Przez parę dni czułem się jak w prosektorium. Najlepsi specjaliści w kraju kroili SLD w poszukiwaniu przyczyn agonii. Chyba jeszcze nigdy żadna partia mająca parę procent poparcia w społeczeństwie nie podlegała tak starannej analizie.

Ja nie mam takich zmartwień. Nie będę płakał. Jakoś dam sobie radę bez SLD. Co mnie dziwi, to fakt, że analitycy nie zauważyli najważniejszej przyczyny obumierania SLD jako liczącej się siły politycznej. Otóż ta partia przestała być bytem czasu realnego. Z mentalnością jej przywództwa i znacznej części aktywnych członków tkwi nadal głęboko w PRL. III Rzeczpospolita, mimo wszystkich zawirowań i potknięć, od PRL i strukturalnie, i instytucjonalnie, i mentalnie, i moralnie znacznie się jednak oddaliła. SLD kultywuje w sobie PRL nie tylko symbolicznie, przez odwoływanie się do Jaruzelskiego, a nawet Gierka, ale także praktycznie. Przez rozumienie dobra publicznego jako dobra partii, a interesu społecznego jako interesu jej aktywistów. Tu nie ma większego znaczenia, czy przewodniczącym będzie Oleksy, Janik, czy ktokolwiek inny. Po prostu Polacy wolno, ale nieuchronnie, wbrew partyjnym demagogom, odsuwają się od PRL i automatycznie od SLD coraz dalej i dalej. Za chwilę całkiem znikną specjalistom od pałacowych intryg z oczu.