Gdyby trzeba było odpowiedzieć w jakiejś ankiecie, jaka jest najważniejsza, najbardziej dominująca cecha naszego życia publicznego, bez chwili wahania wybrałbym obłudę. Zwłaszcza politykę zdominowali hipokryci wszelkiej rangi i maści.

Ze wzruszeniem obserwowałem przyjmowanie w Sejmie przez aklamację rezolucji czczącej pamięć księdza Jerzego Popiełuszki. Po prostu łzy cisnęły się do oczu, gdy marszałek Józef Oleksy, były PRL-owski minister do spraw związków zawodowych, czytał z sejmowej trybuny projekt przygotowany przez gdańską „Solidarność”. Szkoda tylko, że nie bardzo wiadomo, czy ten akt podniosły traktować jako zwycięstwo „Solidarności”, czy jako sukces Oleksego.

Odebrali mu życie – czytał były sekretarz wojewódzki PZPR w Białej Podlaskiej – funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa komunistycznego państwa, otumanieni propagandą kłamstwa i nienawiści. Składamy Mu cześć za Jego życie, które złożył w ofierze, abyśmy mogli żyć godnie – kontynuował były pracownik aparatu w Komitecie Centralnym PZPR.

Jakoś tak, opanowując wzruszenie, wspomniałem Norwida:

Coś ty Atenom zrobił, Sokratesie,

Że ci ze złota statuę lud niesie,

Otruwszy pierwej?

Marszałkowie Sejmu nie czytają Norwida. Sekretarze partii komunistycznej, po odejściu Zenona Kliszki, też nie. Jako Polska mamy historię, szarpaną jak postaw czerwonego sukna, ale jako jednostki jesteśmy historii pozbawieni. Zaczynamy za każdym razem od nowa. Tak długo, aż się utrwali przekonanie, że Oleksy był ministrantem u Popiełuszki.

Mógł tę rezolucję czytać któryś z wicemarszałków o mniej meandrycznym życiorysie. Ale my za Witkacym, Gombrowiczem i Mrożkiem lubimy widać groteski. Rezolucję o unieważnieniu zrzeczenia się reparacji wojennych od Niemiec powinien odczytać poseł Kroll z mniejszości niemieckiej.