Pan prezydent Aleksander Kwaśniewski w manifeście politycznym wygłoszonym na otwarciu debaty na temat Narodowego Planu Rozwoju przeciwstawił ten plan lustracji i dekomunizacji. Odetchnąłem z ulgą. Wracamy na szczytach władzy do prostolinijności. To już nie przemawiał prezydent wszystkich Polaków, pokrzywdzonych i krzywdzicieli jednako, tylko prezydent postkomunistycznej lewicy, sierot po PRL, prezydent prześladowanych esbeków, gnębionych działaczy partyjnych, jutrzenka nowej lewicy z Czarzastym na czele. Szczerość za szczerość. Przemówienie było zawstydzające.

Pan prezydent potępił gry lustracyjne, próby powrotu do historii, hasła dekomunizacyjne i rewanżystowskie. To ostatnie określenie jest bardzo piękne. W ten sposób ja, zwolennik lustracji i dekomunizacji, zająłem w polskiej polityce miejsce, które okupowali przez parę dziesięcioleci Hupka z Czają.

Aleksander Kwaśniewski sprecyzował też, w jaki sposób ja oraz podobni mnie rewanżyści, tacy jak Olga Krzyżanowska, Władysław Bartoszewski, Bohdan Cywiński czy Julia Pitera, weźmiemy odwet. Za pośrednictwem plutonów egzekucyjnych. Skoro tak, to trzeba zapobiec rozlewowi krwi. Generał Jaruzelski w podobnej sytuacji, kiedy „Solidarność” sporządzała listy proskrypcyjne osób do likwidacji, wprowadził stan wojenny. Teraz też można zawiesić demokrację i wprowadzić stan wyjątkowy, żeby Oleksy mógł znów spać spokojnie. Zwłaszcza że, jak w 1981 roku, na listach są te same osoby – lokatorzy i dozorcy teczek.

Ofiarą padną w pierwszym rzędzie ludzie, którzy się załamali, nie wytrzymali gróźb, szantażu, bicia i torturami zmuszeni zostali do wejścia w skład KC, do zajmowania stanowisk rządowych, do kierowania MSW i Służbą Bezpieczeństwa. Straszna perspektywa, obłudnie uzasadniana dążeniem do prawdy. A przecież słusznie pouczał Maksym Gorki, że „musimy wiedzieć wszystko, co działo się w przeszłości, ale nie tak, jak to zostało opowiedziane, lecz w naświetleniu nauki Marksa – Lenina – Stalina”.