Podobno kultura jest tak naprawdę jedna, ogólnoświatowa i powszechna, podobnie jak cywilizacja. Są jednak ograniczenia. We Francji toczy się spór o to, czy film w reżyserii Jean-Pierre’a Jeuneta „Bardzo długie narzeczeństwo” jest francuski. A w każdym razie wystarczająco francuski, by zasłużyć na państwowe subwencje, którymi V Republika próbuje podtrzymać upadającą kinematografię.

Reżyser jest Francuzem, scenariusz jest francuski, rzecz dzieje się we Francji i zdjęcia też były robione we Francji. Dialogi są po francusku, wszyscy aktorzy są Francuzami z wyjątkiem Jody Foster, która gra rolę drugoplanową, ale również po francusku, bo jest absolwentką Lyce Francais w Los Angeles. Cała ekipa produkcyjna (2 tysiące osób) składała się z Francuzów. A mimo to, na skutek protestów francuskich firm produkcyjnych, w tym Path i Gaumont, został uznany za niefrancuski i subwencji nie otrzymał. I to tylko dlatego, że większość budżetu filmu pokryła firma wprawdzie też francuska, ale zależna od amerykańskiego giganta Warner Bros. Został więc uznany za całkowicie amerykański i wobec anglosaskiej ofensywy na galijską kulturę filmową niezasługujący na państwowe wsparcie.

Jednocześnie władze francuskiej kinematografii przyznały subwencję na nowy film Olivera Stone’a „Aleksander”, chociaż nie był kręcony we Francji, grają w nim aktorzy amerykańscy, i oczywiście wszyscy, łącznie z Aleksandrem Wielkim, mówią po angielsku. Podobno Stone dotacje dostał, bo jego matka jest Francuzką, ale pewnie chodziło o to, że amerykański reżyser jest prawie tak samo poprawny politycznie jak Moore.

Teraz w odwecie Amerykanie chcą zgłosić „Un Long Dimanche de Fiancailles” do Oskara, mimo że nie jest to w żadnym razie film amerykański ani anglojęzyczny. Sztuka jest, proszę państwa, apolityczna, neutralna i zbliża narody. Chyba że, oczywiście, chodzi o sztukę francuską i o pieniądze. -