Komisja śledcza nie może wezwać na przesłuchanie doktora Jana Kulczyka, ponieważ nie udało się jej ustalić adresu, pod który mogłaby wysłać wezwanie. Trudno podpowiadać komisji właściwe postępowanie, ale można było spróbować posłać formularz po prostu na adres: Jan Kulczyk, Poznań. Gdyby wrócił z adnotacją „adresat nieznany”, mielibyśmy przynajmniej okazję do żartów. Śmiechu byłoby co niemiara.

Dobrym pomysłem byłoby także zaadresowanie wezwania na Pałac Prezydencki. Według bardzo wiarygodnych świadectw doktor Kulczyk jest tam częstym gościem, więc wpadłszy na kawę z koniakiem, mógłby przy okazji odebrać powiestkę z komisji. Wydaje mi się, że dokładnych informacji o miejscu zameldowania, a nawet zamieszkania Kulczyka udzieliłaby komisji nie tylko Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, ale nawet Agencja Wywiadu. Skoro można było odtajnić na użytek komisji tajne notatki agentów, to chyba nic nie stoi na przeszkodzie odtajnieniu adresu Kulczyka.

Można także zapytać panią Kulczykową, bywającą na licznych przyjęciach, gdzie zjawiają się również posłowie, w tym członkowie komisji, przynajmniej niektórzy, czy nie wie, gdzie aktualnie przebywa jej mąż. W ostateczności, gdyby już wszystko zawiodło, można dać ogłoszenie do gazet. Apel do Jana Kulczyka, żeby się ujawnił. Janie, przyjdź, wszystko wybaczymy.

Gdyby żadna z tych metod nie dala upragnionych rezultatów, nie pozostanie nic innego jak uznać, że doktor Jan Kulczyk nie istnieje, jest bytem wirtualnym, powołanym do skrywania ciemnych machinacji innych, zupełnie realnie istniejących pod wskazanymi adresami osób. I wtedy dopiero śledztwo będzie się mogło rozpocząć na dobre.