6 września roku 394 nad rzeką Frigidus, na szlaku między Akwileją i Emoną, doszło do ostatniej w dziejach cesarstwa rzymskiego bitwy między chrześcijaństwem i pogaństwem. Wojska pogańskiego uzurpatora Flawiusza Honoriusza starły się z chrześcijańskimi zastępami cesarza Teodozjusza. O przebiegu bitwy zadecydował wiatr, a właściwie jego kierunek. Wicher, zwany bora, coś jak nasz halny, spychał strzały i włócznie pogan, natomiast dodawał siły pociskom chrześcijańskim. Teodozjusz zwyciężył, triumfowało chrześcijaństwo, dzieje Europy zmieniły bieg na zawsze.

Można by przytoczyć wiele innych przypadków wpływu pogody na historię, wojnę i politykę. Co by było na przykład, gdyby Jaruzelski zamiast w połowie grudnia wprowadził stan wojenny w czerwcu, miesiącu ciepłych nocy i pogodnych dni? Czy pacyfikacja opozycji poszłaby równie łatwo bez mrozu, śniegu i koksowników? Kiedy dziś ogląda się wielusettysięczne demonstracje w Kijowie, to stopień determinacji ich uczestników, poziom marzeń o demokracji i przyzwoitości w sprawach publicznych można ocenić tylko biorąc pod uwagę trzaskający mróz i śnieg, w którym się to wszystko odbywa. Ukraińcy marzną na kijowskim Kreszczatiku całe noce, bardzo cierpliwie, z podziwu godną dyscypliną. Marzną, bo nie chcą być okłamywani. Cywilizacja prawdy i politycznej uczciwości dotarła na Ukrainę. Ale czy ma szansę z mrozem? Przewlekanie ogłoszenia wyników to nic innego jak walka na froncie atmosferycznym. Próba przeczekania, aż wszyscy zziębną i rozejdą się do domów na herbatę. Generał Mróz, który pokonał kiedyś hitlerowskich feldmarszałków, jest teraz na służbie u Kuczmy i jego marionetkowego następcy.

Jeśli jest jakaś boska sprawiedliwość na świecie, jak to twierdzili chrześcijańscy wojowie Teodozjusza po zwycięskiej bitwie nad rzeką Frigidus, powinna teraz przyjść na Ukrainę odwilż, potężna fala ciepła, a po niej rzęsiste deszcze, aby spłukać błoto spod nóg Ukraińców. -