Stefan Bratkowski za chwilę kończy 70 lat. Za chwilę odbędą się jakieś rocznicowe obchody i uroczystości, będą okolicznościowe przemówienia i laurki. Wyrazy szacunku dla czcigodnego jubilata. Co za nonsens. Mam takie przekonanie, taką pewność nawet, że wśród przedstawicieli dziennikarskich pokoleń, które będą składać życzenia Bratkowskiemu, on będzie najmłodszy. To jest tajemnica Stefana, stanowiąca o jego absolutnej wyjątkowości: wieczna młodość, wieczny optymizm i wieczne przekonanie, że coś można i trzeba zrobić, aby tę Polskę, o którą się wszyscy troszczymy, naprawić. Nie od góry, dekretem, rewolucją, przemocą, nakazem, tylko od dołu, pracą, zaangażowaniem i sercem. Ostatni pozytywista, z uporem i bez zniechęcenia propagujący kilka najprostszych spraw, które nie podlegają politycznym koniunkturom: dobrą pracę, troskę o interes publiczny, zdrowy rozsądek.

Czasy mamy takie – ale czy kiedyś w tej naszej Polsce były inne – że kiedy zejdziemy się w kilka osób, albo i we dwójkę, z kimkolwiek i zaczyna się rozmowa o aktualnej sytuacji, panuje powszechna zgoda. Jest strasznie. Trudno wytrzymać. Nie wiadomo, co robić. Zgroza.

Entuzjazm i optymizm

Tylko rozmowa ze Stefanem jest inna. Zawsze schludny, pogodny, uśmiechnięty mówi, że trzeba zrobić to i tamto, nie oglądając się na rząd i Sejm, że gdzieś na prowincji odkrył ludzi, którzy dokonali czegoś pożytecznego, że ktoś napisał mądry tekst, kto inny dobrą książkę, że on sam ma znakomity projekt i że generalnie trzeba działać, robić, przekonywać. I pisze, działa, robi, przekonuje, bez goryczy, do której miałby prawo, po swoich doświadczeniach życiowych i zawodowych.

Jest po prostu młody, najmłodszy z nas wszystkich. Co wcale nie znaczy, że jest naiwny. Pewnie, pokpiwamy sobie czasami po cichu z niektórych szczególnych upodobań Bratkowskiego. Piszę to, bom sam nie bez winy. Wzdychamy, że znów napisał o kasach Stefczyka, ale to tylko taka poza, bo przecież w głębi ducha wiemy, że społeczeństwa obywatelskiego nie buduje się z gruzu, jaki pozostał po PRL, w ciągu jednej nocy i bez solidnego fundamentu.

Stefan mozolnie i z uporem, w artykułach i książkach, konstruuje swój fundament dla nowej Polski z najlepszych doświadczeń i rodzimych, i obcych. Obywa się przy tym bez nowoczesnych dychotomii – lewica i prawica, postęp i wstecznictwo, sprawiedliwość i oziębłość społeczna – natomiast wraca do rozróżnień podstawowych, o których w wirze politycznych przepychanek krótkoterminowych zapominamy, do pojęć takich, jak: dobro i zło, pożytek i szkoda, przyzwoitość i hańba. Na tle ogólnego hałasu i zamieszania pojęciowego prostota Stefanowego rozumienia świata może się bywalcom spędów towarzysko-politycznych wydawać naiwnym sekciarstwem, bez większego znaczenia. A jednak mam głębokie przekonanie, że racja jest po stronie Bratkowskiego i że dopóki te wszystkie podstawowe miary, które on stosuje, te tradycje, do których się odwołuje, te zwykłe prawdy bez mętnych uwarunkowań, które wyznaje, nie staną się centralnym punktem politycznych dyskursów, nie zbudujemy lepszej Polski.

To, że racje Stefana często giną w hałasie starć epigonów komuny z epigonami endecji, w bełkocie naśladowców modnych nurtów zachodniej bezmyśli politycznej, między aplauzem miłośników Dody Elektrody i wrzaskami zgrozy przeciwników Romana Giertycha, to los dość normalny ludzi, których starania nie są poświęcone ani ideologii, ani autokreacji, tylko przywróceniu rozumowi należnej mu rangi miernika spraw i ludzi.

Jestem od Stefana młodszy o całe pokolenie. W czasie, kiedy on był w „Po prostu”, dzieliła nas przepaść, bo ja chodziłem do podstawówki, a Stefan należał do tej małej grupki drożdży poststalinowskiego fermentu. Potem ten dystans się skracał, taka jest kolej rzeczy, zaprzyjaźniliśmy się w czasie solidarnościowej rewolty, a dziś właśnie doszło do sytuacji, w której wydaje mi się, że czcigodny jubilat jest ode mnie młodszy. Mnie często stać już tylko na zgryźliwość, jego wciąż jeszcze na entuzjazm i optymizm. Nie powiem oczywiście nigdy, młodzieńcze, nie gorączkuj się, wszystko i tak pójdzie źle, i to nie dlatego, że mi nie wypada, ale dlatego, że tej postawy Bratkowskiemu zazdroszczę.

Element konrrewolucyjny

Na marginesie, kiedy się tak zastanawiałem nad Stefana drogą życiową, dokonałem odkrycia, że pozycja zawodowa Bratkowskiego rosła zawsze, kiedy reżim słabł. Kiedy się umacniał, kanalizował Bratkowskiego i odsuwał na boczny tor. Nie na długo, bo Bratkowskiego ani upupić, ani przemilczeć nie można. Młodzi ludzie, którzy nie pamiętają tych czasów, nie są sobie nawet w stanie wyobrazić, co to były w PRL Stefana Bratkowskiego „Uwagi colonelem” publikowane na łamach „Życia Warszawy”. To było jak uchylanie okna i wpuszczanie świeżego powietrza do smrodliwego pomieszczenia. Czynność, która jest dziś tak samo potrzebna jak i wtedy, co jest smutnym rozeznaniem. Ludzie kupowali tę gazetę tylko po to, żeby przeczytać krótki felietonik Bratkowskiego, żeby łyknąć haust normalności i zdrowego rozsądku w oszalałym świecie. Relacje z bazarów, tej oazy wolnego rynku w PRL, to był też pomysł Stefana. Całe „Życie i Nowoczesność” – dodatek do „Życia Warszawy” wymyślony i redagowany przez Bratkowskiego – to nie było nic innego jak tylko czterokolumnowa, cotygodniowa edycja hasła „Gospodarka, głupku”. Tego, które powiesił sobie nad premierowskim biurkiem wiele lat póżniej Leszek Miller. Patrzył na hasło, ale nie czytał wykładni Bratkowskiego. Ani tamtej, ani obecnej. Pewnie dlatego niczego nie zrozumiał. A mógł od razu powiesić sobie hasło „Bratkowski, durniu”, co jest zresztą do zalecenia wszystkim polskim politykom.

W czasach solidarnościowej odnowy Stefan Bratkowski, prezes też odnowionego Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, mimo że używano go jako strażaka do wygaszania konfliktów, stoczył się na pozycje elementu kontrrewolucyjnego, zagrażającego ustrojowi i sojuszom. Pamiętam w czasie nadzwyczajnego zjazdu PZPR atak na Bratkowskiego ze strony niezapomnianego Albina Siwaka. Brygadzista Siwak, podpuszczony przez partyjny beton, zagrzmiał z trybuny zjazdowej, że prezes SDP nazwał delegatów na zjazd błotem. Okazało się, że Stefan użył określenia magma, słowa Siwakowi nieznanego. Olszowski czy ktoś taki, wytłumaczył Siwakowi, że magma to błoto. Może sam nie wiedział, w każdym razie taki był poziom walki politycznej w tamtych czasach, zanim nie zaczęto po prostu prać po pyskach.

W stanie wojennym zrobiło się ponuro. Weryfikacje, zakazy wykonywania zawodów, SDP rozwiązane jako pierwszy związek twórczy, komisarz wojenny na Foksal. Przyzwoite dziennikarstwo zeszło do podziemia i schroniło się w kościołach. Nosiliśmy ze Stefanem worki darów w wieży kościoła świętej Anny, u duszpasterza środowisk twórczych księdza Wiesława Niewęgłowskiego. Stefan z Darkiem Fikusem przygotowywali listy dziennikarzy, którzy znaleźli się bez środków do życia. Moja żona Krystyna Grzybowska rozwoziła te paczki po Warszawie. Takie przeżycia bardzo zbliżają.

Dżentelmen w każdym calu

Kiedy, oboje pozbawieni prawa wykonywania zawodu i zachęcani do tego przez władzę, zdecydowaliśmy się na emigrację, żegnało nas wąskie grono najbliższych przyjaciół. Był wśród nich Stefan. Piękny to był bankiet. Zupełnie puste mieszkanie, bez jednego mebla, stało tylko pianino, a na nim talerzyk z chlebem i solą. Wstawił je, razem z talerzykiem, pewien major LWP, któremu przydzielono nasze mieszkanie z hasłem, że mieszkania po wyjeżdżających dostają najbardziej potrzebujący. Była wódka zwyczajna, kiełbasa zwyczajna, chleb zwyczajny. Bez lamp, tylko świece. Stefan, po zawale, chory na serce, nie powinien pić, ale – jak zwykle optymista – napił się solidnie i zaczął grać na tym pianinie patriotyczne melodie. Odkryliśmy, że świetnie gra, jeszcze jeden skrywany talent. W pewnym momencie przyszedł sąsiad z kilkuletnim synem, posadził chłopca naprzeciwko Bratkowskiego i powiedział: „Przypatrz się dobrze temu panu i zapamiętaj go na całe życie”.

Spotkałem tego chłopaka parę lat temu. Jest już dorosły, ale pamięta. Zresztą Stefan nie pozwala o sobie zapomnieć. Wszędzie go pełno, zabiera głos w każdej sprawie, bo wszystko go obchodzi. Bo to jest jego świat, jego Polska, jego naród.

Wylądowaliśmy w Bonn, gdzie w szpitalu umierał po operacji serca Krzysztof Klinger, jeden z najbliższych współpracowników Stefana, sekretarz SDP, zwolniony po wielu staraniach z internowania i wypuszczony na leczenie za granicę. Za późno. Ze Stefanem mieliśmy kontakt przede wszystkim dzięki jego „gazecie mówionej”, nagraniom na kasecie magnetofonowej, jak twierdził Stefan w jednym egzemplarzu, ale mimo to jakoś dziwnie szybko rozchodzącej się nie tylko po Polsce, ale i po świecie. Te kasety to był cały Stefan – w czasie najciemniejszej nocy reżimowej wzywał rodaków, żeby sami robili coś dla siebie. Przekonywał, że można, że nie wolno rezygnować. Taki był zawsze i takim pozostał. Oby jeszcze na długo.

Krystyna mówi, że Stefan także jako mężczyzna jest wyjątkowy. Zawsze powie „świetnie wyglądasz”, zawsze pochwali nową sukienkę, zauważy nową fryzurę. I to z jakąś taką radością, która przekonuje kobiety, że to nie jest czczy komplement. Dżentelmen w każdym calu, bo jego komplementy są bezinteresowne. Także wobec kolegów płci męskiej, których chwali, kiedy napiszą coś dobrego, z absolutną szczerością. Stefan potrafi się entuzjazmować – ludźmi, ideami, sprawami. I potrafi przywracać proporcje między ważnym i nieważnym.

Stefanie, dziękujemy ci, że jesteś, my, którzy mamy szczęście być twoimi przyjaciółmi i całe rzesze wielopokoleniowe twoich czytelników. Reszcie można powiedzieć: – Bratkowski, głupku. -