaje mi się, że na komisję – jako źródło wiedzy o tym, kto rządzi Orlenem, czy skarb państwa naprawdę nazywa się Kulczyk i czy poprzednio nazywał się Miller, o co chodzi, co na to Rosjanie, kto kogo, a nawet dlaczego aresztowano prezesa Modrzejewskiego – nie ma co liczyć. Potwierdzi się tylko potoczna wiedza o kondycji kraju, w którym żyjemy. Kolejne osobistości zaprezentują nam krętactwa i mataczenia, to znaczy normalne sposoby sprawowania władzy, uzyskiwania wpływów i bogacenia się. Kogo się przyłapie na kłamstwie, załka, że jest ofiarą politycznej nagonki. Komu się udowodni przekręt, zawyje o spisku.

Na pewno natomiast nikomu w tej komisji nie przyjdzie do głowy zadanie pytania, czy rzeczywiście w Polsce musi istnieć monopol jednego przedsiębiorstwa na handel ropą, czy istotnie państwo musi tę firmę kontrolować i czy wszystkie afery z Orlenem nie wynikają z tych dwóch okoliczności. Nikt nie zapyta, bo Sejm zażądał właśnie wstrzymania prywatyzacji wszystkiego.

Ropa podobno jest surowcem strategicznym. Na pewno jest strategicznym dla polityków. Jaki mogliby mieć interes w tym, żeby ropą handlowali w Polsce jacyś prywatni akcjonariusze, niechętnie dzielący się zyskami i obsadzający stanowiska swoimi, a nie naszymi ludźmi. Są wprawdzie państwa, które mają po kilka takich Orlenów całkiem prywatnych, które ze sobą konkurują, ale nie o łaskę polityków, tylko o klienta. Podobno najlepszym sposobem na likwidację dewiacji jest usuwanie przyczyn. No to trzeba by wreszcie raz przeciąć ten styk gospodarki z polityką. Ale na to nikt nie pójdzie. Znacznie fajniej jest mieć polityczny Orlen i polityczną komisję śledczą.

Za czasów poprzedniej komisji z figlów zaproponowałem w jakimś felietonie powołanie w Polsce stałej komisji do wyśledzenia wszystkiego. U nas tak nie należy żartować. Ludzie poważni mogą to wziąć poważnie. LPR domaga się powołania prokuratorii, która ma być właśnie taką permamentną komisją. Będziemy mieli stałe igrzyska oraz bardzo surowe przepisy ograniczające możliwości zarabiania na chleb.


Z całej teorii ewolucji zawsze najsilniej przemawiała do mnie teza o pochodzeniu krasnoludków od skrzata jaskiniowego. Ale co mają robić biedne dzieci, które na jednej lekcji słyszą, że Pan Bóg stworzył świat w ciągu sześciu dni, a siódmego wypoczywał (może robił dla wypoczynku zakupy w hipermarkecie, który też przecież stworzył), na drugiej zaś, że życie wylęgło się samo z materii nieożywionej, a człowiek pochodzi od małpy? Wychowujemy przecież w ten sposób pokolenia schizofreników albo – w najlepszym wypadku – cyników. Takie biedne dziecko raz pisze klasówkę jako kreacjonista, a za chwilę następną jako ewolucjonista, z obu dostaje piątkę, a kiedy już dorośnie, trafia do polityki. Najczęściej w charakterze socjalisty i bierze się całkiem kreacjonistycznie do stwarzania pozostałych ludzi od nowa, na własny obraz i podobieństwo. To zresztą ciekawe, że kreacjonistyka ideowa udaje się lepiej niż ewolucja w przypadku ludzi już istniejących, niezależnie od tego, w jaki sposób powstali fizycznie.

Ja sam jestem wyznawcą teorii ewolucji, ale na odwrót. Uważam, że w trakcie ewolucji ogon nie zanikł, ale wyrósł, co jest dowodem na pochodzenie małp od człowieka. Życie nadrzewne jest, ze względu na stopień komplikacji ewolucyjnie wyżej postawione niż życie naziemne i stąd to małpy są Koroną Stworzenia. Naukowcy ukrywają tę prawdę w obawie przed konsekwencjami politycznymi i przejęciem władzy przez orangutany.

Orientacja ideowa w sprawie pochodzenia człowieka ma duże znaczenie praktyczne. U nas najbardziej radykalnie ewolucjonistyczne są firmy odzieżowe, które najwyraźniej uważają, że Polacy pochodzą od gibonów. Ilekroć chcę kupić koszulę, płaszcz, kurtkę albo marynarkę, okazuje się, że aby na mnie pasowała, powinienem mieć ręce poza kolana. Za to nogi krótkie i najlepiej krzywe. Wypisz wymaluj, gibon stworzony dnia szóstego, który ewoluował tekstylnie.

Piszę to wszystko, bo przeczytałem informację, że w Serbii na rok zawieszono szkolne lekcje o ewolucji, a w tym czasie opracuje się programy uwzględniające również biblijną wersję stworzenia człowieka. Innymi słowy, Serbowie będą poszukiwać kompromisu i niewykluczone, że serbskie dzieci uczyć się będą wkrótce, iż Adam był małpą, która po wygnaniu z Raju wyewoluowała z rozpaczy w człowieka. U nas na razie jest chaos, ale spodziewam się, że również w kwestii pochodzenia człowieka Unia Europejska wyda co najmniej dyrektywę albo wpisze słuszne stanowisko w tej sprawie do konstytucji europejskiej.

Dopóki to nie nastąpi, wszystko jest kwestią wiary. Możemy wierzyć w kreację albo w ewolucję, bo obie opcje mają jednakowo solidne podstawy naukowe. -

Śmiechem mając załzawione oczy, znużony wesołością lud wołał o prawdę. A skoro wołał, to został wysłuchany. Prawda wypowiedziana została w Belwederze, podczas polsko-francuskiej konferencji. I jest jeszcze śmieszniej. Tak śmiesznie, że lada chwila przegryziemy się na drugą stronę śmieszności. Jeśli wierzyć sprawozdaniu z tej konferencji zamieszczonemu w „Rzeczpospolitej”, Włodzimierz Cimoszewicz i Witold Orłowski plus Bronisław Geremek zgodzili się realizować w Europie politykę Paryża i Berlina i uznać ją za swoją. Taka jest teraz racja stanu Polski oraz strategia polityczna, objawione w Belwederze.

Polska miałaby też być gotowa do konsultacji w sprawie wysokości podatków od zysków z przedsiębiorstw, aby nie przyciągać inwestycji zagranicznych zachętami fiskalnymi. Witold Orłowski tłumaczył, że za 10 – 15 lat problem przenoszenia produkcji do krajów o tańszej sile roboczej stanie się też polskim problemem. No to, po co czekać tak długo? Trzeba podnieść polskie koszty pracy do wysokości niemieckich już dziś, żeby się solidarnie dzielić kłopotami z przenoszeniem produkcji do Chin. Dostaniemy za to Legię Honorową, dobre słowo w „Le Monde” oraz currywurst z piwem w Berlinie, bo Niemcy są hojniejsi od Francuzów.

Wszyscy ci polscy politycy – Francję reprezentowała wyłącznie opozycja, która w ten sposób uprawia alternatywną, choć co do treści identyczną politykę zagraniczną – brali udział w kampanii przed referendum europejskim. Jakoś sobie nie przypominam, żeby któryś z nich mówił, że celem wstąpienia do UE jest podwyżka podatków w Polsce. Owszem, była mowa o pieniądzach, ale należnych z mocy unijnego prawa. A nie w ramach nagrody za dobre sprawowanie i pokorę.

Może powinniśmy się nauczyć, zgodnie z radą ministra Cimoszewicza, jak dzielić się suwerennością, a zwłaszcza tymi jej obszarami, którymi z nami nikt dzielić się nie chce. Niewykluczone, że powinniśmy zrezygnować z rozwoju gospodarki, podnosząc podatki do poziomu, jakiego się od nas oczekuje. Możliwe, że dostaniemy za to więcej pieniędzy, ale czy aby tych pieniędzy wystarczy na zasiłki i jeszcze na zorganizowanie konferencji o rozśmieszaniu Polaków. -

Jak słychać, Niemcy i Francja nie rezygnują z zabiegów o zrównanie podatków w państwach Unii Europejskiej. Ale oczywiście w górę. Zrównanie podatków w dół nie przyniosłoby deficytom budżetowym obu tych czołowych nacji europejskich żadnej korzyści. A skoro by nie przyniosło, to nie wchodzi w rachubę. Wprawdzie zrównanie podatków w górę byłoby szkodliwe dla wielu innych krajów UE, w tym wszystkich nowych członków Unii, ale co to może obchodzić Paryż i Berlin. Europejska solidarność działa tylko w jedną stronę. Ale tylko międzynarodowo. Wewnętrznie mianowicie podstawą polityki podatkowej Niemiec i Francji jest solidarność bogatych z biednymi. Bogaci muszą płacić więcej, żeby państwo mogło z tego wspomóc biednych. W Europie zaś musi być na odwrót – biedni muszą płacić więcej, żeby wspomóc bogatych, a w każdym razie nie czynić im niezdrowej i nieuczciwej konkurencji. Jest w tym sporo logiki – biedny powinien pozostać biednym, bo będzie wtedy pokorniejszy, będzie czapkował dobrym panom, którzy dorzucą mu od czasu do czasu z łaski parę euro na łakocie. Co do czapkowania, to mamy już w Polsce tak wybitnych specjalistów od walenia czołem w podłogę, że szybko się od nich wszyscy nauczymy kłaniać się rewolucji podatkowej po polsku, czapką do ziemi.

Nie wiadomo tylko, czy podwyższenie podatków w Polsce, na Litwie, Słowacji czy na Węgrzech przyniesie skutki. Czy uwiąd konkurencji na Wschodzie pozwoli załatać dziurę budżetową Niemiec i Francji, czy trzeba będzie uzyskane nadwyżki wpływów odprowadzać prosto do Paryża i Berlina. Jeśli ktoś liczy natomiast, że wzrost podatków w Polsce i idąca w ślad za tym podwyżka cen rodzimych towarów otworzy szanse dla niemieckiego i francuskiego eksportu do Polski, to może się zawieść. Jak nie będziemy mieli pieniędzy, to nie będzie nas stać nie tylko na wino „żyleta”, ale i na Chateau Margaux. Jak nie kupimy matiza, to i na mercedesa nam nie wystarczy.

To co robić? Trzeba się odwołać do najlepszej, bo francuskiej tradycji. W roku 1848 wybitny francuski ekonomista, baron A. Turgot, wiadomość o wniesieniu do Zgromadzenia Narodowego projektu podatków progresywnych skwitował uwagą: „Trzeba dokonać egzekucji autorów, a nie tego projektu”. Nie posłuchano go, i oto czym się skończyło. Uczmy się na błędach i obiecajmy, że na egzekucję odwołamy polskie wojsko z Iraku. -

Od czasu do czasu czytam w gazetach artykuły o poczcie. To znaczy o Poczcie Polskiej. Nie są to teksty, do jakich przyzwyczaiła mnie komuna: o tym, że listy idą dwa tygodnie, że giną towary z paczki, że podziewają się gdzieś dolary od ciotki. Teraz jeśli już ktoś pisze o poczcie, to o politycznych powiązaniach dyrekcji ze szczególnym uwzględnieniem ideowej orientacji szefa, aktualnie lewicowej. Wynika stąd, że poczta jest dziś lewicowa, i to rzecz najistotniejsza na poczcie. Po zmianie rządu poczta także zmieni orientację na prawicową. To znaczy wróci na prawicę, bo kiedyś już była.

Poczta umocowana jest politycznie. I bardzo dobrze, dopóki się nie chce wysłać listu. Kiedyś znaczek można było kupić w każdym kiosku z gazetami, a nawet w sklepie spożywczym. Człowiek kupował, lizał od tyłu, kogo tam akurat wypadło – Chrobrego, Gagarina albo papieża, wrzucał na rogu do skrzynki i już. Teraz jeśli się chce wysłać list, trzeba udać się na pocztę. Stoi tam maszyna z wyborem różnych możliwości oprócz tej jednej – kupić znaczek albo wysłać list. Po namyśle każdy naciska wszystkie cztery guziki po kolei i dostaje cztery numerki: 272, 553, 701 i 986. Potem staje w tłumie ludzi i jak przy grze w bingo patrzy, czy trafił. Pyszna zabawa, jeśli ma się dostatecznie dużo czasu.

Od czasu do czasu dostaję listy od polityków, piastujących wysokie stanowiska. Na ogół są to listy, wyrażające prywatne opinie tych osób publicznych w sprawie moich felietonów. Rzadko pochlebne, muszę to przyznać. Ale jeszcze żaden list, czy to z kół parlamentarnych, czy rządowych nie został normalnie nadany na poczcie, z naklejonym znaczkiem. Wszystkie są w kopertach urzędowych ze stemplem – opłata pocztowa zryczałtowana. Wyjątkiem był jeden, który przyniósł służbowy posłaniec. To znaczy, że dygnitarze wysyłają do mnie prywatne listy na koszt podatnika. Pewnie do innych też. Nie są to zapewne wielkie pieniądze, ale zawsze to pieniądze publiczne. Nie ma oczywiście porównania z tysiącami kilometrów przejeżdżanymi dziennie służbowymi samochodami albo z ucztowaniem na koszt obywateli w luksusowych knajpach. Ale zaczyna się od oszczędności na znaczku, a kończy na handlu obnośnym ustawami.

Tak chciałem napisać i potępić, dopóki sam nie poszedłem po znaczek na pocztę. Po tej wizycie rozgrzeszam moich korespondentów. Piszcie dalej z budżetu, a jeżeli wam wstyd, to zróbcie dyrektorem poczty kogoś bez orientacji politycznej, ale i bez wody w głowie.

Wszystko się sprawdziło. Najgłupsze – co wcale nie znaczy, że najgorsze, z dowcipami jest inaczej niż z politykami – dowcipy pojawiły się w gazetach jako poważna, problemowa publicystyka społeczna. Przychodzi baba do lekarza i daje sto złotych. Przychodzi lekarz do baby i bierze sto złotych. Wesoły sanitariusz Zenek przyjeżdża karawanem na sygnale i bierze tysiąc. Co pani jest? Krawcowa. Panie doktorze, syn połknął pióro. Niech pisze ołówkiem. Nie oddychać, nie oddychać, nie oddychać, następny proszę. Panie doktorze, zrobił mi się wrzód. Gdzie? W Radomiu.

Trwają dyskusje o reformie. Popatrzmy na sprawę zdrowia jak politycy, szeroko, a nie z wąskopragmatycznego punktu widzenia pojedynczych hemoroidów, jakiegoś indywidualnego wyrostka robaczkowego albo jednostkowej rwy kulszowej. Pojedynczy osobnik, cierpiący na którąś z tych przypadłości, udaje się do pojedynczego lekarza i nawiązuje z nim pojedynczy pierwszy kontakt. Po czym albo zostaje wyleczony, albo cierpi dalej, albo schodzi. I z każdej z tych ewentualności jest niezadowolony.

Cały problem wziął się z tego, że nikt w Polsce nie zrozumiał istoty reform – ani tej Łapińskiego, ani tej Balickiego. Chorzy są dziś przedmiotem troski państwa, rządu, ministra i instytucji państwowej. Korzyść z tego jest niezmierna – pacjenci są leczeni przez konstytucyjne organy władzy. Nadal wyrzekają, ale te organy mogą powiedzieć takiemu kwękającemu malkontentowi: Jak to, państwo cię leczy, minister się zamartwia po nocach twoim stanem zdrowia, premier nie dalej jak wczoraj pytał, czy ci się poprawiło, a ty nie zdrowiejesz? To nie jest postawa obywatelska, to jest niewdzięczność.

Organa państwowej opieki zdrowotnej będą teraz wydawać rozporządzenie o przepisowym samopoczuciu i wyglądzie obywatela otoczonego troską i opieką państwa: obywatel ma być zdrowy, rumiany i zadowolony. Zabrania się chorób obłożnych, które powiększają koszta. Lekarze zostaną zobowiązani pisać na reglamentowanych zwolnieniach z pracy, zamiast jak dotąd może chodzić, musi chodzić, a nawet biegać.

Ku temu idzie i przed nami jest świetlana przyszłość, bo każdy, komu się uda przeżyć kolejną reformę będzie żył aż do śmierci. Czego wszystkim życzę.

- Witajcie, harnasiu. Jako się też wam wiedzie?

- Kielo aby.

- Coś, powiadają, zbójować przestaliście, jeno radzicie.

- Hej, bo to zbójowalim, bogatym zabieraliśmy, biednym mieliśmy dawać i biedni mieli być bogatsi, a bogaci biedniejsi, jak się należy, ale tak się jakoś porobiło, że wszyscy zbiednieli i jeno narzekają. I gadają se po szynkach, że na zbójników więcej nie będą głosować, a jak którego zoczą, to ziandarów będą wołać. Hej, tak to ono i jest.

- No to nad czym teraz radzicie?

- Ano, nad nowym modelem zbójowania. Bo to do tej pory plan roczny układaliśmy tak: murgrabiemu skrzynię złota, na Orawie owce, na Spiszu woły, letnikom co się da, z karczmy w Piekielniku gorzałkę, bacom na hali oscypki. A to, cośmy zrabowali, to zaraz biednym oddawaliśmy, ale nie tyle, bo koszty własne były wysokie. I trzeba było na czarnom godzine w rezerwie trochę dutków w kotliku zakopać, co to już nikt nie pamięta, gdzie zakopane, a może zresztą Kwiczoł wziął i po cichu wykopał, bo mu kaprawo z oczu patrzy. Spisacy na nas krzywi. Orawianie krzywi. Bace owczarkami szczują. Murgrabia też krzywy na nas, do zamku w Nidzicy nie chce wpuszczać, tylko hałasuje, żeby radę nadzorczą u nas zmienić, a może i harnasia.

- Ciężko być zbójnikiem.

- Oj, ciężko, panie. Odpowiedzialność wielka. Każdy sobie myśli, co tam, zbójnikom to dobrze. Porabuje taki, popije, przez watrę poskacze, Maryśkę wyonacy i tyle. A tu w nas cała nadzieja ludu ubogiego na poprawę bytu. Jak od nas ten lud nie dostanie, to kto mu da?

- No to jakie macie plany?

- Radzimy nad reformą. Są już dwa projekty. Jeden radykalny, żeby się na nic nie oglądać, tylko zrabować wszystko, co się da: skarbonkę kościelną w Chochołowie, muzeum w Poroninie, stacje kolejową w Chabówce i Biały Dunajec, bo my tych białodunajcan, krucafuks, nie lubimy. A potem rozdawać, a najwięcej w Czarnym Dunajcu, bo tam poparcie dla raubszyców największe. A znowu Pyzdra inny projekt przedstawił, żeby najpierw obliczyć, ile biednym potrzeba. A potem zrabować stosownie do potrzeb. Ankietę przeprowadził wśród biednych, co im potrzeba, a to lista taka długa, że jej i doczytać nie sposób. Głowa od tego aż boli i chyba przyjdzie mi się z rozpaczy powiesić na smreku za poślednie ziobro.

- No to co będzie?

- Ano, pewnikiem, inną se bandę zbójecką lud ciemny wybierze. Kto inny będzie ich rabował. Ale jeszcze zatęsknią za Janosikiem, jeszcze legendy będą o mnie opowiadać. Hej!

Polacy znów nie dorośli. Są jak dzieci. Postępują źle i nawet tego nie dostrzegają. Dlatego trzeba im tego złego postępowania zakazywać. Jak epidemia przetaczają się przez Polskę próby urzędowych ograniczeń czasu otwarcia sklepów, podejmowane przez Ligę Polskich Rodzin. Jest w tym wspaniała logika – ponieważ Polacy, kiedy sklepy są otwarte, robią w nich zakupy, trzeba sklepy zamknąć. Nie byłoby takiej potrzeby, gdyby zakupów nie robili. Wtedy sklepy mogłyby być otwarte siedem dni w tygodniu i przez całą dobę.

Bardzo rozczulające jest uzasadnienie projektu uchwały Rady Miejskiej Lublina o zakazie otwierania sklepów w weekend. Chodzi o to, żeby personel sklepów miał czas na życie rodzinne. Najwięcej czasu rodzinie poświęcają – tak zdaje się wierzyć LPR – bezrobotni. Mogą siedzieć w domu przez cały tydzień i nawet nie chodzą do sklepów, bo nie mają pieniędzy na zakupy. Teraz nie będzie im nawet grozić, że mogą znaleźć pracę w sklepie, bo personelu w sklepach jest pewno, jak na 5 dni handlu, za dużo. Więc zapewne życie rodzinne zakwitnie także w domach wyrzuconych na bruk. Pysznie.

Przed tą falą troski o rodzinę polską ugiął się nawet rozsądny zazwyczaj prezydent Warszawy Lech Kaczyński. Na szczęście nie wydał żadnego dekretu przeciwko handlowi w niedziele i święta, tylko zapowiedział ankietę wśród warszawiaków. A nawet dwie ankiety – w środę i w niedzielę. I to jest błąd, bo nieodpowiedzialni mieszkańcy stolicy, którzy w weekendy tłoczą się w sklepach, zamiast siedzieć w domu i chuchać na ognisko domowe, odpowiedzą zapewne, że życzą sobie, aby sklepy były otwarte tak, jak dotąd. Żeby mogli kupić chleb, masło, buty, kapelusz czy telewizor wtedy, kiedy im to przyjdzie do głowy, a nie wtedy, kiedy im pozwoli surowa, ale mądra władza.

Pozwalam sobie przypuszczać, że tak samo odpowiedzieliby mieszkańcy Warszawy, gdyby ich zapytano, w trosce o życie rodzinne taksówkarzy lub kierowców autobusowych, czy chcą, żeby komunikacja publiczna świętowała w weekend. Aby telewizja nie nadawała w niedzielę, a w restauracjach była przymusowa przerwa obiadowa od 13 do 16 tak, by kelnerzy i kucharze mogli zjeść rodzinny obiad w domu. Bo to umacnia więzy.

Skoro wiadomo z góry, jaka będzie odpowiedź większości warszawiaków, to po co ich pytać? A to już jest wyższa polityka – ankietowani muszą dać prezydentowi Kaczyńskiemu alibi dla Romana Giertycha, ewentualnego przyszłego koalicjanta PiS. I dla takiego głupstwa będziemy mieli ankietową zabawę w stolicy. I nadzieję, że Giertych się przed powagą ankiety ugnie – wszak vox populi vox Dei. Z Panem Bogiem nawet Giertych nie będzie zadzierał. -


  • RSS