Znowu, jak co roku, trzeci czwartek listopada to w wielu miejscach świata, od Tokio po Nowy Jork, czas nowego Objawienia. Jako osobistego wroga tego wynalazku reklamowego i obiektu zdumiewającego snobizmu, jak co roku jestem poirytowany. Beaujolais nouveau albo primeur jest dla mnie napojem, który może służyć, jak ktoś to lubi, do gaszenia pragnienia, ale w niewielkim tylko stopniu winem zasługującym na uwagę.

Położony na północ od Lyonu region Beaujolais jest geograficznie i historycznie częścią Burgundii. Różni się od niej glebą. Winorośle rosną tu nie na wapiennych skałach, ale na glinie i granicie.

Kariera, nie taka jak dziś oczywiście, wina beaujolais zaczęła się w XVIII wieku, razem z rozbudową i błyskawicznym wzrostem liczby ludności Paryża.

Na początku XX wieku, kiedy się wchodziło do paryskiego bistro i zamawiało un ballon rouge, to w 99 przypadkach na sto dostawało się beaujolais.

A potem ktoś wpadł na pomysł przyspieszenia produkcji i w Beaujolais zaczęto stosować fermentację ze wsparciem dwutlenku węgla. Cały proces polega na tym, że grona, razem z szypułkami wrzuca się do kadzi. Pod ciężarem kolejnych warstw owoce pękają i po jakimś czasie ich naturalne drożdże rozpoczynają proces fermentacji, wydzielając kwas węglowy. Ponieważ jest go za mało, wpuszcza się dwutlenek z butli. Po tygodniu takich praktyk pojemnik jest wypełniony w jednej trzeciej moszczem winnym, a w dwóch trzecich przemacerowanymi łodygami, pestkami i innymi resztkami. Normalnie do produkcji wina używa się tylko płynnego moszczu. W beaujolais wytłacza się pozostałości i miesza oba płyny. W tym stadium jest w moszczu jeszcze sporo niesfermentowanego cukru, ale ponieważ wino musi być gotowe do trzeciego czwartku listopada, przerywa się fermentację brutalnie – na ogół dodając spirytusu.

I po taki produkt ludzie w Paryżu i gdzie indziej ustawiają się już w trzecią środę listopada w kolejce, aby w trzeci czwartek wypić to, co tam w Beaujolais nawarzono. Ja się do tej kolejki nie piszę. Nie będę stał i nie będę pił. -