rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2004

W naszej politycznej pasiece pojawił się nowy UL. Ludzie słabsi, ubodzy, pokrzywdzeni, odtrąceni powinni się cieszyć, bo kolejny rój też zapowiada, że będzie ich hołubić. Ale przestrzegam ubogich przed zbytnim entuzjazmem, bo miodu raczej z tego UL-a nie będzie. Można co najwyżej liczyć na głośne brzęczenie i bzykanie, bo w UL-u zebrały się same trutnie. Permanentni rewolucjoniści klasy Ikonowicza, homoseksualiści, alterglobaliści, feministki, wyrzutki z SLD, antyklerykałowie z „Faktów i Mitów”, których bohaterem pozytywnym jest kapitan Piotrowski, wędrowni komiwojażerowie polityczni, uprawiający handel obnośny społecznymi hasłami. W telewizyjnym sprawozdaniu dostrzegłem na sali nawet zasłużonego trutnia Andrzeja Ziemskiego, który jako szef SDPRL pasożytował na cudzej własności od stanu wojennego do niedawnego wyroku sądowego. Była też Pszczółka Maja filozofii zapylania jednopłciowego, senator Maria Szyszkowska.

Królową tego UL-a trutni została oczywiście wicepremiera Izabela Jaruga-Nowacka, która zadeklarowała, że UL będzie po stronie mrówek, a nie mrówkojadów. Żeby było jak najwięcej biednych i pokrzywdzonych, a jak najmniej bogatych i szczęśliwych. Bo jaki interes polityczny mogłyby te wszystkie lewicowe trutnie ubić na bogaceniu się społeczeństwa? Czyją obronę mogłyby deklarować, gdyby wszyscy byli zadowoleni? Do tego żadna lewica nie może dopuścić. Biedni są potrzebni i powinno ich być coraz więcej, żeby trutnie mogły ich mamić perspektywą miodu. Zamożnych trzeba puścić w jednych portkach, żeby i ich trutnie mogły wziąć pod swoje skrzydełka.

Królowa trutni Jaruga-Nowacka mogłaby rozpocząć ULewanie biednych od gestu dobrej woli. Wziąć jakiegoś bezdomnego i głodnego z ulicy za rękę, zaprowadzić go do restauracji Casa Valdemar i postawić porządny obiad. Szynka w miodzie, zupa miodowa, gęś z miodem, piernik i miód pitny. Jakieś pieniądze chyba jeszcze w funduszu reprezentacyjnym zostały. Jak nie, dobrać z funduszy unijnych na pszczelarstwo.

Dostaję sporo listów i e-maili od czytelników. Po niektórych tekstach nawet bardzo dużo, za co dziękuję. Ale po felietonie sprzed kilku dni, w którym zaproponowałem powołanie fundacji i wsparcie okrojonego przez Sejm budżetu Instytutu Pamięci Narodowej darowiznami, to już jest lawina. Większość autorów tych listów, a były wśród nich i bardzo znane osobistości, domagała się podania numeru konta, na które można wpłacać składkę, proponowano sprzedaż cegiełek, deklarowano nawet konkretne sumy. Spadło to na mnie dość nieoczekiwanie, ale czuję się zobowiązany.

Niestety, sprawa nie jest prosta. IPN jest budżetową jednostką państwa, a na dodatek ma uprawnienia prokuratury. Wyklucza to jakiekolwiek prywatne finansowanie. Środki na IPN trzeba by wpłacać do budżetu, a rząd zrobiłby z nimi, co by chciał: przeznaczył na hufce pracy im. Bohatera Pracy Socjalistycznej Krzysztofa Janika, na pomnik Gierka we Włocławku albo przejadł w restauracji „Casa Valdemar” płacąc pieniędzmi przeznaczonymi na koszta reprezentacyjne.

Będzie można natomiast wspomóc finansowo działalność edukacyjną Instytutu, a zwłaszcza jego wydawnictw, zbiory dokumentów, opracowania i analizy. W tej sprawie redakcja „Rzeczpospolitej” rozmawia z kierownictwem IPN i kiedy tylko zapadną konkretne ustalenia, natychmiast Państwa powiadomimy. Może powstanie jakaś fundacja, choć fundacje mają ostatnio złe notowania, może znajdzie się inna forma wsparcia. Ale na pewno się znajdzie.

Ja chciałem natomiast podziękować osobiście wszystkim, którzy zaoferowali swoje pieniądze i uzasadnili, dlaczego to robią. To bardzo pocieszające, bo czytając artykuły dużych, średnich i małych autorytetów moralnych oraz psów Fafików, a także słuchając przemówień sejmowych, odnosiłem wrażenie, że Polacy nie chcą znać prawdy o swojej przeszłości, nie interesuje ich, kto ich mordował, kto ich gnębił, kto nimi manipulował i jak, kto zastraszał, a kto donosił. A to by znaczyło, że chcemy niepamięci zbiorowej i jesteśmy skazani na recydywę. Okazuje się, że jednak Polacy chcą wiedzieć, chcą znać swoją historię najnowszą, a skoro ich własne pieniądze z podatków zostały wydane inaczej, gotowi są za taką wiedzę zapłacić dodatkowo. -

Nieczęsto zdarza mi się brać w obronę urzędników państwowych ministerialnej rangi. Nie mam ku temu najmniejszych skłonności. Jak ktoś wlazł na taki szczebel, sam jest sobie winien i niech się sam broni. Ale czasami trzeba, dla własnego i powszechnego zdrowia psychicznego.

Wiceministrowi zdrowia Rafałowi Niżankowskiemu dostało się najpierw od „Gazety Wyborczej”, potem od porannych mediów elektronicznych, a na końcu od premiera Belki, który złożył wniosek o dymisję wiceministra za wykazanie zdumiewającego jak na kręgi, w których Niżankowski się obraca, rozsądku. Obtłuczono wiceministra za sceptycyzm wobec dokumentu programowego UE „Zapewnić dobre zdrowie wszystkim”, którego konsekwencją powinno być końskie zdrowie wszystkich Europejczyków. Krytyka spotkała go za dwie rzeczy – rzeczową, choć niezbyt może zręcznie wyrażoną opinię, że nie wszyscy są, będą i mogą być zdrowi i uwagę, iż obiecywanie czegoś wszystkim bez wyjątku przypomina komunistyczny slogan. Sławomir Zagórski z „GW” postawił nawet Niżankowskiemu diagnozę – kiełbie we łbie.

Obawiam się, że z obrońcami paneuropejskich frazesów jest jeszcze gorzej. Kiełbie wyzdychały, została tylko woda. Wartość takich dokumentów i programów jak „Zdrowie dla wszystkich” jest żadna. Można ogłosić program „lizak dla każdego Europejczyka” i to już jest coś konkretnego, bo jak nie dostanę lizaka, mogę pójść na skargę do sądu. Niech mi przyzna z karmelkiem w charakterze odsetek za zwłokę. Ale jak będę się czuł chory, trybunał tylko wyśmieje moje pretensje do UE. Równie dobrze można skonstruować europejskie dokumenty „uroda dla wszystkich” , „bujne owłosienie dla każdego” albo nawet „orgazm dla mas”. Też brzmi ładnie i także jest bez sensu.

Z komunizmem i jego sloganami ma to taki związek, że istnieje poważne niebezpieczeństwo, iż po wdrożeniu programu „zdrowie dla wszystkich” każdy krnąbrny, który mimo to będzie się czuł niezdrów, zostanie oskarżony o sabotaż. Bo przecież program jest słuszny, a więc powinien uzdrowić każdego z mocy prawa. Tak się jakoś dziwnie toczy Europa, że im bardziej są w niej ograniczane tradycyjne prawa i wolności – słowa, sumienia, wyznania – im surowsza jest kontrola myśli i światopoglądów, tym obfitszy staje się wysyp nowych praw i nowych zdobyczy. Myślę, że prawo do zdrowia, szczęścia i wszelkiej pomyślności trafi do traktatu konstytucyjnego UE. I od razu wszyscy poczujemy się zdrowsi, choć pewno nie na umyśle. -

Kleptokracja

1 komentarz

Wydarzenia w komisji śledczej wywołują irytację. Budzą gniew. Prowokują szyderstwo. Męczą, odbierają apetyt i sen. Ale też odsłaniają coraz to nowe fragmenty rzeczywistości, w której przyszło nam żyć. Nowe elementy konstrukcji III Rzeczypospolitej. Dobrze by było, przy zasłużonej krytyce sposobów działania tej komisji i poszczególnych jej członków z lewa i prawa, nie stracić z oczu także tego, co ona odsłania. Bo przecież nie jest tak, jak z zapałem chce nam udowodnić pan poseł Celiński, że komisja jest matką afer w Polsce. Ona jest ich skutkiem. I otóż zza potępieńczych swarów i politycznej walki wewnątrzkomisyjnej, z głównego wątku jej prac i coraz liczniejszych wątków pobocznych wyłania się warstwa czy kasta ludzi, wielokrotnie i w najrozmaitszy sposób ze sobą powiązanych, bez których nic w Polsce nie jest możliwe, razem z aferami. Jest to dziwny jak na praworządny i cywilizowany kraj Unii Europejskiej konglomerat polityków, biznesmenów, macherów niesłusznie i wzniośle nazywanych lobbystami oraz zwykłych gangsterów i bandytów. Ujawniają się wciąż nowe afery i ich odpryski, ale nazwiska są za każdym razem w większości te same. To, że Rywin nie spotykał się z Ałganowem, Kulczyk nie chciał kupić Polsatu, a „Baranina” nie założył z Kwiatkowskim fundacji wspierającej TVP, to wyjątki, a nie reguła.

Czegokolwiek tknąć, co tylko odbywało się na samej granicy prawa albo daleko poza nim, odbywało się i odbywa w kręgu tych samych osób. Kilku, może kilkunastu tysięcy. To są ludzie rzeczywistej władzy, to oni naprawdę rządzą Polską.

Ustrojem III Rzeczypospolitej jest kleptokracja – od greckiego klpt (kradnę) i kratós (władza) – władza przywłaszczycieli, korupcjonistów, kombinatorów, aferzystów, dużych złodziei, małych złodziejaszków, połączonych przemożnym interesem oraz ich głuchych i ślepych akolitów. Jednych ogłuchłych z naiwności, drugich oślepłych z wyrachowania.

Rozmaite autorytety przestrzegają ostatnio przed groźbą prób przebudowy III Rzeczypospolitej w czwartą. Myślę, że główną obawą jest, iż taki świetny, taki wydajny ustrój jak kleptokracja może się skończyć. Trzeba walczyć, bo tyle jeszcze przecież zostało do przywłaszczenia.

Coraz częściej stykam się z przypadkami ludzi, nieraz bardzo poważnych, którzy zastanawiają się, co zrobią, co poczną, kiedy sejmowa komisja śledcza zakończy obrady albo kiedy koniec kadencji Sejmu skończy komisję. Życie – martwią się – będzie jałowe. Intelektualnie ubogie. Emocjonalnie wyziębione. Puste. Bez żaru wewnętrznego, trawiącego posła Celińskiego, bez siły spokoju, emanującej z posła Witaszka, bez eleganckiej modulacji głosu i myśli posła Macierewicza, bez połysku skalpela intelektualnego w ręku posła Giertycha i bez licznych przymiotów wszystkich pozostałych członków komisji, prezentowanych elektronicznie, Polska stanie się obszarem nudy, marazmu i stagnacji. Coś jak obecnie Szwajcaria, gdzie od czasu komisji do spraw wyjaśnienia okoliczności śmierci syna Wilhelma Tella, przed którą przesłuchiwano strzałę, jabłko i łuk, a kołczan odmówił składania zeznań, nic się nie wydarzyło.

Tak się złożyło, że nie oglądałem wczorajszych obrad komisji. I co? I nic. Przeżyłem. Komisja też przeżyła, Kulczyk również i – mimo pewnych objawów przeciwnych – mecenas Widacki także. Ubytek mojej wiedzy o III Rzeczypospolitej, jej kulisach, zasadach i ich braku jest na skutek nieoglądania żaden. Wiem to samo, co wiedziałem przedwczoraj, a nawet wcześniej. Owszem, umknęło mi nieco niezdrowej ekscytacji, nie dostałem wypieków, nie zaplułem się, ale to się da wyrównać. Jak się sami nie zaplujemy, to zawsze możemy liczyć na innych.

Komisja, gdyby była in corpore uczciwa, rozmnożyłaby się przez podział na dwie osobne komisje – jedną dla wykazania, że w aferę Orlenu zamieszani są wszyscy w Polsce, i drugą dla dowiedzenia, że żadnej afery w ogóle i nigdy w Polsce nie było. Jedna komisja orzekłaby winę drugiej i nawzajem, co stanowiłoby wielki triumf sprawiedliwości. Nie jest bowiem sprawiedliwe, że prawica ciągle miesza, a lewica jest wciąż zamieszana. Trzeba to jakoś wyrównać.

Ponieważ na taką sprawiedliwość dziejową się na zanosi, nie wygląda też na to, żeby posłowie odrzucili hipokryzje i szczerze dali sobie po gębach, musimy żyć z tym, co mamy. Ale bez tego też można. Można iść do knajpy, do cyrku, a nawet do agencji towarzyskiej. Będzie trochę drożej, ale nie mniej zabawnie. To jest dobra perspektywa na życie polityczne w Polsce po komisji. Pod warunkiem oczywiście, że będziemy już w tym czasie mieli w Polsce służby specjalne, policję, prokuraturę, adwokaturę i sądy, których nie będą musieli zastępować Wassermann z Celińskim. Jeśli nie – będą kolejne afery i kolejne komisje. Będzie nadal wesoło. -


  • RSS