rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2004

To już 8 lat mojego wspólnego życia z Ałganowem. Nie tak wiele. Jest w Polsce grono takich, którzy żyją z nim znacznie dłużej i chyba lepiej. Ale muszę przyznać, że bez Ałganowa trudno się obyć.

Gdyby nie Ałganow, nigdy byśmy się przecież nie dowiedzieli o istnieniu Olina i nie moglibyśmy się zastanawiać, kto nim jest. Bo że nie Oleksy, to już wiemy. Bez Ałganowa dziennikarze „Życia” nie mieliby z kim spędzać wakacji. Gdyby nie Ałganow, niemiecki wydawca prasy lokalnej, Hirtreiter nie miałby okazji złożyć prezydentowi RP zapewnień o swojej całkowitej lojalności. Bez Ałganowa doktor Jan Kulczyk nie miałby po co jeździć nad modry Dunaj do Wiednia. Gdyby nie Ałganow, nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że Wiesław Kaczmarek nie wziął 5 milionów dolarów łapówki. Bez tej wyjątkowej osobowości polski wywiad nie miałby nic do roboty, a Sejm nie mógłby przeprowadzić tajnego posiedzenia. Bez Ałganowa nie byłoby poufnych notatek i nie można by niczego ujawnić. Prezydent Kwaśniewski nie mógłby prosić na konferencji prasowej dziennikarzy, aby go nie obrażali pytaniami, a Roman Giertych ubolewać, że się go obraża odpowiedziami.

Bez Ałganowa wszystko byłoby inaczej, oczywiście gorzej, nie wyłączając stosunków polsko-rosyjskich.

Dziwię się, że przy takiej popularności, jaką zyskał sobie Ałganow, nie powstał jeszcze w Polsce jego fanklub. Jakież tu się otwierają piękne możliwości. Wycieczki „Śladami Ałganowa” z Juraty do Wiednia, wmurowanie tablicy pamiątkowej w warszawskiej Zatoce Czerwonych Świń, muzeum Ałganowa z giełdą pamiątek – puste butelki, rachunki restauracyjne, fotografie z tuzami polskiej polityki i gospodarki, widokówki z Wiednia.

Nie ma u nas w kraju dostatecznej fantazji, żeby zrobić z Ałganowa wydarzenie, czyli happening. Ałganow wiecznie żywy. Najdroższa pamiątka po PRL. Powinny już wisieć na murach plakaty z portretami Ałganowa i hasłami „Ałganow osobiście do Sejmu i Senatu”. „Każda zdzira wybiera Władymira”. „Polityka całkiem nowa – Polska w ręce Ałganowa”.

W związku z restytucją Ałganowa w Polsce wszyscy mają strasznie dużo różnych pytań i biegają po Warszawie w poszukiwaniu odpowiedzi. Ja chciałbym wiedzieć tylko jedno: Ilu mamy jeszcze takich Ałganowów i czy nam na długo wystarczą? Ten nam się już trochę zużył, a bez niego będziemy wszyscy jak dziecię odstawione od piersi matczynej. Ale nie traćmy nadziei. Nadal obowiązuje fundamentalna zasada przyjaźni i dobrego sąsiedztwa: Wolnoć Tomku w naszym domku.

Dziwne owoce przyniosła publikacja odkrytej przez prof. Andrzeja Paczkowskiego notatki Wiesława Górnickiego w sprawie mocodawców zabójstwa księdza Jerzego Popiełuszki. „Polityka” opublikowała moralizatorski artykuł Joanny Cieśli i Agnieszki Rybak „Życie po życiu”. Ich zdaniem nie jesteśmy godni znać prawdy o kulisach tego morderstwa, ponieważ nie żyjemy ani wedle przykładu księdza Jerzego, ani nie stosujemy się do jego nauk. Powinniśmy wstydzić się, że większe zainteresowanie budzi w nas sam mord niż nauki zamordowanego. Zabity ksiądz został – wedle autorek „Polityki” – zdegradowany do roli narzędzia w walce z reżimem, argumentu przeciw PRL, a w najlepszym przypadku proporca związku „Solidarność”.

Żadna to nowość używanie zmarłych do pokazania, jakimi nędznikami okazali się ci, którzy przeżyli. Z księdza Popiełuszki można wykuć moralną broń nie tylko przeciwko „Solidarności” i przeciw całej dawnej opozycji antykomunistycznej, ale przeciw wszystkim Polakom w ogóle. Popiełuszko może być też zgrabnym argumentem przeciw grzebaniu w archiwach i publikowaniu rezultatów. Najpierw się udoskonalcie duchowo, a potem możecie sobie grzebać.

Otóż ja się nie wstydzę tego, że chciałbym znać całą prawdę o śmierci księdza, jak zresztą i o wielu innych, zagadkowych morderstwach politycznych w historii. Niezależnie od tego, czy zbrodnia popełniona została w starożytności, czy w zeszłym miesiącu. Jeszcze w dzieciństwie doznałem ulgi, dowiedziawszy się, kto zamordował Juliusza Cezara, mimo że nie szykowałem się do przekraczania Rubikonu. Do dziś dręczy mnie, co się stało z generałem Zagórskim, chociaż nie obchodzi mnie, jakie miał ideały. Chcę wiedzieć, gdzie się podział i za czyją sprawą. Czekam też na informację, czy Nowotkę na pewno zabili bracia Mołojcowie i co miał z tym wspólnego Gomułka, choć całe to towarzystwo napawa mnie obrzydzeniem.

Taką postawę dyktuje mi zwykła ludzka ciekawość, poczucie sprawiedliwości domagające się, aby każda zbrodnia została wyjaśniona, a także chęć zrozumienia mechanizmów historii. -

Nędznicy umysłowi

Brak komentarzy

Nędza szerzy się zatrważająco na całym świecie. Bliski jest moment, w którym dowiemy się, iż co drugi bankier szwajcarski i co trzeci paryski jubiler żyją poniżej minimum socjalnego.

Taką pewność czerpię z publikowanych co jakiś czas rezultatów badań społecznych. Wynika z nich, że bieda pożera stopniowo wszystkich, nie robiąc wyjątku dla żadnego narodu ani żadnej sytuacji życiowej. Jeśli oczywiście przyłoży się do nich właściwą miarę socjalną.

Przeczytałem właśnie, że więcej niż co czwarty obywatel USA mający pracę żyje w nędzy. Przed skrajnym niedostatkiem nie chroni go ani solidne wykształcenie, ani staż zatrudnienia, ani nawet długi czas pracy.

Ponad 39 milionów wykształconych, harujących Amerykanów to biedacy, którzy powinni dostać jakieś wsparcie. Jeśli Jerzy Urban ponowi ofertę obdarowania tych nędzarzy śpiworami, ja dorzucę po batoniku Mars i puszce coli.

Rząd Belki też powinien coś zrobić dla swego największego sojusznika. Proponuję przekazać amerykańskim nędzarzom nieodpłatnie parę milionów polskich bezrobotnych wraz z wizami.

Nie wiem, jakie przyjęto kryterium nędzy, ale sądząc po tym, że badania przeprowadziły zacne fundacje Forda i Rockefellera, przypuszczam, że do grona nędzarzy zaliczono każdego, kogo nie stać na samochód i benzynę.

Niedawno z hukiem ogłoszono, że co trzecie dziecko w Republice Federalnej Niemiec żyje w nędzy. To jest świetna wiadomość, zwłaszcza dla dzieci w Bangladeszu i połowie innych krajów świata. Powinno się tę informację co prędzej przekazać dzieciom w Czeczenii, żeby mogły zebrać i przesłać wsparcie dla swoich ubogich rówieśników w Bawarii i Hesji, które sam Putin uroczyście zawiezie Schrderowi.

Z biedą, a raczej kryteriami biedy rozmaite uczone gremia wyczyniają groteskowe w obliczu nędzy realnej figle. Coraz więcej ludzi, także w najbogatszych społeczeństwach świata, nabiera poczucia materialnej i niezasłużonej krzywdy. Zawsze służy to jakimś doraźnym, politycznie użytecznym celom, ale w końcu okaże się, że wszyscy żyjemy w nędzy i nawet Kulczyk jest biedny jak mysz kościelna i musi chodzić na zupki do brata Alberta.

Nędzy umysłowej na razie się nie bada, a czas najwyższy. -

Wczoraj premier Marek Belka oświadczył, że zgadza się z Markiem Borowskim, który powiedział w niedzielę, iż w Polsce istnieje niebezpieczeństwo dochodzenia do głosu skrajnej, populistycznej i nacjonalistycznej prawicy. Ta zgodność szefa rządu i przywódcy SdPl na szczęście odsuwa niebezpieczeństwo dojścia do głosu, a nawet do władzy, zacietrzewionej prawicy, być może nawet do końca regularnej kadencji Sejmu. Bo skoro największe niebezpieczeństwo dla Polski, zdaniem rządu i teoretycznie opozycyjnej SdPl, stanowi prawica, to pierwszorzędnym sposobem zapobieżenia mu jest udzielenie wotum zaufania Belce tyle razy, ile tylko się da. Do oporu.

Ogólnie rzecz biorąc, największym niebezpieczeństwem dla Polski i jej młodej, nieokrzepłej demokracji jest nie tylko dochodzenie do głosu, ale samo istnienie jakiejkolwiek prawicy. Lewica przez cały okres PRL była samowystarczalna i nosiła w sobie wszystkie politycznie użyteczne pierwiastki, skrajne, nacjonalistyczne, populistyczne, a nawet ciemnogrodzkie. Centralizm demokratyczny dopuszczał nawet dialog wewnętrzny między szowinistą, internacjonałem, liberałem, betonem i populistą. Generał Jaruzelski w marcu 1968 r. odwiedzał generała Moczara z kwiatami i nie stanowiło to żadnego zagrożenia dla władzy PZPR.

Teraz jest, niestety, inaczej. Prawica wszelkich odcieni dochodzi do głosu, a nawet może dojść do władzy. Jeszcze gorsze jest, że jak już dojdzie do władzy, zacznie rozliczać lewicę energiczniej niż do tej pory, w imię oczywiście zacietrzewienia, ciemnogrództwa, populizmu i skrajnego nacjonalizmu. To straszna perspektywa, od której bieleje włos nawet Józefowi Oleksemu.

A swoją drogą, to ciekawe, kogo konkretnie mieli na myśli panowie Borowski i Belka. Sądząc po rezultatach badania opinii publicznej, z sił, których nie można określić jako lewicowe, do głosu najbardziej dochodzą Platforma Obywatelska, PiS i LPR. Czyżby rozpasanie demokracji zaszło już w Polsce tak daleko, że Tusk z Rokitą zostali eksponentami ciemnogrodu? Czy PiS jest skrajnie prawicowy, a bracia Kaczyńscy to zacietrzewieni populiści? Czy Roman Giertych, sprzeciwiający się prywatyzacji zwolennik etatyzacji gospodarki, to aby na pewno w ogóle prawica?

Diabli wiedzą. Nawet mnie, wykąpanemu w siedmiu wodach różnych zachodnich demokracji, coraz trudniej połapać się w meandrach tej naszej, polskiej, mimo że wspiera się ona na wypróbowanych barkach Belki i Borowskiego -

Łaska pańska

Brak komentarzy

Bardzo lubię wspierać biednych. Nigdy się przed tym nie uchylam. Kiedy jeszcze mieszkałem w Bonn, miałem tam ulubionego żebraka siedzącego ze stałym napisem pod domem towarowym Kaufhof „Ich habe Hunger und Durst”. Jestem głodny i mam pragnienie. Szczerość tego biedaka nagradzałem szczególnie hojnie. Teraz nigdy nie odmawiam pieniędzy samorzutnym parkingowym.

Ale oni pracują, wyszukując luki, pomagając wyjechać i włączyć się w ruch. Zwykłym żebrakom też na ogół daję. Natomiast staram się omijać szerokim łukiem warszawski Dworzec Centralny, bo tam zatrzęsienie takich, którym zabrakło 2 złote do biletu, jest porażające. Ciekawe, że wszystkim zawsze brakuje dokładnie dwóch złotych, a nigdy trzech albo złotówki. Kiedyś, przy okazji podróży do Krakowa, obliczyłem, że gdybym dał 2 złote każdemu, kto o to prosił, czekanie na pociąg kosztowałoby mnie więcej niż bilet. I to pierwszej klasy.

Kiedy ktoś mówi, że mu zabrakło, nie daję, ale generalnie staram się być szczodry. Ubytek tak rozdawanych pieniędzy jest nieproporcjonalny do stopnia poprawy mojego samopoczucia. Wiem, że większość obdarowanych uważa mnie za frajera, ale ja sam rosnę we własnych oczach. Dobry pan. Łaskawy. Szlachetny. Wiem, że datkami nie rozwiążę żadnych problemów społecznych i gospodarczych. Ale też nie jestem politykiem. Gdybym nim był, to zamiast rozdawać pieniądze na ulicy, stworzyłbym program służący wszystkim obywatelom, biednym i zamożnym także, poprawiał warunki gospodarowania, mając nadzieję, że w perspektywie biednych ubędzie, a zamożnych przybędzie.

Krzysztof Janik jest natomiast politykiem, a ogłosił, że ma zamiar zrobić to samo co ja w przejściu podziemnym. Rozdać jednorazowo 1,3 miliarda złotych rencistom i emerytom. To bardzo piękne zamierzenie, z tym że ja rozdaję swoje własne pieniądze, a SLD będzie rozdawać cudze. Konkretnie, nasze. W związku z bliskością terminów rozdawania i prawdopodobnych wyborów rodzi się podejrzenie, że za te nasze pieniądze partia zamierza sobie kupić głosy wyborców. Ciekawe, na ile skalkulowany jest jeden głos emeryta i czy ta skrajnie cynicznie pomyślana akcja nie byłaby najbardziej skuteczna, gdyby posłowie SLD chodzili po domach i osobiście rozdawali gotówkę. A najlepiej takie rozdawnictwo uprawiać w punktach wyborczych. Tylko niech SLD rozdaje swoje. -

Rzymskie cnoty

Brak komentarzy

Ze wszystkich rzymskich bohaterów najbardziej podoba mi się Lucjusz Cyncynat odrywający się od orki, aby objąć dyktaturę, czyli dowództwo armii i pełnię władzy cywilnej. Cyncynat objął dowództwo, zwyciężył i już po 16 dniach złożył urząd dyktatora. Wrócił do orki, więc znów się przebrał.

Cnoty rzymskie przyszły mi do głowy w związku z dyskusją o immunitecie poselskim. Już starożytni Rzymianie mieli w tej sprawie regulacje znacznie rozsądniejsze niż dzisiejsi Polacy. Senator miał nietykalność, ale tylko na czas wygłaszania przemówienia. Gdy skończył, można go było za występki wtrącić do lochu, wygnać z kraju albo nawet rzucić lwom. Immunitet chronił funkcje, nie człowieka. Immunitet na cały czas pełnienia urzędu mieli trybuni ludowi, co było logiczne, reprezentowali bowiem interesy plebsu przeciwko rządzącej oligarchii i jej organom władzy. Chroniono ich przed państwową przemocą, ponieważ stali poza jej aparatem. Najsłynniejszych trybunów ludu, braci Tyberiusza i Gajusza Grakchów, zamordowano. Jeden padł ofiarą bojówek, drugi rozruchów. Ale władza państwowa nie naruszyła ich immunitetu.

Nasi parlamentarzyści są jednak elementem systemu władzy, nie ma więc powodu, aby przysługiwał im immunitet inny niż rzymskim senatorom. Na czas wygłaszania przemówienia. Może jeszcze w sali plenarnej. W bufecie sejmowym powinien już wygasać.

Mówi się też o konieczności niedopuszczania do posłowania przestępców i ludzi niegodnych. No to trzeba przywrócić cenzurę. W rzymskim znaczeniu. Cenzor Senatu zajmował się usuwaniem z tego zgromadzenia ludzi zhańbionych i niedopuszczaniem do godności senatorskiej łajdaków.

Rzymianie mieli ładnie poukładane wszystko to, z czym my się borykamy ponad 2 tysiące lat poźniej. Ale trzeba przyznać, że senatorowie rzymscy mieli łatwiej. Nie mogli po pijanemu nikogo przejechać rydwanem. W Rzymie od świtu do nocy nie wolno było poruszać się pojazdom.

Koleżeństwo zaczęło się sypać. Wzajemnie. Jest to bardzo dobra wiadomość i jeszcze lepsza tendencja. Zaczynamy wreszcie poznawać ukryte mechanizmy, jakimi rządziła się III Rzeczpospolita, oraz charaktery tych, którzy nią ciągle jeszcze rządzą. Marne podczas łamania i naginania prawa, nie lepsze w śledztwie. Stadna buta, skąpana w poczuciu bezpieczeństwa, rozpływa się w pospiesznym szukaniu kogoś, na kogo zwalić można winę w sytuacji indywidualnego zagrożenia. Nasze państwo jest w tej chwili zbudowane na kruchej lojalności współuczestnictwa, a nie na odwadze cywilnej i odpowiedzialności za siebie. To zły fundament, dlatego budowla też nie lepsza.

Nie wiem, czy kiedykolwiek poznamy całą prawdę o najbardziej bulwersujących dziś opinię publiczną aferach – Rywina, Orlenu, Starachowic – bo na końcu może się jednak okazać, że winowajcą jest syn Macieja. Ale to nie jest już takie ważne. Najważniejsze, żeby we wszystkich, którym powierzono choćby najmniejszą cząstkę władzy państwowej, utrwaliło się przekonanie, że ani stanowisko, ani przynależność partyjna, ani koneksje nie chronią przed odpowiedzialnością za własne czyny i za przyzwalanie na nieprawość innych. Za tuszowanie, mataczenie, fałszywe zeznania, polityczne uprzejmości.

Zaufania publicznego do siebie, swojej instytucji i całego państwa nie zdobywa się, wołając: ” Łapaj złodzieja!”, lecz nie kradnąc.

Mam wrażenie, że znaleźliśmy się w momencie przełomowym. Polska jaka jest, zaczęła się na oczach publiczności telewizyjnej i czytelników gazet pokazywać kawałek po kawałku, rozpinać jak suwak, odsłaniając smutną, ale przecież prawdę. Daj Bóg, aby tego procesu nikomu nie udało się już powstrzymać. Żeby suwak nie został znów zapięty pod szyję zmową milczenia.

Do czego doprowadzi pięćdziesięcioprocentowy podatek

Nikt jeszcze nie robił w Polsce takich badań, ale przypuszczam, że gdyby przeprowadzono ankietę pytając Polaków, czemu służą podatki, większość odparłaby, że wyrównywaniu dochodów, różnic społecznych i generalnie zaprowadzaniu sprawiedliwości, oczywiście społecznej.

Państwo, tak zdają się wierzyć Polacy, jest, a na pewno powinno być, egzekutorem naszej narodowej cnoty, bezinteresownej zawiści. Powinno dbać, aby nikomu nie powodziło się lepiej niż innym, także wtedy, gdy zamożność jest rezultatem wiedzy, zdolności, energii i wysiłku, a ubóstwo wynikiem niedouczenia, lenistwa i zaniechania. Zwłaszcza wtedy.

Szufladka przeciętnego Polaka

Nasi polityczni demagodzy różnej rangi i poziomu, a także rozmaitej orientacji politycznej – od populistów klasy Leppera, przez socjalistów ze stajni Borowskiego i Janika aż po narodową prawicę Giertycha – doskonale wyczuwają społeczne nastroje i rozpoznają tę szufladkę w głowie przeciętnego Polaka, w której spoczywają głosy na następne wybory. Propozycję podniesienia podatków dla najlepiej zarabiających do 50 proc., tak jak zakłada obecny projekt Samoobrony, z całą powagą i przy poparciu większości Sejmu odesłany do komisji, jest tym łatwiej wysuwać i forsować, że wszelki sprzeciw jest politycznie niepoprawny i ma posmak niemoralności. Nieproporcjonalne podnoszenie podatków dochodowych dla części obywateli jest uważane powszechnie za sprawiedliwe i nienaruszające zasady równości, podczas gdy propozycja zrównania obciążeń przez podatek liniowy traktowana jest jako niemoralna, wręcz rabunek dokonany na najuboższych. A jednocześnie poziom podatku konsumpcyjnego VAT, tego właśnie, który w znacznie większym stopniu dotyka ubogich niż zamożnych, nie budzi żadnych protestów naszych – i nie tylko naszych – politycznych Harnasiów.

Drugim absurdem, jaki wiąże się z pracami podjętymi przez Sejm nad projektem Samoobrony, jest fakt, że, niemal równolegle, głosami tych samych posłów próbowano zablokować projekty prywatyzacyjne rządu. W państwach o wolnościowym porządku gospodarczym, a takim, przynajmniej konstytucyjnie, jest Polska, warunkiem prawomocności systemu podatkowego jest rezygnacja państwa z własnej działalności gospodarczej i ograniczenie się do udziału – poprzez podatki – w korzyściach, jakie z tej działalności ciągną obywatele. Tymczasem nasi posłowie kształtują państwo na obraz i podobieństwo telewizji publicznej, która pobiera abonament i jednocześnie ciągnie dochody z reklam. Telewizja robi to w imię misji, rządzący Polską w imię równie górnolotnie brzmiących haseł: interesu publicznego czy sprawiedliwości społecznej.

Pół biedy jeszcze, gdy gospodarcze przedsięwzięcia państwa, jak banki czy Orlen, przynoszą dochód. Ale większość instytucji gospodarczych pozostających wyłącznie lub w lwiej części własnością państwa, jest deficytowych. Opodatkowanie obywateli na rzecz przynoszącej straty działalności gospodarczej państwa bądź również deficytowych przedsięwzięć związanych z aparatem państwowym unią personalną nie jest niczym innym, jak tylko rabunkiem. Oczyszczenie tego podtrzymywanego z podatków zachwaszczonego pola bardziej pomogłoby biednym niż podniesienie najzamożniejszym świadczeń podatkowych do wysokości połowy dochodu.

Oszustwa, kradzieże, napady

Podnoszenie podatków, oprócz ideologii egalitaryzmu społecznego, jest też zawsze uzasadniane potrzebami finansowymi państwa. Państwo, przynajmniej w oczach większości polityków, nie ma obowiązku układać swego budżetu jak wszystkie inne zbiorowości, od rodziny poczynając. Czyli najpierw szacować dochody, a potem planować wydatki. Nasz suweren zbiorowy, czyli Sejm, w swej większości uważa, że ma prawo postępować odwrotnie. Planować najpierw wydatki, a potem dostosowywać do tego wpływy, czyli przede wszystkim poziom obciążeń podatkowych. Jest to, nawet jeśli ma miejsce na najwyższych szczeblach państwa, myślenie kryminalne. Gdyby finansowe potrzeby usprawiedliwiały zawłaszczanie cudzego majątku, także obywatele mogliby oszczędzić sobie wysiłku pokrywania swoich potrzeb finansowych przez pracę najemną i zaopatrywać się w pieniądze za pomocą oszustw, kradzieży i napadów.

Scholastyka, przypomnijmy, rozumiała podatki jako pomoc w szczególnych okolicznościach, przeznaczoną na pokrycie nadzwyczajnych wydatków. Uzbrojenie armii, wykup jeńców, posag dla córki władcy. Podatek współczesny jest, albo powinien być, częścią umowy społecznej, świadczeniem w zamian za gwarantowane przez państwo przywileje, w szczególności ochronę i bezpieczeństwo jednostki. Jego wysokość powinna zależeć od jakości gwarantowanych obywatelowi przywilejów. Tymczasem na nic tak powszechnie się nie narzeka, jak na jakość usług, świadczonych przez państwo w zamian za podatki. Większość usług, świadczonych przez państwo za podatki, byłaby i tańsza, i lepszej jakości, gdyby była przez obywateli kupowana na wolnym rynku. Podatki są najdroższą i najmniej skuteczną formą korzystania z usług publicznych. Na dowód mamy setki firm ochroniarskich, zastępujących policję, mnożenie się strzeżonych osiedli, budowę płatnych autostrad. Jednocześnie niedomagania państwowych usług nie są w ogóle elementem dyskusji o wysokości podatków. Właściwie dlaczego?

Dlatego, że całą dyskusję podatkową zdominowała jedna tylko, opłacana z podatków, usługa powszechna. Utrzymanie pokoju społecznego przez likwidację różnic w dochodach i poziomie dobrobytu ludności, zdegenerowana już do przeświadczenia o konieczności zrównania dochodów, i bez świadomości, że wysoki poziom redystrybucji dochodów za pośrednictwem podatków hamuje inwestycje i wzrost gospodarczy, pogarszając w efekcie w pierwszym rzędzie los najuboższych.

Wszystko przed nami

Warto by było także, gdyby było z kim, podyskutować nad zależnością pomiędzy wysokością podatków a ograniczeniami konstytucyjnie gwarantowanej wolności jednostki. Zabieranie części dochodu jest ograniczeniem wolności w dysponowaniu tym dochodem. Ekonomiści mają na to teorię public choice, publicznego wyboru, wyjaśniającą jednak tylko samą zasadę umowy społecznej, na mocy której państwo i jego administracja decydują za opodatkowanego obywatela, na co zostanie wydana wywłaszczona przez fiskusa część jego pieniędzy i w jakich proporcjach. Jednak nie ma żadnej teorii, mówiącej, jaką część dochodu państwo może zawłaszczyć sprawiedliwie, a jaka będzie nadmierna.

W tej chwili w Polsce Samoobrona z ugrupowaniami w tej sprawie sojuszniczymi orzekła, że godne i sprawiedliwe jest odebranie niektórym połowy dochodu. To na razie, bo niejedne wybory i niejedna walka polityczna przed nami, a postęp społeczny jest nie tylko stały, ale i nieuchronny.

Pierwszym krajem, w którym wprowadzono progresję podatkową, były Niemcy – w roku 1891 w Prusach podatek dochodowy wynosił 0,67 proc. zarobku dla najmniej zarabiających i 4 proc. dla najbogatszych. Ale to nie potrwało długo, bo wzrost stóp podatkowych, kiedy sama zasada progresji zostanie uznana za sprawiedliwą, jest nieunikniony, ponieważ nie istnieje żaden sposób umożliwiający obiektywne określenie właściwych stawek, ani też nie istnieje żadna górna granica, której nie udałoby się uzasadnić. Doświadczyła tego Szwecja, gdzie najwyższy próg podatkowy sięgał 130 proc. dochodów. Polecam ten światły przykład uwadze pp. Leppera i Giertycha oraz namysłowi socjalistów.

Najpóźniej progresję podatkową w tak zwanym cywilizowanym świecie wprowadziły Anglia (1910) i USA (1913). W Anglii najwyższy podatek wynosił na początek 8,25 proc., w USA 7 proc. Przy zapewnieniach polityków, ekonomistów i wszystkich mądrali, że sytuacja podatkowa nie wymknie się nigdy spod kontroli, w 30 lat później najwyższa stopa podatkowa w Anglii wynosiła 97,5 proc., a w Ameryce 91 proc. No więc wszystko jeszcze przed nami. A w każdym razie wiele.

Klimat dla populizmu

A co będą mieli z tego najbiedniejsi, których się tak nosi na rękach i na sztandarach? Amerykański Komitet Podatkowy Narodowego Stowarzyszenia Fabrykantów Przeciw Dyskryminacji Podatkowej wyliczył, że podatek dochodowy od osób najlepiej zarabiających stanowił w okresie najwyższej stopy dla bogaczy 8,5 proc. wpływów federalnych. Resztę płacili biedniejsi.

Na dodatek laureat nagrody Nobla w ekonomii Friedrich von Hayek wyliczył, że przy progresywnym opodatkowaniu zysk z wpływów podatkowych jest mniejszy niż spowodowany przez progresję spadek dochodów realnych ludności.

Są to wszystko dość ważne sprawy, ale trudno o nich mówić na nieustającym wiecu, w jaki zamienił się łaskawie nam panujący Sejm wszystkich Polaków. Na dodatek klimat europejski sprzyja socjalistycznemu populizmowi. Obywatel dzisiejszej Europy, który jest równocześnie niewolnikiem podatkowym i konsumentem podatkowych wpływów, uczestniczy z coraz większą przyjemnością w redystrybucyjnej grze społecznej z państwem. A to jest gra o sumie ujemnej. Na końcu wszyscy tracą, a dług publiczny rośnie.

Świadectwem epoki wydaje się być fakt, że idea podatku liniowego, propagowana pod koniec XIX wieku przez brytyjskie Fabian Society, była najpierw traktowana jako idea socjalistyczna, potem stała się liberalną, a dziś stoczyła się na pozycję konserwatywną. Oczywiście, konserwatywną w cywilizowanym, a nie polskim znaczeniu tego terminu.

Zresztą w Polsce możliwy wydaje się tylko jeden rodzaj podatku liniowego, akceptowanego przez większość: państwo zabiera 100 proc. dochodów wszystkim i wszystkich też bierze na utrzymanie. -

Jaka jest różnica między reklamą a propagandą? Odbiorca reklamy to klient, odbiorca propagandy to obywatel. Reklamuje się rzeczy, które każdy może nabyć dobrowolnie za pieniądze, a kiedy mu się znudzą lub zużyją może je wyrzucić. Propaguje się idee, których nikt nie chce i których już nigdy nie można wyplenić oraz ludzi, obojętnych lub nienawistnych, których nie można się pozbyć, nawet jeśli zostaną skazani prawomocnym wyrokiem sądu.

W sumie różnice są dość oczywiste. To znaczy były do ostatniej soboty, kiedy to „Super Express” wypuścił dodatek reklamowy „polityka”, a w nim ogłoszenia płatne czterech partii politycznych, PiS, UW, SdPl i Samoobrony, okraszone zdjęciami liderów. Można by złośliwie przewidywać, że za tydzień gazeta wypuści dodatek „propaganda”, a w nim cztery artykuły redaktorów „Super Expressu”, zachęcające do picia piwa Warka, Okocim, Żywiec i Tychy. Mediom nie wolno propagować piwa, wolno je jedynie reklamować za pieniądze. Z partiami jest odwrotnie. Media propagują partie i ich programy, nie biorąc za to ani grosza, chociaż szkodliwość społeczna większości naszych ugrupowań politycznych jest większa od szkodliwości piwa, a nawet wódki. Dodatek „Superexpressu” obnaża natomiast, czym naprawdę są partie, ich programy i liderzy. Towarem, i to marnym.

Kto chce być obecny na politycznym rynku, a zwłaszcza kto chce na nim odgrywać dominującą rolę, powinien płacić. Radziłbym jednak, po przeczytaniu tych pierwszych tekstów reklamowych, aby szefowie partii najęli sobie do sporządzania reklam fachowców. To oczywiście podniesie koszty, ale uniknie się wrażenia, że PiS programowo mógłby się połączyć z SdPl, że Unia Wolności jako partia dialogu zreorganizuje w mało na szczęście prawdopodobnym przypadku zwycięstwa wyborczego nie tylko Polskę, ale i Europę w nieustający talk-show, albo że Samoobrona jest rzeczywiście przekonana, że w roku 1989 w Polsce wszyscy żyli w dobrobycie.

Cele gospodarki i cele polityki, realizowane za pomocą reklamy są w gruncie rzeczy podobne. W komercji chodzi o wytworzenie w nas potrzeb, których jeszcze nie mamy. O to, aby stworzyć wrażenie i wmówić nam, że nie możemy się obejść bez komórki czy gumy do żucia. O to samo idzie w polityce, żeby nam się zdawało, że bez Lityńskiego, Kaczyńskiego, Borowskiego i Leppera jesteśmy straceni.

Jak chcą, żebyśmy tak myśleli, to niech płacą. My możemy pójść na piwo, na Warkę, Okocim, Żywiec lub Tychy. Co kto lubi. -

Gdyby w roku 312 przed Chrystusem cenzor Appiusz Klaudiusz Cekus zamiast wziąć się za budowę drogi łączącej Rzym z Kapuą, a dalej Benewentem, Tarentem i Brundyzjum, zaczął wysłuchiwać sądów okolicznych mieszkańców na temat sensu budowy dróg w ogóle, a drogi do Kapui w szczególności, że zamiast przez Kapuę droga powinna iść przez Pescarę, a także poglądów na temat szkodliwości ekologicznej odchodów końskich i ogólnego obniżenia jakości życia na skutek ruchu drogowego, a w końcu urządził referendum, to Via Appia nigdy by nie powstała.

Od czasów Appiusza minęło 2316 lat, a w międzyczasie dokonał się oczywiście postęp, przede wszystkim społeczny. Dlatego miasto stołeczne Warszawa zamiast budować drogi, urządza wiece mieszkańców, zbieranie podpisów pod petycjami i zamierza jeszcze urządzić referendum ludowe w sprawie, czy zbudować autostradę obwodową przez południowe dzielnice Warszawy, czy nie zbudować, a ruch tranzytowy przez miasto puścić wreszcie Nowym Światem, Rynkiem Staromiejskim i przeprawą promową w okolice ogrodu zoologicznego.

Referendum piękna rzecz. Najwyższa forma demokracji bezpośredniej. Każdy wypowiada się i rozstrzyga w każdej sprawie, nawet w takiej, o której nie ma bladego pojęcia. Osobiście jestem zwolennikiem referendów, dziwi mnie tylko, jeśli chodzi o Warszawę, kilka rzeczy. Dlaczego jej mieszkańcy nie domagają się referendum w sprawie pozatykania dziur w już istniejących drogach? Mój dziadek wywichnął sobie wiele lat temu nogę na dziurze, którą pozostawił wybuch pocisku w czasie zamachu majowego 1926 roku na ulicy Mokotowskiej. Sprawdzałem ostatnio, dziura jeszcze jest tam, gdzie była. Widocznie jest pod ochroną konserwatora zabytków. Dalej, dlaczego stołeczni ekologowie zamiast walczyć ze wznoszeniem w stolicy nowych budynków i budowaniem dróg, nie wstąpią na barykady w sprawie budowy oczyszczalni ścieków dla kilkumilionowego miasta? Czyżby dlatego, że od uratowanych ryb i ptactwa wodnego nie można się spodziewać żadnej konkretnej wdzięczności? Nie byłbym taki lekkomyślny, przecież niewykluczone, że porządna oczyszczalnia uratuje jakąś Złotą Rybkę, która sypnie ekologom grosiwem jak niektórzy inwestorzy.

Drogi, k…, budują, a iść nie ma dokąd – powiedział niezapomniany Jan Himilsbach w PRL. Teraz jest dokąd iść, a nawet jechać, więcej, jest czym jechać, tylko dróg nie ma i nie będzie. Zostaną odrzucone na wieki wieków w referendum. Polska ma szanse stać się pierwszym krajem, w którym ruch drogowy ustanie, bo na metr kwadratowy szosy przypadać będą dwa samochody. Wtedy będzie można przeprowadzić referendum, co z tym zrobić. -


  • RSS