Rozeszły się w mediach pogłoski, że niektórzy z wypiekami na twarzy, niczym niedorostki oglądające pornografię, studiują listy z nazwiskami osób zarejestrowanych w zbiorach archiwalnych pozostałych po nieodżałowanej pamięci Służbie Bezpieczeństwa. Poważni, dorośli ludzie tego nie robią. Poważni i dorośli sami produkują pornografię lustracyjną.

Ostatnio ulubionym bohaterem tych, którzy nie węszą, nie podniecają się i nawet nie rumienią, jest pan Maciej Giertych, syn Jędrzeja i ojciec Romana. Macieja Giertycha zlustrowała „Gazeta Wyborcza”, jak się wydaje, z dwóch poważnych powodów. Pierwszym jest to, że ugrupowanie obu Giertychów, LPR, zaproponowało powszechną lustrację i ujawnienie listy agentów w Internecie.

Drugim, że Maciej Giertych ma zamiar kandydować na stanowisko prezydenta RP. Lustracja wykazała, że Maciej Giertych był figurantem o kryptonimie Długi, którego inwigilowało 27 oficerów SB. Jest to piękna konstrukcja językowa, wskazująca na to, że lustratorzy z „Gazety” pełni są dobrej woli, aby dociec prawdy.

Dalej „Gazeta” wykryła, że w stanie wojennym Giertych był w Radzie Konsultacyjnej przy generale Jaruzelskim. Wygląda na to, że zdaniem „Gazety” zachował się niegodnie, choć trudno, mnie przynajmniej, zrozumieć, dlaczego, skoro pamiętam z wypowiedzi autorytetów, do których „Gazeta” jest zbliżona, że Jaruzelski to człowiek honoru i generał, od którego należy się odpieprzyć. Teraz wygląda na to, że stosunki z generałem są hańbiące, nawet jeśli nie sięgają bruderszaftu.

Najlepsze, że zarzut najtęższy wobec Giertycha jest ten, że „jeszcze w 1989 roku chciał utrzymania sojuszu Polski ze Związkiem Radzieckim”. Problem, że nie tylko on wówczas tak sądził i pisał.

Wydaje mi się, że z Giertychami i LPR można, a nawet trzeba walczyć, ale na argumenty, bez pornografii lustracyjno-politycznej, a na pewno w granicach elementarnej przyzwoitości.