Ostatnio wszyscy bardzo się troszczą o kondycję moralną czwartej władzy, czyli mediów. Jako jedyna z wszystkich władz ziemskich, najbardziej się wyemancypowała i uniezależniła od polityki partyjnej i partyjnych polityków. Politykom coraz trudniej przychodzi znaleźć taki wspólny interes z czwartą władzą, aby nakłonić ją do przemilczenia poczynań pozostałych trzech, o których opinia publiczna nie powinna wiedzieć, albo do nagłośnienia szlachetnych dokonań, o których opinia wiedzieć nie chce. Czwarta władza – na szczęście niecała, są jeszcze media spolegliwe i odpowiedzialne – ujawnia to, co chce, i przemilcza, co się jej podoba, zasłaniając się oczywiście konstytucyjną wolnością słowa. Tymczasem, powiadają nieliczne już w zawodzie dziennikarskim jednostki wyposażone w instynkt państwowotwórczy, jeśli trzy władze wspólnie psują państwo, to przynajmniej czwarta powinna w imię odpowiedzialności za Polskę milczeć. Władza, choćby i czwarta, zobowiązuje.

Strasznie się wszyscy oburzyli na lubelskiego szefa SLD i byłego ministra sprawiedliwości Grzegorza Kurczuka, że zagroził „Dziennikowi Wschodniemu” zakazaniem lewicy kupowania i czytania dziennika, a zaprzyjaźnionym lub uzależnionym biznesmenom zamieszczania w nich reklam. A co miał zrobić zetknąwszy się z niesłusznymi, jego zdaniem, i krzywdzącymi artykułami. I to o Partii. Dawne metody dyscyplinowania pismaków zostały niestety zarzucone w zamieszaniu transformacji. Przetrwały tylko w telewizji publicznej, a i tam chcą je likwidować.

Dawniej jednak był porządek. Dawniej wywalono by redaktorów na bruk i nawet by się nigdy nie dowiedzieli, dlaczego. Ale na przyszłość i oni, i ich koledzy sprawowaliby swoją czwartą władzę rozumniej. W zgodzie z interesem publicznym, który jest tożsamy z interesem Kurczuka i SLD.

Quid custodit custodes? Kto strzeże stróży? – zastanawiali się Rzymianie i odpowiadali: nikt. Stróże muszą się strzec sami. U nas na szczęście mamy jeszcze stróżówkę SLD z przyległościami. -