rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

Jeśli ktoś sobie wyobrażał, że życie umysłowe lewicy ogranicza się do studiowania kodeksu karnego i dyskusji nad ontologiczną istotą zasady domniemania niewinności, ten był w błędzie.

Dostałem pokątnie zaproszenie na konferencję naukową w setną rocznicę urodzin Władysława Gomułki. Wśród organizatorów są Towarzystwo Naukowe im. Adama Próchnika, Instytut Badań Naukowych im. gen. Edwina Rozłubirskiego, Zarząd Warszawski Stowarzyszenia „Pokolenie”, Krajowa Rada Weteranów Lewicy, Platforma Socjalistyczna SLD oraz redakcje czasopism „Przegląd” i „Dziś”. „Pokolenie” to taka bardziej sędziwa edycja „Ordynackiej”. Czasopismo „Dziś” już dawno powinno było zmienić nazwę na „Wczoraj”. Platforma Socjalistyczna SLD spełnia kryteria dziecięcej choroby lewicowości, opisane przez W. I. Lenina. Jedynie weterani są tu na miejscu, mnie jednak najbardziej zafascynował Instytut gen. Rozłubirskiego. Generał był szefem Związku Kynologicznego, a w stanie wojennym kontrolował z kolei kolej.

Niestety, w programie konferencji nic o psach i pociągach. Wprowadzenie, jak zwykle, Mieczysław F. Rakowski. Wyprowadzenie, jak zwykle, pewnie też. W międzyczasie róg obfitości. Andrzej Werblan o epoce Gomułki (była piękna), Ryszard Nazarewicz o sporze o przyszłość (wtedy była i przyszłość, i spór, teraz został tylko spór), Henryk Słabek o kondycji narodowej Polaków (marna), Mieczysław Tomala o drodze do układów z RFN (przez Moskwę), Marian Dobrosielski o miejscu Polski na świecie (ważne), Eleonora Syzdek o najważniejszym sojuszniku i trudnym partnerze (ze Związkiem Radzieckim na czele), a Aleksander Merkel o roli Kościoła katolickiego w Polsce (rozkładowa).

Po referatach będzie dyskusja nad wszystkim naraz. Uczestnicy, jak się spodziewam, będą wspominać, jak walczyli o socjalizm. Pani Syzdek, którą nazywano kiedyś ciotką rewolucji (oczywiście październikowej), i grono starszych panów, którzy kiedyś odgrywali ważną rolę w gnębieniu robotników, chłopów indywidualnych oraz inteligencji pracującej, ze szczególnym uwzględnieniem inteligencji niepracującej na etacie.

Iqbal Sacranie, sekretarz generalny Muslim Council of Britain, zawiadomił brytyjskiego ministra spraw wewnętrznych Charlesa Clarke’a, że żadna z 350 organizacji muzułmańskich zrzeszonych w Radzie nie weźmie udziału w tegorocznych obchodach rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau organizowanych w Anglii. Powód? Program uroczystości nie uwzględnia Holokaustu narodu palestyńskiego. Wiadomość o bojkocie nadeszła chyba zbyt późno, aby Parlament Europejski mógł do swojej rezolucji oświęcimskiej dopisać jako ofiary obozu Palestyńczyków. Najlepiej zamiast Polaków, a może i Żydów.

Relacje, jakie dochodzą z PE na temat walki o treść tej rezolucji, o przycinaniu i fastrygowaniu prawdy historycznej tak, aby pasowała do potrzeb politycznych i snobizmów intelektualnych współczesności, mogą być najlepszym argumentem za odrzuceniem ratyfikacji traktatu konstytucyjnego. Całkowite poddanie się władzy instytucji europejskich będzie oznaczało w praktyce podporządkowanie się fobiom i ideologiom politycznych krętaczy klasy angielskiej baronowej Sary Ludford, rewolucyjnego internacjonała Daniela Cohn-Bendita albo niemieckiego socjaldemokraty Martina Schulza, wybranego na przewodniczącego frakcji głosami m.in. SLD. Obyśmy się nie doczekali już wkrótce tego, że z Brukseli nadejdzie dyrektywa regulująca obowiązującą wykładnię historii najnowszej. Będzie brzmiała mniej więcej tak: we wrześniu 1939 Polacy napadli na miłujący pokój naród nazistowski, potem założyli polskie obozy koncentracyjne, w których dopuścili się wspólnie z Żydami ludobójstwa na narodzie palestyńskim i homoseksualistach, a po 5 latach zbrodni ukoronowali ją wypędzeniem Niemców bez odszkodowania.

Nie wszyscy Niemcy byli nazistami. Mieszkając w RFN, byłem świadkiem wielu dyskusji na ten temat. W jednej z nich ktoś powiedział: a jakie ja, Żyd i homoseksualista, miałem szanse zostać nazistą? No właśnie, nie miał żadnych. Mógł tylko trafić do polskiego obozu.

Chrystus Pan też był niewinny i też go ukrzyżowali. To są słowa pocieszenia, które dobry wojak Józef Szwejk znalazł dla swojego współtowarzysza z celi na Pankracu, aresztowanego za współudział w zamachu na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Ja też nie znajduję innej pociechy dla czołowych aktywistów SLD, wyrażających wiarę w bezwinę Sobotki, Jagiełly i Długosza, skazanych przez bezduszny sąd na kary bezwzględnego więzienia. Kary rzeczywiście są drakońskie, jak to określił premier Belka, zwłaszcza jeśli się pamięta, że sędzia Anczykowski w ogóle nie uwzględnił przy wydawaniu wyroku tego, że oskarżeni są niewinni, a wziął pod uwagę wyłącznie ich winę. Uwierzył gołosłownie prokuraturze, a zlekceważył wiarygodne zapewnienia obrony. To po prostu zbrodnia sądowa.

Rozgoryczenie kierownictwa SLD jest w tej sytuacji całkowicie zrozumiałe. Nie rozumiejąc wyroku wydanego przez sąd państwa, w którym nie tylko minister sprawiedliwości, ale cały rząd jest z ich ugrupowania, politycy SLD szukają jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tego skandalu. Najprostsze jest to, że aparat sprawiedliwości zwietrzył polityczną zmianę po wyborach i wyrok dostosował do preferencji przyszłego rządu i przyszłego ministra. To sprowadza całą sprawę na zrozumiały dla każdego działacza SLD, racjonalny grunt praktyki politycznej. Pozwala odetchnąć z ulgą. Aczkolwiek skutki są bolesne, pociechą jest, że nic się w Polsce nie zmienia. Sądy nie są niezawisłe, nie kierują się prawem, lecz dostosowują do aktualnych układów. Raz w tę, raz we w tę. Prawdę mówiąc, nastroje w SLD są takie, że po wyroku skazani powinni byli wstać i odśpiewać chóralnie starą pieśń rewolucyjną: Nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my…

Trzeba mieć nadzieję, że ten wyrok jest sygnałem, iż taki dzień już nie nadejdzie. Że doczekamy Polski, w której sędziami będą sędziowie, politykami politycy, przedsiębiorcami biznesmeni, a przestępcami kryminaliści.

Rozeszły się w mediach pogłoski, że niektórzy z wypiekami na twarzy, niczym niedorostki oglądające pornografię, studiują listy z nazwiskami osób zarejestrowanych w zbiorach archiwalnych pozostałych po nieodżałowanej pamięci Służbie Bezpieczeństwa. Poważni, dorośli ludzie tego nie robią. Poważni i dorośli sami produkują pornografię lustracyjną.

Ostatnio ulubionym bohaterem tych, którzy nie węszą, nie podniecają się i nawet nie rumienią, jest pan Maciej Giertych, syn Jędrzeja i ojciec Romana. Macieja Giertycha zlustrowała „Gazeta Wyborcza”, jak się wydaje, z dwóch poważnych powodów. Pierwszym jest to, że ugrupowanie obu Giertychów, LPR, zaproponowało powszechną lustrację i ujawnienie listy agentów w Internecie.

Drugim, że Maciej Giertych ma zamiar kandydować na stanowisko prezydenta RP. Lustracja wykazała, że Maciej Giertych był figurantem o kryptonimie Długi, którego inwigilowało 27 oficerów SB. Jest to piękna konstrukcja językowa, wskazująca na to, że lustratorzy z „Gazety” pełni są dobrej woli, aby dociec prawdy.

Dalej „Gazeta” wykryła, że w stanie wojennym Giertych był w Radzie Konsultacyjnej przy generale Jaruzelskim. Wygląda na to, że zdaniem „Gazety” zachował się niegodnie, choć trudno, mnie przynajmniej, zrozumieć, dlaczego, skoro pamiętam z wypowiedzi autorytetów, do których „Gazeta” jest zbliżona, że Jaruzelski to człowiek honoru i generał, od którego należy się odpieprzyć. Teraz wygląda na to, że stosunki z generałem są hańbiące, nawet jeśli nie sięgają bruderszaftu.

Najlepsze, że zarzut najtęższy wobec Giertycha jest ten, że „jeszcze w 1989 roku chciał utrzymania sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim”. Problem, że nie tylko on wówczas tak sądził i pisał.

Wydaje mi się, że z Giertychami i LPR można, a nawet trzeba walczyć, ale na argumenty, bez pornografii lustracyjno-politycznej, a na pewno w granicach elementarnej przyzwoitości.

Ponieważ wyznaję przekonanie, że jeżeli coś może pójść źle, to na pewno pójdzie, a jeżeli coś może pójść dobrze, to z pewnością utknie, ani przez chwilę nie wierzyłem, że wybory parlamentarne zostaną przyspieszone i odbędą się wiosną. Im głośniej SLD deklamował chęć i wolę przyspieszenia wyborów, tym bardziej się zastanawiałem, co wymyślą, żeby je opóźnić. Nawet pozakonstytucyjne ramy kadencji. Politycy SLD, którzy trzy z okładem lata temu szli do wyborów z obietnicą skrócenia kadencji choćby ze względu na logikę budżetowych rozstrzygnięć i ustalenia kalendarza wyborczego raz na zawsze wiosennie, teraz powiadają, że nie chcą być karpiem domagającym się przyspieszenia Bożego Narodzenia. Nie chcą skrobania, patroszenia i galarety. Bardzo piękny to argument, układanie kalendarza dla ludzi według preferencji karpi. Wszyscy chcą świąt jak najszybciej, 30 proc. Polaków natychmiast, tylko karpie się przeciwstawiają. Co gorsza, karpie mają rację, bez nich nie będzie przedwczesnych świąt, a gromkie obietnice zawsze można zbyć argumentem zapożyczonym od ministra Siemiątkowskiego, że karpie zostały źle zrozumiane.

Jest jednak sposób na przyspieszenie wyborów, a nawet na to, że karpie zaczną wołać głośno o galaretę. Trzeba zawiązać spisek. Niemal co tydzień któryś z instytutów demoskopijnych bada preferencje Polaków i ogłasza rezultaty. Karpie z SLD marnie w tych ankietach wychodzą, co wskazuje, że badani odpowiadają szczerze. No to trzeba się umówić i łgać zbiorowo. Popierać karpie. Jak przez parę tygodni SLD będzie miał sto procent poparcia, albo niewiele mniej, karpie same staną na czele i zażądają galarety.

Jest to pomysł dobry i skuteczny, bo u nas cała polityka sprowadza się do reagowania na ankiety. Ale obawiam się, że wtedy przeciw przedwczesnym wyborom opowiedzą się inne potrawy wigilijne. Borowiki, jagły z odrzutów, chrzan z UP, buraki z Samoobrony, opłatek poświęcany z LPR, łamańce z PSL i bakalie z PiS i PO. Syndrom karpia w galarecie jest zaraźliwy.

Pan prezydent Aleksander Kwaśniewski w manifeście politycznym wygłoszonym na otwarciu debaty na temat Narodowego Planu Rozwoju przeciwstawił ten plan lustracji i dekomunizacji. Odetchnąłem z ulgą. Wracamy na szczytach władzy do prostolinijności. To już nie przemawiał prezydent wszystkich Polaków, pokrzywdzonych i krzywdzicieli jednako, tylko prezydent postkomunistycznej lewicy, sierot po PRL, prezydent prześladowanych esbeków, gnębionych działaczy partyjnych, jutrzenka nowej lewicy z Czarzastym na czele. Szczerość za szczerość. Przemówienie było zawstydzające.

Pan prezydent potępił gry lustracyjne, próby powrotu do historii, hasła dekomunizacyjne i rewanżystowskie. To ostatnie określenie jest bardzo piękne. W ten sposób ja, zwolennik lustracji i dekomunizacji, zająłem w polskiej polityce miejsce, które okupowali przez parę dziesięcioleci Hupka z Czają.

Aleksander Kwaśniewski sprecyzował też, w jaki sposób ja oraz podobni mnie rewanżyści, tacy jak Olga Krzyżanowska, Władysław Bartoszewski, Bohdan Cywiński czy Julia Pitera, weźmiemy odwet. Za pośrednictwem plutonów egzekucyjnych. Skoro tak, to trzeba zapobiec rozlewowi krwi. Generał Jaruzelski w podobnej sytuacji, kiedy „Solidarność” sporządzała listy proskrypcyjne osób do likwidacji, wprowadził stan wojenny. Teraz też można zawiesić demokrację i wprowadzić stan wyjątkowy, żeby Oleksy mógł znów spać spokojnie. Zwłaszcza że, jak w 1981 roku, na listach są te same osoby – lokatorzy i dozorcy teczek.

Ofiarą padną w pierwszym rzędzie ludzie, którzy się załamali, nie wytrzymali gróźb, szantażu, bicia i torturami zmuszeni zostali do wejścia w skład KC, do zajmowania stanowisk rządowych, do kierowania MSW i Służbą Bezpieczeństwa. Straszna perspektywa, obłudnie uzasadniana dążeniem do prawdy. A przecież słusznie pouczał Maksym Gorki, że „musimy wiedzieć wszystko, co działo się w przeszłości, ale nie tak, jak to zostało opowiedziane, lecz w naświetleniu nauki Marksa – Lenina – Stalina”.

Sześciu posłów Samoobrony do Parlamentu Europejskiego wystosowało na ręce przewodniczącego Komisji Europejskiej Barroso, przewodniczącego PR Borrella oraz przewodniczącego Komisji Kultury i Edukacji PE Sifunakisa skargi na dyskryminowanie Samoobrony przez polskie media publiczne. Posłowie, z Ryszardem Czarneckim na czele, wyliczyli dokładnie, że w latach 2003 – 2004 w programie „Rozmowa dnia” na Samoobronę przypadło tylko 0,6 proc. czasu antenowego, w „Kurierze” 6 proc., a w „Echach dnia” zaledwie 3,3 proc. W tym samym czasie Samoobrona, napisali posłowie, zajmowała pierwsze, najdalej drugie miejsce w rankingach poparcia społecznego, które sięgało 30 proc. Ależ oni mają pamięć do cyfr…

Ale Samoobrona ma oczywiście rację. Nie po to ustanowiono wolność mediów w Polsce, żeby pokazywały, kogo chcą, tylko po to, żeby pokazywały Andrzeja Leppera, co najmniej w procentowych rozmiarach odpowiadających badaniom opinii publicznej. Jak poparcie dojdzie do stu procent, powinniśmy mieć Leppera zapowiadającego pogodę, opowiadającego dzieciom bajki w „Dobranocce” i organizującego blokadę w Złotopolicach. Oczywiście, media będą się wykręcać statystyką częstotliwości pokazywania lidera Samoobrony i jego współpracowników w rubryce kryminalnej, w sądzie albo w czasie odbierania immunitetu. Mam nadzieję, że to nic nie pomoże. Barroso z Borrellem i Sifunakisem zaczną teraz oglądać od świtu Telewizję Polską ze stoperem w ręku, robić notatki, liczyć czas antenowy, bo to są poważni politycy i nie dadzą się nabrać. Na końcu Parlament wspólnie z Komisją nakażą TVP pokazywanie Leppera i reszty co najmniej 300 razy w roku pod groźbą wyrzucenia Polski z Unii. Marek Orzechowski, korespondent TVP w Brukseli, zostanie zmuszony do występowania w biało-czerwonym krawacie albo zostanie zastąpiony Czarneckim.

Takie przewiduję konsekwencje tego poważnego skandalu o rozmiarach międzynarodowych. Nie jest też wykluczone, że zwolnią się stanowiska trzech przewodniczących – adresatów skargi, gdyby okazali się słabego zdrowia i zeszli ze śmiechu. Byłby to pierwszy przypadek wpłynięcia przez Samoobronę na bieg dziejów Europy.

Trybuna” omówiła wczoraj list otwarty państwa Marii Szyszkowskiej, Barbary Stanosz, Izabeli Jarugi-Nowackiej, Jolanty Banach i Szymona Niemca, wzywający, nie wiadomo tylko kogo, do bojkotu programu dyskusyjnego Jana Pospieszalskiego „Warto rozmawiać” emitowanego w II programie TVP. List ma tytuł „Warto rozmawiać, ale nie z Pospieszalskim”. Bardzo być może, ale nie widać też żadnych powodów, aby warto było rozmawiać z Szyszkowską, Jarugą czy Niemcem.

Obejrzałem, zupełnie niepotrzebnie, wiele rozmaitych programów, w których występowali sygnatariusze tego listu i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że rozmowa z nimi jest jak dialog z kukułką ze szwarcwaldzkiego zegara. O czymkolwiek by się nie mówiło, kukułka wyskakuje z pudełka i woła – kuku! Ci państwo są tak na ogół monotonni i niezdolni do wyjścia poza swój program kukania, że wysłuchawszy ich raz, można resztę puszczać mimo uszu. Żeby choć raz któreś zabeczało albo zakrakało. To nie. Wciąż tylko „kuku” i „kuku”. To lepiej sobie kupić zegar.

Przy okazji dowiedziałem się z tekstu „Trybuny”, że pani Jaruga-Nowacka już kilka miesięcy temu skierowała list do KRRiTV w sprawie złego prowadzenia się Pospieszalskiego, ale ku jej żalowi nie było żadnej reakcji. Ponieważ ciągle się teraz mówi o teczkach i Służbie Bezpieczeństwa, to wypada żałować, że została zlikwidowana. Gdyby list na Pospieszalskiego Jaruga-Nowacka napisała do SB, reakcja by z pewnością była. Niewykluczone, że po odpowiedniej obróbce Pospieszalski też zacząłby kukać.

W burzliwym roku 1989 gdzieś pod Berlinem zebrało się pięciu opozycjonistów wschodnioniemieckich i powołało do życia, czy też reaktywowało, socjaldemokratyczną partię SPD-Ost. Potem, gdy NRD przestała istnieć, powstał Urząd Gaucka i otwarto archiwa Stasi, okazało się, że czterech z tych pięciu było IM. Jak mówią w Niemczech – Gauck positiv. Po polsku TW.

Jestem człowiekiem pogodnym i życzliwym ludziom, ale kiedy słyszę i czytam namiętne sprzeciwy wobec propozycji położenia wreszcie kresu spekulacjom oraz politycznym rozgrywkom i ujawnienia wszystkich współpracowników Służby Bezpieczeństwa, zaczynam się zastanawiać, kto zakładał u nas opozycyjne i demokratyczne ugrupowania. Ilu z zasłużonych i ilu z protestujących okazałoby się Kieresdodatnimi. Aż ciarki chodzą po plecach na myśl, że Kieresujemni mogliby być w mniejszości. Biedni frajerzy.

Argumenty przeciwko otwarciu archiwów i powszechnej lustracji są głównie natury moralnej. Donosiciele i delatorzy jako pierwsze ofiary anonimowego systemu. Ludzie godni współczucia i całunu milczenia. Strasznie jest stąd blisko do całkowitego odwrócenia podstawowych pojęć o przyzwoitości i dziwię się, dlaczego nie zrobiono jeszcze ostatniego kroku. Trochę wysiłku propagandowego, nieco perswazji, parę autorytetów moralnych i można Polakom wytłumaczyć, że bycie tajnym współpracownikiem stanowi powód do dumy. Nie ma czego ukrywać, bo była to postawa ze wszech miar godna. Wiązała się bowiem z walką wewnętrzną, samozaparciem, cierpieniem i rozterką. Chroniła Polskę przed katastrofą, a Polaków przed zbrojnym podziemiem, powstaniem i przelewem krwi. Esbecy pospołu z TW chronili nas przed nami samymi i przed gorszym złem.

Powszechnej lustracji nie uda się już, na to wygląda, uniknąć. No to trzeba się do niej przygotować tak, aby lustrowani pozytywnie mogli się z niej wyłonić jako najlepsi i najbardziej szlachetni. Wtedy zamiast ukrywać się po kątach, Kierespozytywni będą się mogli zorganizować w Stowarzyszeniu Rakowiecka, spotykać się ze swoimi oficerami prowadzącymi przy piwie i wspominać dawne, dobre czasy. A któregoś dnia, kto wie, nabrać ambicji politycznych i wystartować w wyborach już nie w rozproszeniu, już nie z różnych partii i ugrupowań, ale razem. Połączeni wspólną, dobrą przeszłością.

Razem, starzy przyjaciele, zlustrujcie się z dumą, a ruszycie z posad nie tylko bryłę świata.

Wybory i referenda są jak szampon przeciwłupieżowy. Najlepsze są trzy w jednym. Dają połysk, zapobiegają wypadaniu i nie zostawiają śladów. Niektórzy nasi politycy zachowują się w sprawie wyborów i referendum jak domokrążcy, oferujący tanie mydełka perfumowane. Pierwszym argumentem są oczywiście koszty. Jak się wszystko połączy razem, będzie taniej. Faktycznie, demokracja jest droga. Najtaniej byłoby w ogóle nie przeprowadzać wyborów ani referendów i odłożyć to wszystko do czasu, gdy stać nas będzie na takie fanaberie. No, to zawrzyj, awangardo narodu, sama ze sobą umowę społeczną na następnych dziesięć lat o nieusuwalności, a walkę polityczną o realną władzę prowadź też sama ze sobą na komisjach śledczych.

Oczywiście, za propozycją połączenia wyborów parlamentarnych i referendum nad traktatem konstytucyjnym, a najlepiej dołożenia jeszcze do tego wyborów prezydenckich stoją chytre kalkulacje. Tęgie głowy wymyśliły to sobie, że jeśli połączy się referendum z wyborami parlamentarnymi to, rzecz jasna, że głosujący za konstytucją będą się wstydzili głosować równocześnie na jej przeciwników. Jakoś głupio, pomyśli wyborca, chcieć konstytucji i oddać głos na Rokitę. No to zagłosuję na Janika. Kiedy w tym samym terminie będą się też odbywać wybory prezydenckie, to oczywiście każdy, kto zagłosuje na konstytucję oraz nową lewicę Kwaśniewskiego z Janikiem, Nałęczem, Millerem, Oleksym i Czarzastym, będzie też za kandydaturą Borowskiego na prezydenta.

Tak to sobie ładnie wszystko wykalkulowano, że skoro z badań wynika, iż większość Polaków jest za konstytucją europejską, to większość wybierze też socjaldemokratów, jakkolwiek będą się za dwa miesiące nazywali, i przedstawienie potoczy się dalej.

Szanowni kombinatorzy wyborczy, z brzuchami i kieszeniami napchanymi troską o Polskę, Polaków i ich właściwe wybory, trochę już za dużo tej grandy. Przestańcie nam wciskać szampon przeciwłupieżowy. Stańcie do normalnych wyborów, bez transakcji wiązanej: jak kupicie, obywatele, konstytucję, to dostaniecie w promocji Dyducha. A my Dyducha już mieliśmy.


  • RSS