Chrystus Pan też był niewinny i też go ukrzyżowali. To są słowa pocieszenia, które dobry wojak Józef Szwejk znalazł dla swojego współtowarzysza z celi na Pankracu, aresztowanego za współudział w zamachu na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Ja też nie znajduję innej pociechy dla czołowych aktywistów SLD, wyrażających wiarę w bezwinę Sobotki, Jagiełly i Długosza, skazanych przez bezduszny sąd na kary bezwzględnego więzienia. Kary rzeczywiście są drakońskie, jak to określił premier Belka, zwłaszcza jeśli się pamięta, że sędzia Anczykowski w ogóle nie uwzględnił przy wydawaniu wyroku tego, że oskarżeni są niewinni, a wziął pod uwagę wyłącznie ich winę. Uwierzył gołosłownie prokuraturze, a zlekceważył wiarygodne zapewnienia obrony. To po prostu zbrodnia sądowa.

Rozgoryczenie kierownictwa SLD jest w tej sytuacji całkowicie zrozumiałe. Nie rozumiejąc wyroku wydanego przez sąd państwa, w którym nie tylko minister sprawiedliwości, ale cały rząd jest z ich ugrupowania, politycy SLD szukają jakiegoś racjonalnego wyjaśnienia tego skandalu. Najprostsze jest to, że aparat sprawiedliwości zwietrzył polityczną zmianę po wyborach i wyrok dostosował do preferencji przyszłego rządu i przyszłego ministra. To sprowadza całą sprawę na zrozumiały dla każdego działacza SLD, racjonalny grunt praktyki politycznej. Pozwala odetchnąć z ulgą. Aczkolwiek skutki są bolesne, pociechą jest, że nic się w Polsce nie zmienia. Sądy nie są niezawisłe, nie kierują się prawem, lecz dostosowują do aktualnych układów. Raz w tę, raz we w tę. Prawdę mówiąc, nastroje w SLD są takie, że po wyroku skazani powinni byli wstać i odśpiewać chóralnie starą pieśń rewolucyjną: Nadejdzie jednak dzień zapłaty, sędziami wówczas będziem my…

Trzeba mieć nadzieję, że ten wyrok jest sygnałem, iż taki dzień już nie nadejdzie. Że doczekamy Polski, w której sędziami będą sędziowie, politykami politycy, przedsiębiorcami biznesmeni, a przestępcami kryminaliści.