rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

Bardzo gorąco kibicowałem posłance SLD Joannie Senyszyn, kiedy startowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zdawałem sobie wprawdzie sprawę, że Europa, oglądając i słuchając Senyszyn, może nabrać zupełnie fałszywych wyobrażeń o urodzie, uroku i rozumie Polek, ale za to w Polsce zrobiłoby się na pewno przestronniej, sympatyczniej i mniej duszno. Po paru dziesiątkach lat komunizmu to się nam wreszcie należy. Niestety, wyborcy zawiedli nadzieje posłanki Senyszyn, moje i Parlamentu Europejskiego.

Posłanka Senyszyn, na wygnaniu w Polsce, podjęła się uzasadnienia konieczności obcięcia wydatków budżetowych na Instytut Pamięci Narodowej o 6 milionów złotych. Argumenty miała dwa – IPN jest instytucją szkodliwą. Nie dodała tylko, że szkodliwą dla SLD. Można więc ten zamach na finanse IPN traktować jako retorsję. Jak IPN SLD, tak SLD IPN. Gdyby IPN zajmował się zbrodniami, w które uwikłani byli liderzy Platformy, PiS albo LPR, posłanka Senyszyn postawiłaby wniosek o zwiększenie budżetu Instytutu o 60 milionów. Albo nawet 600. Drugim argumentem było to, że trzeba wreszcie przestać rozgrzebywać rany przeszłości. I znów zabrakło dalszego ciągu – nie grzebać w ranach, aby mogły spokojnie zarosnąć błoną podłości.

Sejm redukcję budżetu IPN przegłosował, żeby nie zostawiać historii do badania nawet historykom, co zawsze postulowało wielu osobiście zainteresowanych w odłożeniu badań na poźniej. Historia zbyt jest niekorzystna. Ja jednak chciałbym ją poznać do końca. Myślę, że nie jestem wyjątkiem. Jest nas wielu. Z pewnością więcej niż członków SLD, zwolenników UP i aktywistów SdPl razem wziętych. Jeśli mimo to mamy Sejm o odmiennych proporcjach i budżet państwa o innych preferencjach, to i przed następnymi wyborami i kolejną ustawą budżetową nie jesteśmy bezradni. Złóżmy się na wyrównanie ubytków finansowych IPN. Zrzućmy się po parę gorszy na badanie prawdy historycznej, nawet jeśli Senyszyn i parę innych autorytetów moralnych jest przeciw. Jeśli prawie każdy w Polsce ma fundację tego i owego, nie ma chyba przeszkód, aby powołać fundację na rzecz IPN. Fundację przyzwoitości wobec wielu tych, którym nie dane było dożyć wytęsknionej wolności i demokracji. -

Z haseł rewolucji francuskiej wolność jest, braterstwo aż piszczy, tylko równość nie do końca została zrealizowana. Wszystko dlatego, że ludzie nie są jednakowi. Są mali i duzi, grubi i chudzi, różnią się płcią, kolorem oczu, długością nosa, inteligencją, znajomością języków, owłosieniem, wyznaniem, narodowością, kolorem skóry, imieniem, nazwiskiem, a w końcu i osobowością. To oczywiście wyklucza równość szans przy ubieganiu się o pracę. Na stanowisko zgłasza się mała, gruba, niebieskooka, krótkonosa, łysa Mulatka narodowości fińskiej, wyznawczyni buddyzmu z IQ 84, o nazwisku Helmut Papadopoulos, i nie zostaje przyjęta, bo pracodawca szuka wysokiego, szczupłego, czarnookiego blondyna z irokezem i nosem Bergeraca, Indianina narodowości łotewskiej wyznającego rastafarianizm, z IQ 160 i o nazwisku Nadieżda Kowalski. Takie skandaliczne przypadki dyskryminowania osób bywają częste i Republika Francuska, w imię równości, postanowiła położyć im kres.

Nową ustawą o spójności społecznej Francja kładzie kres nierówności. Życiorysy, dołączane do podań o pracę, muszą być pozbawione imienia i nazwiska, wyznania, płci i narodowości kandydata. Nie mogą być pisane ręcznie, żeby po charakterze pisma nikt nie powziął wiedzy o charakterze autora. Oczywiście, żadnych zdjęć, żeby w proces podejmowania decyzji nie zakradł się seksizm i żeby Quasimodo miał takie same szanse zostać Marianną, symbolem Francji, jak Joanna d’Arc.

Jestem pewny, że to nie koniec walki o absolutną równość. Następnym krokiem będą wybory. W końcu wielu wyborców kieruje się przy oddawaniu głosów takimi drugorzędnymi cechami kandydatów na urząd prezydencki, jak płeć, nazwisko, wygląd zewnętrzny, kolor skóry, wyznanie, a nawet poglądy polityczne. W następnych wyborach kandydaci będą występować w kominiarkach i nie będzie się im wolno odzywać. Głosować się będzie na numery, a nie ludzi, aż do czasu, w którym wybory zastąpione zostaną losowaniem, czyli powszechną loterią równości.

Dopiero wtedy nadejdzie prawdziwe Oświecenie, era równości i szczęśliwości powszechnej. Życzę tego Francuzom z całego serca, ale anonimowo, bo nie chcę, aby te osobiste życzenia przyczyniły się do faworyzowania mnie przez Francję przy przyznawaniu Legii Honorowych dzikusom. -

Wczorajszy tytuł z pierwszej strony „Rzeczpospolitej”: „Świat nie uznaje sfałszowanych wyborów”, jest nadmiernie skrótowy. Wymaga uzupełnienia. Świat nie uznaje, ale za wyjątkiem Marka Barańskiego i „Trybuny”. Obie te instancje moralne uznają, jak się wydaje, tylko wybory sfałszowane, bo tylko w takich wygrać mogą ich faworyci. „Trybuna” pisze, że nie ma żadnych dowodów na sfałszowanie wyborów na Ukrainie. Nie przekonują jej ani ponadstuprocentowa frekwencja, ani czysto arytmetyczna rozbieżność rejonowych sprawozdań z centralnym, ani wreszcie świadectwa międzynarodowych, zwłaszcza polskich obserwatorów. Ci ostatni są niewiarygodni, bo należą do prawicy i pojechali, zdaniem „Trybuny”, na Ukrainę nie po to, aby nadzorować uczciwość wyborów, tylko żeby się pokazać w telewizji. Ciekawe, kto powinien pojechać, żeby wzbudzić zaufanie „Trybuny”, bo przecież nawet nie Borowski. Tylko Jaruzelski z Kiszczakiem mogliby zadowolić tę gazetę czasu przeszłego.

Marek Barański w swoim komentarzu nazywa demonstrantów z Kijowa, którzy nie chcą już dłużej znosić cierpliwie oszustw władzy – cwanym żywiołem. Towarzyszu Barański, czyżbyście już zapomnieli o warchołach i wichrzycielach? W Polsce te nośne hasła polityczne są, niestety, nie do użytku, ale w stosunku do Ukrainy jak najbardziej na miejscu. Taka jest różnica między krajem, w którym ukazuje się „Trybuna”, a jego sąsiadem, którego „Trybuna” chce bronić przed powtórką z nieszczęsnego losu Polski.

Barański uważa, że problem Ukrainy powinien zostać rozwiązany nie tyle na fundamencie prawdy, ile na fundamencie prawa. Chodzi oczywiście o prawo silniejszego, a nie o przestrzeganie prawa wyborczego i zwykłej przyzwoitości. Prawda natomiast, jak zwykle w „Trybunie”, może podlegać dialektyce. Oczywiście marksistowskiej. Tak, piękne to były czasy. Może „Trybuna” z Barańskim przeniosłaby się nie tyle na Ukrainę, ile na Białoruś?

Barański pisze, że z czysto polskiego strachu nie może wzbudzić w sobie zaufania do Juszczenki, bo nie wie, jakie polityczne długi zaciągnął u ukraińskich nacjonalistów. Ostatni prawdziwy Polak, który boi się, że rządzeni demokratycznie Ukraińcy, uwolnieni spod kontroli Moskwy, zorientowani na Zachód, przyślą rezunów z UPA, zabiorą nam Przemyśl i wystrzygą nas w osełedec. W chwili, kiedy setki tysięcy Ukraińców skandują „Polsza, Polsza”, Barański chce, żebyśmy się ich bali. My się już nie boimy, nawet Barańskiego, a co dopiero mówić o Ukraińcach.

6 września roku 394 nad rzeką Frigidus, na szlaku między Akwileją i Emoną, doszło do ostatniej w dziejach cesarstwa rzymskiego bitwy między chrześcijaństwem i pogaństwem. Wojska pogańskiego uzurpatora Flawiusza Honoriusza starły się z chrześcijańskimi zastępami cesarza Teodozjusza. O przebiegu bitwy zadecydował wiatr, a właściwie jego kierunek. Wicher, zwany bora, coś jak nasz halny, spychał strzały i włócznie pogan, natomiast dodawał siły pociskom chrześcijańskim. Teodozjusz zwyciężył, triumfowało chrześcijaństwo, dzieje Europy zmieniły bieg na zawsze.

Można by przytoczyć wiele innych przypadków wpływu pogody na historię, wojnę i politykę. Co by było na przykład, gdyby Jaruzelski zamiast w połowie grudnia wprowadził stan wojenny w czerwcu, miesiącu ciepłych nocy i pogodnych dni? Czy pacyfikacja opozycji poszłaby równie łatwo bez mrozu, śniegu i koksowników? Kiedy dziś ogląda się wielusettysięczne demonstracje w Kijowie, to stopień determinacji ich uczestników, poziom marzeń o demokracji i przyzwoitości w sprawach publicznych można ocenić tylko biorąc pod uwagę trzaskający mróz i śnieg, w którym się to wszystko odbywa. Ukraińcy marzną na kijowskim Kreszczatiku całe noce, bardzo cierpliwie, z podziwu godną dyscypliną. Marzną, bo nie chcą być okłamywani. Cywilizacja prawdy i politycznej uczciwości dotarła na Ukrainę. Ale czy ma szansę z mrozem? Przewlekanie ogłoszenia wyników to nic innego jak walka na froncie atmosferycznym. Próba przeczekania, aż wszyscy zziębną i rozejdą się do domów na herbatę. Generał Mróz, który pokonał kiedyś hitlerowskich feldmarszałków, jest teraz na służbie u Kuczmy i jego marionetkowego następcy.

Jeśli jest jakaś boska sprawiedliwość na świecie, jak to twierdzili chrześcijańscy wojowie Teodozjusza po zwycięskiej bitwie nad rzeką Frigidus, powinna teraz przyjść na Ukrainę odwilż, potężna fala ciepła, a po niej rzęsiste deszcze, aby spłukać błoto spod nóg Ukraińców. -

Przychodzi, nic nie mówi i dowiaduje się, że chyba już nie jest oszustem, który chciał z niskich pobudek wyłudzić od spółki Agora 17,5 miliona dolarów i dobre słowo o Millerze w zamian za ustawę medialną. Nie jest też, przynajmniej na razie, winnym płatnej protekcji. Będzie natomiast pomocnikiem płatnego protektora, tylko nie wiadomo kogo, bo prokuraturze nie udało się tego ustalić, a wnioski komisji śledczej marszałka Nałęcza nie zostały zaakceptowane przez SLD. A co nie jest akceptowane przez przodujący oddział i awangardę narodu, po prostu nie istnieje. A już na pewno nie może wiązać organów ścigania i sadzania za kratki.

Sugerowałbym prokuraturze i sądowi uznanie Rywina za pomocnika Grupy Trzymającej Władzę, jednak bez personaliów. Po prostu, tak ogólnie, walnąć Rywinowi karę za pomocnictwo jakiejś Grupie. Ewentualne postępowanie przeciw GTW można będzie umorzyć z uzasadnieniem, że nie udało się ustalić jej składu. Jeśli do tej pory nie wiadomo, kto jest Pierwszym, jeśli nie można zidentyfikować jednostki, to co dopiero mówić o grupie! Każdy zrozumie, jakie to trudne, a zwłaszcza Rywin, któremu też się to nie udało.

Słowem, mieliśmy w sprawie Rywina śledztwo prokuratorskie, sejmową komisję śledczą, głosowanie nad różnymi wersjami raportu, proces sądowy, teraz mamy proces apelacyjny, a oficjalnie wiemy o całej aferze dokładnie to samo, co wiedzieliśmy – przynajmniej niektórzy – już 22 lipca 2002 roku. Czyli niewiele. Nieoficjalnie wiemy oczywiście znacznie więcej, ale też to samo, co dwa i pół roku temu. I czy warto było przez to wszystko przechodzić, procedować, fatygować wielu ludzi (i bez tego bardzo zajętych), awanturować się i handryczyć, a jeszcze wydawać na to wszystko publiczny grosz, zamiast go rozdać wdowom i sierotom?

Raczej nie. Teraz mamy kolejną komisję śledczą do sprawy Orlenu, która próbuje ustalić Grupę Trzymającą Władzę, Gospodarkę i Pieniądze. A na końcu całego bałaganu i powszechnego gębobicia sąd dołoży jeszcze pół roku Rywinowi za wysłanie Kulczyka do Ałganowa. Plus grzywnę za podawanie się za Pierwszego. -

Jakoś tak dziwnie polski krajobraz, jak go nazwać, polityczny, społeczny, towarzyski, gospodarczy, kryminalny, ale w każdym razie bardzo polski, wydaje mi się niespójny. Niejednolity. Jak dwa nałożone na siebie zdjęcia. Rodzina za stołem na imieninach i prosektorium w trakcie sekcji. Z jednej strony mamy sitwę, sztamę, amikoszonerię i popieranie się aż po grób (polityczny), a z drugiej – walkę na noże i przegryzanie gardeł. Każdy przeciw każdemu i Bóg przeciw wszystkim. Teraz, w związku z aferą Orlenu i działalnością komisji śledczej, wszystko to stało się jeszcze bardziej konwulsyjne. Skrajne przejawy namiętnej lojalności mieszają się z ochoczym kapowaniem albo udawaniem idioty ponad normalną polską miarę.

Ja jestem do takich przejawów życia politycznego i gospodarczego nieprzystosowany. Czuję, że ogarnia mnie coraz głębsza frustracja. A jednocześnie nie mogę z siebie wykrzesać tyle słodkiej dobroci serca, żeby uznać, iż żadnych afer, przekrętów, powiązań i poplątań ujawniać ani drążyć nie należy, a komisje śledczą trzeba rozwiązać, bo to tylko szkodzi na trawienie i psuje cerę.

Oczywiście, byłoby bardzo miło uwierzyć, że wszystko to, co pisze się i mówi o Orlenie, to są tylko pomówienia prawicy, która, jak wyraził się jeden z baronów SLD, chce upiec swoją polityczną pieczeń. Doświadczenie życiowe mnie jednak uczy, że jeśli ktokolwiek mówi o politycznej pieczeni, o wodzie na młyn, a jeszcze brudnej, to sprawa jest poważna.

Frustruje mnie to, że biznes polski poprzerastany jest polityką jak boczek słoniną. To już symbioza, a właściwie wzajemne pasożytnictwo. Biznesmeni żywią się uprzejmością polityków, a politycy napychają pieniędzmi biznesmenów. Aż dziwne, że biznesmeni, którzy w końcu są najbardziej prężną grupą społeczną, znacznie energiczniejszą od polityków, nie doszli jeszcze do wniosku, że po cholerę im pośrednicy polityczni, po co utrzymywać bandę darmozjadów, kupować ich przychylność, ustawy i rozporządzenia o prywatyzacji. Przecież znacznie prościej byłoby samemu wziąć się za politykę. Gdyby Kulczyk sam był premierem, nie byłoby całego tego zamieszania. -

Podobno kultura jest tak naprawdę jedna, ogólnoświatowa i powszechna, podobnie jak cywilizacja. Są jednak ograniczenia. We Francji toczy się spór o to, czy film w reżyserii Jean-Pierre’a Jeuneta „Bardzo długie narzeczeństwo” jest francuski. A w każdym razie wystarczająco francuski, by zasłużyć na państwowe subwencje, którymi V Republika próbuje podtrzymać upadającą kinematografię.

Reżyser jest Francuzem, scenariusz jest francuski, rzecz dzieje się we Francji i zdjęcia też były robione we Francji. Dialogi są po francusku, wszyscy aktorzy są Francuzami z wyjątkiem Jody Foster, która gra rolę drugoplanową, ale również po francusku, bo jest absolwentką Lyce Francais w Los Angeles. Cała ekipa produkcyjna (2 tysiące osób) składała się z Francuzów. A mimo to, na skutek protestów francuskich firm produkcyjnych, w tym Path i Gaumont, został uznany za niefrancuski i subwencji nie otrzymał. I to tylko dlatego, że większość budżetu filmu pokryła firma wprawdzie też francuska, ale zależna od amerykańskiego giganta Warner Bros. Został więc uznany za całkowicie amerykański i wobec anglosaskiej ofensywy na galijską kulturę filmową niezasługujący na państwowe wsparcie.

Jednocześnie władze francuskiej kinematografii przyznały subwencję na nowy film Olivera Stone’a „Aleksander”, chociaż nie był kręcony we Francji, grają w nim aktorzy amerykańscy, i oczywiście wszyscy, łącznie z Aleksandrem Wielkim, mówią po angielsku. Podobno Stone dotacje dostał, bo jego matka jest Francuzką, ale pewnie chodziło o to, że amerykański reżyser jest prawie tak samo poprawny politycznie jak Moore.

Teraz w odwecie Amerykanie chcą zgłosić „Un Long Dimanche de Fiancailles” do Oskara, mimo że nie jest to w żadnym razie film amerykański ani anglojęzyczny. Sztuka jest, proszę państwa, apolityczna, neutralna i zbliża narody. Chyba że, oczywiście, chodzi o sztukę francuską i o pieniądze. -

Stefan Bratkowski za chwilę kończy 70 lat. Za chwilę odbędą się jakieś rocznicowe obchody i uroczystości, będą okolicznościowe przemówienia i laurki. Wyrazy szacunku dla czcigodnego jubilata. Co za nonsens. Mam takie przekonanie, taką pewność nawet, że wśród przedstawicieli dziennikarskich pokoleń, które będą składać życzenia Bratkowskiemu, on będzie najmłodszy. To jest tajemnica Stefana, stanowiąca o jego absolutnej wyjątkowości: wieczna młodość, wieczny optymizm i wieczne przekonanie, że coś można i trzeba zrobić, aby tę Polskę, o którą się wszyscy troszczymy, naprawić. Nie od góry, dekretem, rewolucją, przemocą, nakazem, tylko od dołu, pracą, zaangażowaniem i sercem. Ostatni pozytywista, z uporem i bez zniechęcenia propagujący kilka najprostszych spraw, które nie podlegają politycznym koniunkturom: dobrą pracę, troskę o interes publiczny, zdrowy rozsądek.

Czasy mamy takie – ale czy kiedyś w tej naszej Polsce były inne – że kiedy zejdziemy się w kilka osób, albo i we dwójkę, z kimkolwiek i zaczyna się rozmowa o aktualnej sytuacji, panuje powszechna zgoda. Jest strasznie. Trudno wytrzymać. Nie wiadomo, co robić. Zgroza.

Entuzjazm i optymizm

Tylko rozmowa ze Stefanem jest inna. Zawsze schludny, pogodny, uśmiechnięty mówi, że trzeba zrobić to i tamto, nie oglądając się na rząd i Sejm, że gdzieś na prowincji odkrył ludzi, którzy dokonali czegoś pożytecznego, że ktoś napisał mądry tekst, kto inny dobrą książkę, że on sam ma znakomity projekt i że generalnie trzeba działać, robić, przekonywać. I pisze, działa, robi, przekonuje, bez goryczy, do której miałby prawo, po swoich doświadczeniach życiowych i zawodowych.

Jest po prostu młody, najmłodszy z nas wszystkich. Co wcale nie znaczy, że jest naiwny. Pewnie, pokpiwamy sobie czasami po cichu z niektórych szczególnych upodobań Bratkowskiego. Piszę to, bom sam nie bez winy. Wzdychamy, że znów napisał o kasach Stefczyka, ale to tylko taka poza, bo przecież w głębi ducha wiemy, że społeczeństwa obywatelskiego nie buduje się z gruzu, jaki pozostał po PRL, w ciągu jednej nocy i bez solidnego fundamentu.

Stefan mozolnie i z uporem, w artykułach i książkach, konstruuje swój fundament dla nowej Polski z najlepszych doświadczeń i rodzimych, i obcych. Obywa się przy tym bez nowoczesnych dychotomii – lewica i prawica, postęp i wstecznictwo, sprawiedliwość i oziębłość społeczna – natomiast wraca do rozróżnień podstawowych, o których w wirze politycznych przepychanek krótkoterminowych zapominamy, do pojęć takich, jak: dobro i zło, pożytek i szkoda, przyzwoitość i hańba. Na tle ogólnego hałasu i zamieszania pojęciowego prostota Stefanowego rozumienia świata może się bywalcom spędów towarzysko-politycznych wydawać naiwnym sekciarstwem, bez większego znaczenia. A jednak mam głębokie przekonanie, że racja jest po stronie Bratkowskiego i że dopóki te wszystkie podstawowe miary, które on stosuje, te tradycje, do których się odwołuje, te zwykłe prawdy bez mętnych uwarunkowań, które wyznaje, nie staną się centralnym punktem politycznych dyskursów, nie zbudujemy lepszej Polski.

To, że racje Stefana często giną w hałasie starć epigonów komuny z epigonami endecji, w bełkocie naśladowców modnych nurtów zachodniej bezmyśli politycznej, między aplauzem miłośników Dody Elektrody i wrzaskami zgrozy przeciwników Romana Giertycha, to los dość normalny ludzi, których starania nie są poświęcone ani ideologii, ani autokreacji, tylko przywróceniu rozumowi należnej mu rangi miernika spraw i ludzi.

Jestem od Stefana młodszy o całe pokolenie. W czasie, kiedy on był w „Po prostu”, dzieliła nas przepaść, bo ja chodziłem do podstawówki, a Stefan należał do tej małej grupki drożdży poststalinowskiego fermentu. Potem ten dystans się skracał, taka jest kolej rzeczy, zaprzyjaźniliśmy się w czasie solidarnościowej rewolty, a dziś właśnie doszło do sytuacji, w której wydaje mi się, że czcigodny jubilat jest ode mnie młodszy. Mnie często stać już tylko na zgryźliwość, jego wciąż jeszcze na entuzjazm i optymizm. Nie powiem oczywiście nigdy, młodzieńcze, nie gorączkuj się, wszystko i tak pójdzie źle, i to nie dlatego, że mi nie wypada, ale dlatego, że tej postawy Bratkowskiemu zazdroszczę.

Element konrrewolucyjny

Na marginesie, kiedy się tak zastanawiałem nad Stefana drogą życiową, dokonałem odkrycia, że pozycja zawodowa Bratkowskiego rosła zawsze, kiedy reżim słabł. Kiedy się umacniał, kanalizował Bratkowskiego i odsuwał na boczny tor. Nie na długo, bo Bratkowskiego ani upupić, ani przemilczeć nie można. Młodzi ludzie, którzy nie pamiętają tych czasów, nie są sobie nawet w stanie wyobrazić, co to były w PRL Stefana Bratkowskiego „Uwagi colonelem” publikowane na łamach „Życia Warszawy”. To było jak uchylanie okna i wpuszczanie świeżego powietrza do smrodliwego pomieszczenia. Czynność, która jest dziś tak samo potrzebna jak i wtedy, co jest smutnym rozeznaniem. Ludzie kupowali tę gazetę tylko po to, żeby przeczytać krótki felietonik Bratkowskiego, żeby łyknąć haust normalności i zdrowego rozsądku w oszalałym świecie. Relacje z bazarów, tej oazy wolnego rynku w PRL, to był też pomysł Stefana. Całe „Życie i Nowoczesność” – dodatek do „Życia Warszawy” wymyślony i redagowany przez Bratkowskiego – to nie było nic innego jak tylko czterokolumnowa, cotygodniowa edycja hasła „Gospodarka, głupku”. Tego, które powiesił sobie nad premierowskim biurkiem wiele lat póżniej Leszek Miller. Patrzył na hasło, ale nie czytał wykładni Bratkowskiego. Ani tamtej, ani obecnej. Pewnie dlatego niczego nie zrozumiał. A mógł od razu powiesić sobie hasło „Bratkowski, durniu”, co jest zresztą do zalecenia wszystkim polskim politykom.

W czasach solidarnościowej odnowy Stefan Bratkowski, prezes też odnowionego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, mimo że używano go jako strażaka do wygaszania konfliktów, stoczył się na pozycje elementu kontrrewolucyjnego, zagrażającego ustrojowi i sojuszom. Pamiętam w czasie nadzwyczajnego zjazdu PZPR atak na Bratkowskiego ze strony niezapomnianego Albina Siwaka. Brygadzista Siwak, podpuszczony przez partyjny beton, zagrzmiał z trybuny zjazdowej, że prezes SDP nazwał delegatów na zjazd błotem. Okazało się, że Stefan użył określenia magma, słowa Siwakowi nieznanego. Olszowski czy ktoś taki, wytłumaczył Siwakowi, że magma to błoto. Może sam nie wiedział, w każdym razie taki był poziom walki politycznej w tamtych czasach, zanim nie zaczęto po prostu prać po pyskach.

W stanie wojennym zrobiło się ponuro. Weryfikacje, zakazy wykonywania zawodów, SDP rozwiązane jako pierwszy związek twórczy, komisarz wojenny na Foksal. Przyzwoite dziennikarstwo zeszło do podziemia i schroniło się w kościołach. Nosiliśmy ze Stefanem worki darów w wieży kościoła świętej Anny, u duszpasterza środowisk twórczych księdza Wiesława Niewęgłowskiego. Stefan z Darkiem Fikusem przygotowywali listy dziennikarzy, którzy znaleźli się bez środków do życia. Moja żona Krystyna Grzybowska rozwoziła te paczki po Warszawie. Takie przeżycia bardzo zbliżają.

Dżentelmen w każdym calu

Kiedy, oboje pozbawieni prawa wykonywania zawodu i zachęcani do tego przez władzę, zdecydowaliśmy się na emigrację, żegnało nas wąskie grono najbliższych przyjaciół. Był wśród nich Stefan. Piękny to był bankiet. Zupełnie puste mieszkanie, bez jednego mebla, stało tylko pianino, a na nim talerzyk z chlebem i solą. Wstawił je, razem z talerzykiem, pewien major LWP, któremu przydzielono nasze mieszkanie z hasłem, że mieszkania po wyjeżdżających dostają najbardziej potrzebujący. Była wódka zwyczajna, kiełbasa zwyczajna, chleb zwyczajny. Bez lamp, tylko świece. Stefan, po zawale, chory na serce, nie powinien pić, ale – jak zwykle optymista – napił się solidnie i zaczął grać na tym pianinie patriotyczne melodie. Odkryliśmy, że świetnie gra, jeszcze jeden skrywany talent. W pewnym momencie przyszedł sąsiad z kilkuletnim synem, posadził chłopca naprzeciwko Bratkowskiego i powiedział: „Przypatrz się dobrze temu panu i zapamiętaj go na całe życie”.

Spotkałem tego chłopaka parę lat temu. Jest już dorosły, ale pamięta. Zresztą Stefan nie pozwala o sobie zapomnieć. Wszędzie go pełno, zabiera głos w każdej sprawie, bo wszystko go obchodzi. Bo to jest jego świat, jego Polska, jego naród.

Wylądowaliśmy w Bonn, gdzie w szpitalu umierał po operacji serca Krzysztof Klinger, jeden z najbliższych współpracowników Stefana, sekretarz SDP, zwolniony po wielu staraniach z internowania i wypuszczony na leczenie za granicę. Za późno. Ze Stefanem mieliśmy kontakt przede wszystkim dzięki jego „gazecie mówionej”, nagraniom na kasecie magnetofonowej, jak twierdził Stefan w jednym egzemplarzu, ale mimo to jakoś dziwnie szybko rozchodzącej się nie tylko po Polsce, ale i po świecie. Te kasety to był cały Stefan – w czasie najciemniejszej nocy reżimowej wzywał rodaków, żeby sami robili coś dla siebie. Przekonywał, że można, że nie wolno rezygnować. Taki był zawsze i takim pozostał. Oby jeszcze na długo.

Krystyna mówi, że Stefan także jako mężczyzna jest wyjątkowy. Zawsze powie „świetnie wyglądasz”, zawsze pochwali nową sukienkę, zauważy nową fryzurę. I to z jakąś taką radością, która przekonuje kobiety, że to nie jest czczy komplement. Dżentelmen w każdym calu, bo jego komplementy są bezinteresowne. Także wobec kolegów płci męskiej, których chwali, kiedy napiszą coś dobrego, z absolutną szczerością. Stefan potrafi się entuzjazmować – ludźmi, ideami, sprawami. I potrafi przywracać proporcje między ważnym i nieważnym.

Stefanie, dziękujemy ci, że jesteś, my, którzy mamy szczęście być twoimi przyjaciółmi i całe rzesze wielopokoleniowe twoich czytelników. Reszcie można powiedzieć: – Bratkowski, głupku. -

Nie można ciągle wszystkiego krytykować. Człowiek tylko psuje sobie opinię, a świat od krytyki nie staje się lepszy. Poprawa jest na ogół rezultatem pochwał, bo pochwalony, nawet na wyrost, zaczyna się starać, żeby dorosnąć do pochwały. Rola mediów w aferze Orlenu i jej wyjaśnianiu to czyste krytykanctwo na lewo i prawo. Mam tu swój udział, ale poczułem się znużony jałowym szydzeniem i wstąpił we mnie duch naprawy. Postanowiłem złożyć konstruktywną propozycję rozwiązania problemu komisji śledczej.

Zamiast, żeby posłowie Różański i Celiński domagali się wyrzucenia posłów Giertycha, Wassermanna oraz Macierewicza i na odwrót, wszyscy członkowie komisji powinni się jednocześnie powykluczać nawzajem. Przeprowadzić jedno głosowanie i każdy, kto dostał choć jeden głos za usunięciem, wylatuje. Naturalnie nikt w komisji by nie został, nawet poseł Witaszek, choć się prawie nie odzywa. Opcja zerowa umożliwiłaby powołanie nowej komisji. Ale proponuję komisję sejmową zastąpić ogólnonarodową. Na podobnych zasadach, jakie obowiązują przy ustalaniu składu Krajowej Komisji Radiofonii i Telewizji. Przedstawiciele prezydenta, Sejmu, Senatu, a także innych zainteresowanych. Kulczyka, Ałganowa, Kaczmarka, Millera, Modrzejewskiego, prokuratury, służb specjalnych i Żagla z Kuną. Ostatnio wygląda na to, że należałoby też pomyśleć o dokooptowaniu reprezentantów posła Giertycha i paulinów z Jasnej Góry. Przewodnictwo można powierzyć prymasowi, żeby obrady zaczynały się choć antyfoną do Ducha Świętego: zstąp, Duchu Święty i oświeć nasze serca i umysły.

Dopiero taka komisji to byłyby igrzyska. Dopiero to byłaby zabawa i stuprocentowa oglądalność, nawet gdyby członkowie komisji musieli zostawiać laski i parasole w szatni. Podobno kampania wyborcza przed wyborami, które nie wiadomo jeszcze, kiedy będą, już się rozpoczęła. Szanowni państwo politycy, upewniam was, że wybory wygra ten, kto obieca Polakom w następnej kadencji chleb i komisję śledczą. Lud chce najpierw zjeść, a potem się zabawić.

Znowu, jak co roku, trzeci czwartek listopada to w wielu miejscach świata, od Tokio po Nowy Jork, czas nowego Objawienia. Jako osobistego wroga tego wynalazku reklamowego i obiektu zdumiewającego snobizmu, jak co roku jestem poirytowany. Beaujolais nouveau albo primeur jest dla mnie napojem, który może służyć, jak ktoś to lubi, do gaszenia pragnienia, ale w niewielkim tylko stopniu winem zasługującym na uwagę.

Położony na północ od Lyonu region Beaujolais jest geograficznie i historycznie częścią Burgundii. Różni się od niej glebą. Winorośle rosną tu nie na wapiennych skałach, ale na glinie i granicie.

Kariera, nie taka jak dziś oczywiście, wina beaujolais zaczęła się w XVIII wieku, razem z rozbudową i błyskawicznym wzrostem liczby ludności Paryża.

Na początku XX wieku, kiedy się wchodziło do paryskiego bistro i zamawiało un ballon rouge, to w 99 przypadkach na sto dostawało się beaujolais.

A potem ktoś wpadł na pomysł przyspieszenia produkcji i w Beaujolais zaczęto stosować fermentację ze wsparciem dwutlenku węgla. Cały proces polega na tym, że grona, razem z szypułkami wrzuca się do kadzi. Pod ciężarem kolejnych warstw owoce pękają i po jakimś czasie ich naturalne drożdże rozpoczynają proces fermentacji, wydzielając kwas węglowy. Ponieważ jest go za mało, wpuszcza się dwutlenek z butli. Po tygodniu takich praktyk pojemnik jest wypełniony w jednej trzeciej moszczem winnym, a w dwóch trzecich przemacerowanymi łodygami, pestkami i innymi resztkami. Normalnie do produkcji wina używa się tylko płynnego moszczu. W beaujolais wytłacza się pozostałości i miesza oba płyny. W tym stadium jest w moszczu jeszcze sporo niesfermentowanego cukru, ale ponieważ wino musi być gotowe do trzeciego czwartku listopada, przerywa się fermentację brutalnie – na ogół dodając spirytusu.

I po taki produkt ludzie w Paryżu i gdzie indziej ustawiają się już w trzecią środę listopada w kolejce, aby w trzeci czwartek wypić to, co tam w Beaujolais nawarzono. Ja się do tej kolejki nie piszę. Nie będę stał i nie będę pił. -


  • RSS