rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2004

Przeczytałem właśnie, że 4 grudnia w Warszawie odbędzie się parada postaci symbolizujących święta w różnych krajach świata. Sądząc po tym, kto będzie paradował, impreza zasługuje na nazwę Parady Równości, skoro obok Świętego Mikołaja i świętej Łucji szwedzkiej ma paradować niejaka Frau Berta, wróżka Berta, która zdaniem organizatorów rozdaje w Niemczech prezenty.

Mieszkałem głupie 16 lat w Niemczech, widać za krótko, bo nigdy nie słyszałem o Frau Bercie, która rozdaje prezenty. Słyszałem o Grubej Bercie, która ostrzeliwała Paryż, ale o niej Niemcy niechętnie mówili. Chyba że chodziło o latarnię morską, wskazującą wejście do portu w Kilonii. Niewykluczone jednak, że moja ignorancja bierze się z tego, iż mieszkałem w niewłaściwych Niemczech, bo zachodnich. W tych gorszych Niemczech prezenty przynosi, w noc wigilijną, nawet nie Święty Mikołaj, tylko Christkindl, czyli Dzieciątko Jezus osobiście.

Przypuszczam, że Frau Berta, którą organizatorzy imprezy zaprezentują warszawiakom jako prastarą tradycję ludu niemieckiego, to po prostu Genossin Berta, towarzyszka Berta z SED. Wtedy powinna być podobna do Margot Honecker, która pełniła funkcję ministra oświaty i wychowania w NRD. Włochy ma reprezentować też wróżka, widać coś się zmieniło od czasu mego ostatniego pobytu, bo wtedy dawał Mikołaj, choć mówiło się, po cichu i nie dzieciom, że mafia.

Ale skoro mają być Berta i Befama, to dlaczego nie będzie paradował Dziadek Mróz? Nie można dyskryminować Dziadka Mroza, bo to wygląda na rusofobię. A co z Gwiazdorem, który w Wigilię kładł pod choinkę prezenty dzieciom polskich ateistów i wolnomyślicieli? Polska jest państwem neutralnym światopoglądowo i najwyższy już czas, żeby Boże Narodzenie też było neutralne, a nie religianckie.

Świetnie, że przykład tolerancji dla wszelkich tradycji daje Warszawa, o której prezydencie Lechu Kaczyńskim rozmaicie ostatnio mówiono. Aby rzecz całą uwspółcześnić, można by doprosić jeszcze kilku biznesmenów, którzy dają prezenty politykom. Niech dzieci się im przyjrzą, niech się dowiedzą, że warto się zająć polityką, bo wtedy dostaje się solidne prezenty, i to przez cały rok. -

To nie uczestnicy rozmaitych afer polityczno-gospodarczych na różnych szczeblach władz państwowych i samorządowych działają na szkodę III Rzeczypospolitej, tylko ci, którzy te afery ujawniają. To nie oni podważają zaufanie obywateli do państwa, tylko ci, którzy o tym piszą. To nie jest winą aktywistów postkomunistycznej formacji, że oni właśnie są negatywnymi bohaterami większości afer, to wina organizatorów i wykonawców politycznej nagonki. To nie działacze polityczni lewicy, jej posłowie i funkcjonariusze państwowi powinni dbać o autorytet III Rzeczypospolitej, umacniać zaufanie obywateli i dawać im własnym, szlachetnym postępowaniem dobry przykład. To media, zamiast wylewać pomyje, powinny metodami propagandy sukcesu przekonywać Polaków, że wszystko idzie doskonale w tej najlepszej z Rzeczypospolitych.

Takie jest mniej więcej przesłanie zdumiewającego artykułu Waldemara Kuczyńskiego „Makkartyzm po polsku” we wczorajszej „Gazecie Wyborczej”. Kuczyński odkrywa otchłanną prawdę: nie ma żadnej afery Orlenu. Nie ma żadnej afery Pęczaka. W ogóle nie ma w naszej idealnej Polsce, z której wszyscy powinni być wyłącznie dumni, żadnej afery na styku polityki z biznesem. Jest tylko polowanie na czarownice w wykonaniu opozycji i mediów. Makkartyzm po polsku, dewastujący świadomość Polaków, tak jak kiedyś makkartyzm po amerykańsku zdewastował świadomość Amerykanów do tego stopnia, że niedawno znów wybrali Busha.

Kuczyński łaskawie nie wyklucza, że może wyjdą na jaw jakieś przestępstwa. Trzeba czekać. Ale na razie nie szukać, nie ogłaszać, nie podejrzewać i nie oskarżać, tylko czekać, aż Kuczyński da sygnał, że już wolno. Aż jego samego okradną, bo dopiero wtedy chyba dostrzeże, co się tak naprawdę w Polsce dzieje. Aż mu się świadomość zdewastuje, tak jak reszcie Polaków.

W jego tekście puenta jest taka, że to nie wykrywanie afer, tylko ich przemilczanie jest drogą do naprawy Rzeczypospolitej, bo nie wolno ślepo niszczyć resztek pozytywnych wyobrażeń o własnym państwie. Pewnie, że nie wolno. Nie o to chodzi, żeby państwo było dobre, tylko wyobrażenia o nim. Polak powinien być zdrowy, wesół, rumiany, zadowolony i śmiać się do sera. Kuczyński już się uśmiechnął. -

Na przecieki najlepszy jest hydraulik. Najskuteczniej przecieki uszczelnia się pakułami. Chyba że są to przecieki celowe, wtedy ani hydraulik, ani pakuły nic nie pomogą. A jak powiadał pan Onufry Zagłoba – jak garnek raz zacznie ciec, to wszystko z niego wyciecze.

U nas ciecze coraz obficiej i zaklęcia na tajemnicę państwową, służbową i ścisłą oraz wołanie o hydraulika z wyjątkowo surowymi pakułami tego wycieku nie powstrzymają. I prawdę mówiąc – chwała Bogu. Gdyby nie te wszystkie przecieki i wycieki, za poprzedniej komisji śledczej i za obecnej, żylibyśmy sobie, obywatele, wyborcy i podatnicy III Rzeczypospolitej w błogim przekonaniu, że nasze elity polityczno-gospodarcze, kiedy ich nikt nie słyszy, kiedy są w swoim gronie albo gawędzą na nasz koszt przez komórkę o ważnych dla kraju sprawach, mówią to samo, co z trybuny sejmowej albo w wywiadach prasowych. O racji stanu, interesie narodowym, zatroskaniu losem najuboższych, o potrzebie naprawy i naprawie potrzeby, o aspektach gospodarczych politycznego kontekstu, o krzewieniu uczciwości i zwalczaniu patologii. O czystych rękach, a nawet nogach. O Ojczyźnie.

Dzięki przeciekom wiemy, że mówią o tym, co kto komu może załatwić i za ile. Jaki kolor ma mieć tapicerka w mercedesie.

Dowiadujemy się, kto za kim stoi i kto komu robi na rękę. Wiemy, że Zbyszek kręcił z Piotrkiem, dzięki temu, że czuwał Leszek, za którym stoi jeszcze Józek. Wiemy, że odwrotnie niż w życiu publicznym najpopularniejsze w tych rozmowach jest słowo na k., za którego użycie straż miejska ma łupić przechodniom mandaty, natomiast słowo Polska w ogóle nie jest w użyciu. Orientujemy się, na czym polega polityka i po co się ją uprawia.

Myślałem przez chwilę o rewolucyjnym pomyśle, wydawaniu w ramach jawności życia publicznego stałego biuletynu z przecieków, tak jak za PRL publikowano biuletyn z nasłuchów. Ale to niedobry pomysł, bo nasza elita, nasz kwiat i sól ziemi przerzuci się na tik-taki, albo nawet na gołębie pocztowe. Lepiej nic nie zmieniać i czekać cierpliwie na całą prawdę o Zbyszkach, Leszkach, Józkach i jak się tam jeszcze nazywają. Niech prawda ciecze. -

Brak pokory jest cnotą słabych, biednych i prześladowanych. Ale oni zazwyczaj są pokorni, cisi i skromni. Brak pokory u silnych, bogatych i uprzywilejowanych to nic innego, jak tylko pycha. Skromni są wzgardzani, pyszni są wzgardliwi. Nienaruszanie tej równowagi, tej sprawiedliwej dystrybucji cnoty i grzechu, jest fundamentem harmonii i pokoju społecznego. Opoką, na której budować można gmach polityki i gospodarki.

Jest to powód, dla którego dziwię się, że komisja śledcza nie zgodziła się pojechać na przesłuchanie do doktora Jana Kulczyka w Londynie. Trzeba znać swoje miejsce w szyku. Nie wolno lekkomyślnie podważać porządku społecznego. Jeśli ktoś jest najbogatszym Polakiem, to ma rangę zupełnie inną niż gdyby był Polakiem najbiedniejszym. Choć obaj są majątkowo wyjątkowi.

Komisja zostałaby w Londynie przesłuchana na okoliczność zarzutów przedstawionych w akcie oskarżenia przygotowanym przez prokuratora Widackiego, i gdyby nie kręciła w zeznaniach, nie zasłaniała się niepamięcią, tylko okazała skruchę, mogłaby liczyć na umorzenie postępowania ze względu na niską szkodliwość społeczną. Potem wszyscy mogliby wrócić jednym samolotem i wziąć udział w uroczystym bankiecie u ojców paulinów na Jasnej Górze. Depesza do Moskwy: „Wołodia, wróć, wszystko zapomniane” – zamknęłaby ten przykry, nikomu niepotrzebny incydent.

A tak, przez brak pokory Sejmu i jego komisyjnych reprezentantów doktor Jan Kulczyk uzyska azyl w redakcji powszechnie szanowanej gazety „Financial Times” i zostanie wystawiony w gablocie szklanej na Fleet Street jako egzemplarz biznesmena niewinnie prześladowanego przez czarną sotnię. Tamże zdjęcia Romana Kluski i Andrzeja Modrzejewskiego w żałobnych ramkach. W ten sposób zostaniemy zubożeni o najbogatszego Polaka, który jest wszak naszym wspólnym dobrem narodowym.

A trzeba było siedzieć cicho. Już Orwell pisał, że niewiedza jest siłą. Miał racje. My, obywatele III RP wiemy coraz więcej i dlatego czujemy się coraz słabsi.

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze żyłem w warunkach reformy i pod rządami wielkich reformatorów. W wielu mniej niż Polska szczęśliwych krajach Europy od czasów reformacji nie było żadnej istotniejszej reformy.

Po Bierucie i Hilarym Mincu, których nie pamiętam, ale którzy też głównie zajmowali się reformami społeczno-politycznymi, Gomułka reformował w permanencji i bez pośpiechu. Natomiast Gierek reformował pozostałości PRL, jakie ocalały z reformy Gomułki, gwałtownie i nie licząc się z kosztami. Potem przyszła kontrreformacja solidarnościowa i już wydawało się, że unieważni wszystkie reformy wstecz, aż do roku 1939. Kres wstecznictwu położyła militarna reforma Jaruzelskiego, który wpadł na pomysł, że reformy powinny być jak wyścig kolarski. Powinny odbywać się etapami. Kończył się pierwszy etap, a już zaczynał się drugi.

Tak więc na reformach znam się jak mało kto, dlatego kibicuję każdej reformie, mimo że z góry znam rezultat. Cokolwiek się zreformuje i jakkolwiek się to zrobi, skończy się burdelem. Ale co to komu właściwie szkodzi? My, Polacy, jesteśmy bardzo cierpliwi, a poza tym nie mogę się oprzeć wrażeniu, że lubimy jak nas reformują.

Teraz galeria reformatorów polskich powiększa się z dnia na dzień. Znów będą powody, aby się ześmiać ze śmiechu. Cały kosmos jest bowiem deterministyczny, a polskie reformy są indeterministyczne. W podwójnym tego pojęcia znaczeniu są wdrażane bez powodu i bez widocznego powodu kończą się klęską i kolejną reformą. Chyba żeby uznać, iż Rozum i Intelekt, a także ich niedostatek mają wpływ na obroty ciał niebieskich i politykę. A wtedy zarówno nasze reformy, jak i ich skutki są deterministyczne. W takiej sytuacji nie ma innego wyjścia, jak tylko usiąść w trawie, patrzeć w niebo i czekać na upadek meteoru. Skoro fatalizm i doświadczenie życiowe nam mówią, że reformy nieuchronnie padną, zostawiając gruzy, to i meteor też z pewnością upadnie. Może trochę później niż reformy, ale jednak.

Działalność sejmowej komisji śledczej w sprawie Orlenu, ale także liczne afery mniejszego kalibru i w prowincjonalnej skali ujawniają budzące zgrozę ścisłe związki między biznesem, polityką i administracją państwową. Normalną reakcją zwykłego obywatela, który pracuje i płaci podatki, jest oburzenie i żądanie, żeby coś z tym zrobić. Mianowicie porządek. Skoro żyjemy, a takie jest coraz powszechniejsze wrażenie, w państwie przeżartym już nie korupcją, ale zalegalizowaną przestępczością, obywatele oglądają się z nadzieją na ugrupowania i polityków opozycyjnych. Od nich oczekują lekarstwa. Niestety, lekarstwa, które proponują czołowi działacze PiS i innych partii, nieco na wyrost i bez sensu nazywanych prawicowymi, są nie lepsze od samej choroby. To jest zapowiedź leczenia sraczki rycyną.

Zaczyna się od tego, że w niewiele lat od przywrócenia społecznego sensu, roli gospodarczej i moralnej godności dla własności prywatnej są one znów podważane. Prywatna własność środków produkcji, kapitału, ziemi, nieruchomości staje się dzięki demagogicznym wystąpieniom synonimem kradzieży i rabunku. Zamożność zbrodnią. Wszystko dlatego, że akurat Jan Kulczyk, ze swoją niejasną rolą w aferze Orlenu, jest jednocześnie najbogatszym Polakiem. I dzięki temu świetnie nadaje się na personifikację przestępczego kapitalizmu. Czy to nie jego bogactwo budzi taką złość niektórych polityków?

Na przykładzie Kulczyka prawica może w sposób bardzo spektakularny demonstrować swoje przywiązanie do socjalistycznych ideałów. Niestety, to co w Polsce uznajemy za prawicę, to w większości jest prawica socjalistyczna, różniąca się od lewicy na ogół tylko stosunkiem do Boga i Kościoła. Ale w żadnej mierze stosunkiem do własności i swobody gospodarowania. Nie jest to zresztą, co pochopnie twierdzą niektórzy uczeni, zwłaszcza socjologowie i psychologowie społeczni, rezultat komunistycznej przeszłości. Przeciwnie, III Rzeczpospolita leży pod tym względem w głównym nurcie światowej, przede wszystkim europejskiej myśli politycznej. Friedrich von Hayek, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, dedykował swoją, napisaną wiele lat temu, książkę „The Road to Serfdom” (Droga do zniewolenia) – socjalistom ze wszystkich partii politycznych. Na lewicy i na prawicy.

Muszę przyznać, że wywołana rewelacjami ujawnianymi przez komisję, a w jeszcze większym stopniu przez media, dyskusja polityków na temat demokracji, zagrożenia demokracji i jej przyszłości po objęciu władzy przez prawicę napawa mnie zgrozą. Wszyscy uczestnicy tej dyskusji utożsamiają proceduralny koncept demokracji parlamentarnej – decyzje podejmowane przez większość są obowiązujące – z jej słusznością. Rezultat procedury uważa się za moralnie uzasadniony i moralnie skuteczny. To dlatego jedni mówią – jak będziecie mieli większość, a drudzy grożą – kiedy tylko zdobędziemy większość… Większość pozwalająca sterować procedurami jest dziś w polskiej polityce najwyższym prawem moralnym. Czymś stojącym najwyżej w hierarchii wartości.

Mnożą się sygnały, że zmiana układu większości przyniesie zmiany, ale niekoniecznie na lepsze. Politycy prawicy – z zastrzeżeniami co do terminu, o których powyżej – albo może lepiej politycy opozycji zapowiadają po swoim zwycięstwie wyborczym walkę z nieprawościami, korupcją, przywłaszczaniem mienia publicznego. Bardzo pięknie. Tylko zapowiadane instrumenty, jakie mają być użyte do tego szlachetnego celu – zwiększenie roli państwa w gospodarce, wzmocnienie kontroli nad prywatną przedsiębiorczością, ograniczenia prawa własności, a nawet deprywatyzację – oznaczają ponowne upaństwowienie. Za leczenie biorą się ludzie, którzy nie tylko się na tym nie znają, ale także nie byli jeszcze w stanie rozpoznać choroby. Wszystkie afery, jakie wyszły na jaw w ostatnich latach, wyrosły na styku biznesu z administracją państwową. Ludzie lewicy są w nie uwikłani nie dlatego, a w każdym razie nie w pierwszym rzędzie dlatego, że są zdeprawowani przez PRL, ale przede wszystkim dlatego, że w tej administracji pracowali. Zwiększanie roli państwa w gospodarce, mnożenie pozwoleń i koncesji, organów kontrolnych to nie jest nic innego, jak powiększanie sfery korupcjogennej, a nawet kryminogennej. To samo jest z utrwalaniem i rozszerzaniem własnej działalności gospodarczej państwa. Utrzymywaniem spółek skarbu państwa i z udziałem skarbu państwa. Konserwowaniem niejasnych stosunków własności. To wszystko jest matecznikiem tych akurat występków, z którymi dzisiejsza opozycja chce walczyć.

Ręce precz od własności prywatnej. Aby własność funkcjonowała prawidłowo dla korzyści nie tylko jej posiadacza, ale i ogółu, musi mieć właściciela podejmującego decyzję, osobiste ryzyko, ponoszącego koszty i korzystającego z zysków. W przypadku własności państwowej czy kolektywnej nie można nikogo takiego wyodrębnić. Za wspólną własność odpowiadamy wszyscy, czyli nikt. Jest to najlepsza droga do socjalizmu, w tym przypadku z prawicową twarzą.

Nie potrzebujemy więcej rządu, ale mniej rządu w gospodarce. To chyba widać już choćby po księgach wejść i wyjść, które bada komisja śledcza. Bez wolności gospodarowania, bez prawa własności i swobody zawierania kontraktów żadna inna wolność jest niemożliwa. Przerabialiśmy to w PRL i członkowie dzisiejszej opozycji, którzy i wtedy byli na ogół opozycjonistami, powinni to wiedzieć. Dążąc do władzy, obiecujcie nam wolność, a nie rycynę. Mamy już dość konwulsji.

Z okazji wyborów prezydenckich w USA przeżyliśmy istną burzę mózgów. Ktokolwiek tylko był kiedyś w Stanach uznawany za eksperta. Najtężsi amerykaniści sygnalizowali, że podstawowym źródłem ich wiedzy o USA jest „Superexpress”, bo tak jak ta gazeta twierdzili, że zwycięstwo Busha będzie katastrofą dla Stanów i reszty świata, zaś poczciwiec Kerry wycofa wojska z Iraku w ciągu 48 godzin, zgodnie z żądaniami wszystkich terrorystów. Wszyscy też oczywiście prorokowali miażdżące zwycięstwo demokratycznego kandydata, a kiedy się okazało, iż byli w błędzie, tłumaczyli, że rekordowa frekwencja wyborcza była jeszcze zbyt niska. Kilkadziesiąt milionów głosujących więcej i Kerry wygrałby w cuglach. A tak matołki wiejskie przegłosowały intelektualistów z campusów, którzy zasiedzieli się w klubach gejowskich.

Naród amerykański zawiódł zaufanie całej postępowej Europy. Aczkolwiek mamy trochę do nadrobienia, bo u nas tego nie pisano, a w niemieckim „Spieglu” owszem, że żołnierze amerykańscy, odcięci od świata w koszarach Monachium lub Frankfurtu, zmuszani byli do głosowania na Busha. Co by szkodziło jakiemuś naszemu postępowemu tygodnikowi napisać, że urzędnicy Ambasady USA w Warszawie, odcięci od świata w restauracji hotelu Sheraton, byli zmuszani do głosowania na Busha odbieraniem zakąsek i groźbą zesłania na Białoruś.

Generalna linia amerykoznawstwa jest teraz w Polsce i w Europie taka, że jeszcze nigdy społeczeństwo amerykańskie nie było podzielone tak, jak dziś. Jest to logiczne, skoro część Amerykanów głosowała na Busha, a część na Kerry’ego. Dzielą się jeszcze na szczupłych i grubych, mądrych i głupich, kobiety i mężczyzn. W tym ostatnim przypadku podział jest jeszcze głębszy. Przepaść, której zasypanie wymaga interwencji chirurga. Natomiast podział polityczny da się zlikwidować powołaniem jedynej słusznej partii i wyłonieniem jedynego właściwego kandydata. Kiedy to nastąpi, Europa odetchnie, a Amerykanie zamiast demokracji podziałów będą mieli prawdziwą demokrację jedności moralno-politycznej. Czego im nie życzę.

Bardzo ładna okładka ostatniej „Polityki”. Na pierwszym planie dłoń Jarosława Kaczyńskiego ściśnięta w kułak, dalej reszta przewodniczącego PiS i napis: „Prawo i pięść. Jak bracia Kaczyńscy chcą naprawić Polskę?” Zdjęcie sugeruje, że raczej pięścią niż prawem.

„Polityka” od jakiegoś czasu, dostrzegając oczywiście elementy popsucia Rzeczypospolitej, wyraża obawy, że naród może powierzyć naprawę nie tym, co trzeba. Mam takie wrażenie z lektur komentarzy i całego tonu tego zasłużonego dla rozmaitych odnów, przełomów i odwilży tygodnika, że jego redakcja przekonana jest, iż najskuteczniej i najlepiej Polskę mogą naprawić ci, którzy ją zepsuli. Coś w tym jest. Może trochę tylko szkoda, że psuje zwykle nabierają rozeznania w stopniu dysfunkcji dopiero pod koniec kadencji. To i tak postęp, bo kiedyś dowiadywali się o usterkach dopiero wtedy, kiedy ludzie wychodzili na ulicę.

Ale idea jest z gruntu słuszna. Zamiast powierzać naprawę Rzeczypospolitej pierwszemu lepszemu przybłędzie z ulicy, nawet Wiejskiej, trzeba powołać specjalne ciało naprawcze, Wysoką Radę Oceny i Naprawy, w skrócie WRON. Powinni w jej skład wejść specjaliści zarówno od psucia, jak i od naprawiania, z poważnym doświadczeniem na obu polach. Opoką byliby naturalnie ci, którzy psuli i naprawiali na przemian. Ich doświadczenie jest bezcenne.

WRON musi działać pod auspicjami prezydenta, a jej prace powinien finansować Jan Kulczyk w zamian za wycofanie wezwania przed komisję Gruszki. Skład powinien być obszerny, co najmniej tysiąc osób, może więcej. Oczywiście Miller, Oleksy, Janik. Jaskiernia i Kalisz. Kołodko i Kaczmarek. Czarzasty z Jakubowską. Sławomir Wiatr pod opieką ojca. Siemiątkowski i Piwnik. Trzeba by naturalnie zatrudnić ekspertów zagranicznych, żeby to poważniej wyglądało: Ałganowa, Kunę i Żagla. Na pierwszy ogień niech naprawią polski rynek energetyczny, a potem całą resztę. Tylko delikatnie, łagodnie, opuszkami palców, a nie pięścią. -

Zdaje się, że pora wystąpić z inicjatywą urządzenia przy Sejmie najpilniej potrzebnych instalacji socjalnych – huśtawek, zjeżdżalni i piaskownicy. Duże, wypasione dzieci z brzuchami i biustami na wyrost zamiast zajmować się sprawami, do których nie dojrzały, albo siedzieć w bufecie, do którego nie dorosły, mogłyby wreszcie zająć się czymś pożytecznym, pograć w berka kucanego i pokazywać sobie nawzajem zabawki, klocki oraz samochodziki.

Do takiego wniosku doszedłem, przeczytawszy historyjkę o prowokacji prasowej dziennika „Fakt”, który zaoferował posłance SLD Anicie Błochowiak, znanej z tępienia pedałów w kolorowych skarpetkach i budowania pionowych korytarzy, darmowy telefon komórkowy z różnymi bajerami w zamian za kryptoreklamę. Propozycja została przyjęta, a posłanka, której słusznie wręczono dziecinną zabawkę, wpadła we wściekłość.

Nie podzielam oburzenia autorów tej prowokacji. A czego się spodziewali? Nasi posłowie, jak dzieci, łasi są na nowe zabawki, byle drogie. Mieszkanka, samochodziki, wycieczki, lody i łakocie. Na to zawsze mogą liczyć. Ale jak trzeba któreś dziecko skarcić, postawić do kąta, kazać klęczeć na grochu albo dać po łapach linijką, to zaraz zaczynają się problemy. Zaraz się odzywają rzecznicy praw niedojrzałego posła. Że tak nie można, że to krzywda, źródło kompleksów i zahamowań. Że tylko permisywne wychowanie i łagodna perswazja odniosą pozytywny skutek, bo każdy człowiek jest z natury dobry, tylko nie każdy o tym wie. I w ten sposób wychowujemy sobie wstrętne, nadęte bachory, które nam, dorosłym, zajętym poważnymi sprawami, włażą na łeb.

Ze zgrozą myślę, że niewiele brakowało, a wypracowanie Anitki Błochowiak z zerówki imienia Bohaterów Pabianic stałoby się ostatecznym raportem komisji śledczej w sprawie Rywina. To już lepiej niech się bawi Barbie z telefonem w brzuchu. -

Cały świat zatroskany jest stanem zdrowia Jasera Arafata. Oprócz Polaków. My martwimy się o zdrowie Jana Kulczyka. Arafat przetrzymał lot do Paryża, ale czy Kulczyk wytrzyma lot do Warszawy? Na dodatek z perspektywą okrutnych prześladowań? Pojawiły się wypowiedzi ludzi wrażliwych, że powodem nagonki na doktora Kulczyka jest jego bogactwo. Biednego by tak zajadle nie ścigali. Biedny mógłby spać spokojnie, nawet niekoniecznie na Florydzie, bezpieczny od całej komisji inkwizycyjnej i jej krwawych pachołków, Giertycha, Wassermanna i Miodowicza.

Jest to nareszcie jakaś dobra wiadomość dla biednych. Biednego nikt by nawet nie podejrzewał, że chciał przehandlować Ruskim Rafinerię Gdańską, żeby się wzbogacić. Nikomu nie przyszłoby do głowy zastanawiać się, czy to biedny kręci karuzelą personalną Orlenu i w jakim celu to robi. Nikt biednemu nie robiłby zarzutów z tego, że spotkał się z Ałganowem. W ogóle jest wątpliwe, czy taka osobistość jak Ałganow chciałaby się spotkać z ubogim. Pewnie nie, co stwarza biednemu bardzo wysoki stopień zabezpieczenia przed manipulacjami ze strony zawistnych polityków.

Bogaci żyją ryzykownie, narażeni na prześladowania. Trudno być bogatym w Polsce. Co innego biedny, żyje sobie spokojnie, z dala od służb specjalnych, nikt nie sporządza na jego temat notatek tajnych specjalnego przeznaczenia i nikt też ich nielegalnie nie ujawnia. Politycy w ogóle nie wiedzą, że biedny istnieje, chyba że akurat zbliżają się wybory i trzeba komuś podrzucić kiełbasę. Wtedy pada na biednego i podają mu bogatych na półmisku, z Ałganowem w zębach, ugarnirowanych Orlenem, rafinerią, oblanych ropą i obłożonych wyższym podatkiem.

Każdy ma swoją rolę w społeczeństwie do odegrania. Rola biednego jest bardziej wdzięczna i bezpieczna. Dlatego jeden widzę tylko ratunek dla Kulczyka – deklarację i śluby ubóstwa. Ubogi Kulczyk może codziennie jadać z Ałganowem i pies z kulawą nogą się tym nie zainteresuje. -


  • RSS