Do katalogu przewag demokracji zwykłej nad socjalistyczną doszła jeszcze i ta, że bezpieczniej jest teraz atakować ludzi władzy, niż ich bronić i chwalić. Nie tylko dlatego, że za atakowanie prominentów nie grożą prześladowania, ale również dlatego, że możliwość omyłki jest statystycznie znacznie mniejsza przy pluciu niż przy lizaniu. Jeśli napiszemy lub powiemy o kimś z naszej elity polityczno-gospodarczej, że to złodziej, łapówkarz, kombinator, a nawet agent, to z wielkim prawdopodobieństwem okaże się, że mamy rację. Jeśli natomiast napiszemy czy powiemy, że to człowiek zacny, z całą pewnością się wygłupimy.

Doświadczyła tego grupa artystów, którzy wystawili jak najlepszą opinię doktorowi Janowi Kulczykowi, biorąc go w obronę przed naruszaniem dobrego imienia. Pech chciał, że tego samego dnia prasa ujawniła kolejne tajne dokumenty wywiadu, świadczące przeciwko Kulczykowi. Oczywiście nie w roli mecenasa sztuki, tylko w roli machera finansowego, handlującego z Rosją polskimi interesami energetycznymi.

Kulczyk jako mecenas sztuki jest w porządku. Chapeau bas. Ale też prokuratura nie prowadzi przeciwko niemu dochodzenia w sprawie popierania artystów rosyjskich kosztem polskich albo obsady dyrygenta Wielkiej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Komisja nie zajmuje się malowaniem obrazów, komponowaniem symfonii albo śpiewaniem piosenek. Zajmuje się handlem ropą, rafineriami i rurociągami. Mecenas Kulczyk ma zresztą swego mecenasa, Widackiego i mecenas Janda z mecenas Rodowicz nie są mu potrzebne. -