rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2005

Coraz więcej różnych przedmiotów otrzymujemy jako dodatek do codziennej prasy. Nagrania muzyczne, filmy, programy komputerowe. Sianko wigilijne, chorągiewkę narodową. Róże rzeczy. Ostatnio dostałem razem z „Gazetą Wyborczą” pierwszy tom encyklopedii. Na literę A. Jak będę chciał przeczytać coś na D, będę musiał w lutym też kupić „Gazetę”. Jest to tak zwana wartość dodana, którą męczono rzesze prostych członków partii na wieczorowych kursach marksizmu-leninizmu, a od której dopiero dziś, w kapitalizmie, musimy płacić wszyscy podatek. VAT, czyli Value Added Tax.

Idzie ku temu, że gazety będą kiedyś tylko dodatkiem do gadżetów, którymi obdarowani zostaną kupujący. Może w ramach zaostrzającej się walki konkurencyjnej doczekamy samochodu, dokładanego do każdego egzemplarza dziennika. Na razie jednak dzienniki powinny dogłębniej zastanawiać się, jakie dołączają upominki. Wiązać je z treścią najważniejszych tekstów. Jest łzawa historia miłosna, tragedia rodzinna, bolesne przejścia – dodaje się chustki do nosa. Jest fotoreportaż o życiu i czynach prezydenta – lizak. Publicystyka o polskim zacofaniu – arkusz papieru ściernego do wypolerowania się na Europejczyka. Pikanterie seksualne – viagra albo prezerwatywa do wyboru. Reportaż o działaczach politycznych – kajdanki. Statystyka przestępczości – kałasz z amunicją. Komentarz o niedorastaniu Polaków – wkładki podwyższające do butów albo nawet drabinka sznurowa.

Trzeba mieć trochę wyobraźni. Teraz wszystkie gazety i czasopisma zajmują się rozważaniami, kto będzie prezydentem. Lis, Religa, Borowski, Tusk czy kto tam jeszcze. Aż się prosi dodanie do tego wszystkiego nożyczek i tubki kleju pod hasłem: sam zrób sobie prezydenta. Świetne zajęcie dla całej rodziny na długie zimowe wieczory. Budująca strawa duchowa. Tak więc, jeśli nawet nie dodadzą, to weźcie własne nożyczki i własny klej i zróbcie sobie z gazetowego papieru głowę państwa.

Kolejarze strajkują. Mój przyjaciel miał jechać koleją do miasta Łodzi, ale zrezygnował. Bał się, że ani nie dojedzie, ani nie będzie mógł wrócić. Jest to kolejny etap postępu od ponurych czasów Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Najpierw można było według pociągów regulować zegarki, potem można było w pociągu stracić zegarek, a teraz zegarek w ogóle nie jest potrzebny. Nie można się spóźnić, bo pociągi nie kursują wcale, więc zawsze człowiek zdąży.

Pociągi, którymi ludzie chcą jeździć i na które wykupują bilety, nie kursują z powodu strajku kolejarzy w proteście przeciw planom kolei likwidacji pociągów, którymi ludzie nie chcą jeździć i nie wykupują na nie biletów, a jedynymi pasażerami są konduktor i maszynista.

Oczywiście, można ten konflikt rozwiązać jeszcze prościej, w duchu porozumień społecznych. Zatrudnić Szynalskiego jako prezesa kolei, deficytowe pociągi zlikwidować, ale dać wszystkim kolejarzom gwarancje zatrudnienia na kilka pokoleń naprzód, plus premię za oszczędność na energii i taborze. Aby uniknąć moralnych rozterek, o których tyle teraz słychać z okazji pomyślnego rozwiązania problemów zatrudnienia w energetyce, można na trasy lokalne puścić drezyny ręczne, którymi drużyny konduktorskie przemieszczać się będą zgodnie z rozkładem.

Przy odrobinie dobrej woli zawsze można więc dostrzec światło w tunelu i przełożyć zwrotnicę ku przyszłości, tak aby nie stać się czerwoną latarnią i nie wylądować na bocznicy. Ja mam jednak wrażenie, że ten strajk kolejarzy nie jest przeciw modernizacji kolei, lecz przeciw modernizacji Polski w ogóle. Kolejarze strajkują przeciwko cywilizacji, bogaceniu się Polaków, przeciw zmianie systemu poruszania się, przeciw samochodom, swobodzie i wygodzie indywidualnej. A dalej, przeciw rachunkowi ekonomicznemu, przeciw ohydnej zasadzie zysku i za monopolem kolei na transport. Za realnym socjalizmem. Jak strajk się rozszerzy i potrwa ze dwa lata, może się nawet udać.

Bardzo lubię dostawać listy od czytelników. Dostaję ich sporo i proszę o jeszcze. Większość, przyznaję nieskromnie, jest pochlebna. Ale zdarzają się też krytyczne, niekiedy bardzo. Zwykły los kogoś, kto występuje publicznie. Zazwyczaj przyjmuję krytykę, nawet nieżyczliwą, w pokorze. Jednak ktoś przysłał mi kilka dni temu list, który jest chyba ilustracją szerszego zjawiska. Zasługuje więc na przytoczenie.

Do listu dołączony jest wiersz Asnyka „Żaby”: Żaby, jak to wiadomo, lubią siedzieć w bagnie; Choć która zeń wyskoczy, zaraz wracać pragnie… Dalej jest egzegeza:

„Maciej Rybiński. To co poniżej, mogłoby odnosić się do ciebie. Ale Asnyk nie przewidział, że można wyszukiwać błoto nie wszędzie, tylko tak jak ty w jednym gównie. Skoro jesteś (więc piszesz), to przestań publikować te jednostronne brednie. Kochany, czas na leczenie psychiatryczne, bo może być za późno. Bez poważania. Człowiek normalny, mądry i inteligentny (dostatecznie dobrze wykształcony)”.

Jak z tego widać, autorowi listu nie podobają się moje poglądy. Każdemu wolno. Na tym polega wolnościowa demokracja. Zastanawiające jest co innego. Dlaczego człowiek we własnej samoocenie normalny, mądry, inteligentny i dostatecznie dobrze wykształcony, wydając opinię o tekstach jakiegoś tam felietonisty jednej z gazet, nie podpisuje się nazwiskiem? Można by przypuszczać, że przy wszystkich cnotach nie jest odważny. Ale na litość boską, czy wyrażenie swojej opinii o mojej skromnej działalności publicystycznej wymaga odwagi? Przecież ja nie dysponuję aparatem represji, nie mogę, choćbym nawet chciał – a nie chcę – pozbawić kogoś, kto mnie nie uwielbia i nie pisze o mnie panegiryków, środków utrzymania, nie wezwę na przesłuchanie, nie będę wkręcał palców w szufladę, nie odbiorę premii i nie wstrzymam przydziału na pralkę.

Można o mnie wypisywać, co się chce, otwarcie, niczego nie ryzykując. Piętnaście lat minęło od momentu ustawowego zadekretowania społeczeństwa obywatelskiego, ale jakoś ta III Rzeczpospolita kuleje. I wiem dlaczego. Mamy konstytucyjne społeczeństwo obywatelskie, tylko nie mamy obywateli. Mamy stado anonimów szepczących po kątach. Przecież gdyby autor tego listu chciał skrytykować kogoś obdarzonego rzeczywistą władzą i posłać go (słusznie) do psychiatry, nie napisałby nawet anonimu. Zakradłby się nocą do szaletu publicznego i napisał na ścianie parę wyzwisk. Bez błędów ortograficznych z h i ó, bo jest przecież dobrze wykształcony i inteligentny.

Nie pytam, gdzie i kiedy Polacy, wśród nich mój listopis, uczyli się pisać anonimy, bo wiem. Ale czas się oduczyć.

Przeczytałem, że grupa Polaków pokrzywdzonych przez światowe koncerny tytoniowe, przede wszystkim amerykańskie, przymusem palenia papierosów zamierza skarżyć sprawców nieszczęścia o odszkodowania. Najchętniej wysokie.

Otóż ogłaszam publicznie, że ja się przyłączam. Też będę skarżył, z tą różnicą, że nie koncerny zagraniczne, tylko polski skarb państwa. Po pierwsze dlatego, że mi bliżej do kasy, a po drugie i najważniejsze, że odpowiedzialność za mój nałóg palenia ponosi państwo polskie, a konkretnie PRL, którego prawnym następcą jest, niestety, III RP.

Zacząłem palić w połowie lat 60., kiedy państwo miało monopol na produkcję i dystrybucję papierosów. Nie było żadnych marlboro czy cameli, tylko Polski Monopol Tytoniowy. Czego to ja nie paliłem za poduszczeniem tego monopolu: mazury, żeglarze, sporty, extra mocne bez filtra. Czasem nawet giewonty paliłem. Zamożniejsi znajomi częstowali mnie belwederami. Zagrzewany hasłami politycznymi, dla okazania solidarności z rewolucją kubańską i na pohybel amerykańskim imperialistom, sztachałem się papierosami Partagos, zwanymi też Parteigenosse. Z podziwu dla osiągnięć przodującej gospodarki radzieckiej kupowałem od pasażerów Pociągów Przyjaźni biełomory. Czasem wysocy czynownicy partyjni spotkani w restauracji Kameralna kopsali kazbeka. Cóż to było za święto, mieć w RWPG także płuca.

Jako palacz dotrzymywałem kroku socjalistycznemu rozwojowi. Paliłem caro i carmeny. W stanie wojennym kupowałem papierosy na wagę. Niektóre sztuki dochodziły do pół metra długości. To były prawdziwe kingsajzy, ale jak się miało pecha, trzeba było palić same filtry. Otóż za to wszystko powinno teraz beknąć państwo, które to produkowało i sprzedawało, przez jakiś czas nawet na kartki, co powodowało, że nawet niepalący zaczynali palić.

Większość z tych, którzy chcą teraz odszkodowań z Ameryki, jest w wieku, pozwalającym przypuszczać, że mają za sobą podobną drogę palaczy jak ja. Panowie, marlboro mogliście sobie wtedy oglądać na filmach albo przez szybę w Peweksie. Bądźcie poważni i przyłączcie się do mnie. Do odszkodowania z zagranicy moralne prawo mają tylko narkomani. Powinni się zorganizować i zaskarżyć kolumbijskie kartele. Po wyroku pośle się do Medellin polskiego komornika, który przywiezie odszkodowanie na Dworzec Centralny w Warszawie. Będzie za co popić i zajarać.

Słabe to pocieszenie, ale jesteśmy tylko małym, prowincjonalnym oddziałem wielkiego, europejskiego domu wariatów. Krótko przed świętami w Birmingham kilka tysięcy Sikhów zaatakowało miejscowy teatr, demolując budynek, bijąc policjantów i widzów, w tym także dzieci, które udawały się na choinkowe przedstawienie w innej sali. Powodem rozruchów była premiera sztuki „Bezhti” (Hańba) autorstwa Gurpreeta Kaur Bhattiego, także Sikha, opowiadająca o gwałcie i morderstwie w świątyni tego hinduskiego wyznania.

Sztuka została natychmiast zdjęta z afisza, jej autor zszedł do podziemia w obawie o własne życie i dotąd się ukrywa, zaś brytyjska minister do spraw równości ras (ciekawe, że od wszelkiej równości ministrami są wszędzie kobiety) pani Fiona Mactaggart oświadczyła, że Sikhowie postąpili słusznie, korzystając z prawa do swobodnego wyrażania opinii, które jest ważną częścią brytyjskiej tradycji. Na pytanie, co ze swobodą wypowiedzi artystów, pani minister odparła, że swoboda wypowiedzi protestujących jest ważniejsza od swobody artystycznej ekspresji.

Oczywiście byłoby naiwnością przypuszczać, że gdyby to artyści teatralni zdemolowali świątynię Sikhów i pobili wiernych, rząd brytyjski usprawiedliwiłby ich, odwołując się do wolności słowa. Zostaliby ogłoszeni integrystami chrześcijańskimi, inkwizytorami i posadzeni za kraty nie tylko za gwałtowny sposób wyrażania poglądów.

Kilka dni przed tym incydentem brytyjska korporacja BBC dostarczyła policji film, nagrany potajemnie podczas wieców Nicka Griffina, przywódcy nacjonalistycznej British National Party. Kiedy film obejrzeli eksperci, Griffin został aresztowany za podżeganie do nienawiści rasowej. Powodem były ostrzeżenia przed islamskim fundamentalizmem, nazwanie islamu „grzesznym” oraz cytowanie stronniczo wybranych cytatów z Koranu, dających muzułmańskim mężczyznom prawo do wzięcia każdej kobiety, która muzułmanką nie jest.

Dlaczego zakwalifikowano to jako szerzenie nienawiści rasowej? Po prostu dlatego, że ustawa o nienawiści religijnej jest dopiero przygotowywana, a o rasowej już istnieje. Kiedy Izba Gmin przyjmie ustawę religijną, rząd powiększy się o nowego ministra do spraw równości religii. Dopiero wtedy zapanuje harmonia, Boże Narodzenie zostanie zakazane, a Sikhowie z muzułmanami będą chodzić po domach i niszczyć choinki.

Europa zbliża się szybkim krokiem do obłędu. Kiedy słyszę biadolenia, że nie nadążamy, oddycham z ulgą. Jeszcze.

Im bardziej despotyczny jest system polityczny, im więcej władzy spoczywa w rękach jednostki lub małej grupy osób, tym bardziej bogactwo skoncentrowane jest w rękach nielicznych. Tak zorganizowane społeczeństwa dzielą się na niewielu bogatych i wielu biednych. Tylko demokracja gwarantuje dostatecznie wiele swobody dla indywidualnej inicjatywy gospodarczej, która jest źródłem dobrobytu. Takie są wnioski z analizy różnic w poziomie dobrobytu między krajami Europy i Azji, sformułowane przez profesora Davida Landesa z Harvardu w książce „Poziom życia a systemy gospodarcze”.

plus_minus_a_3-1.F.jpg
(c) MIROSŁAW OWCZAREK
Zadziwiające jest to, że w oczach większości Polaków, w tym wielu polityków i publicystów, władzę w demokratycznej Rzeczpospolitej ma niewielka grupa osób, a bogactwo też jest skoncentrowane w rękach nielicznych. Czyżbyśmy żyli w despotii, w której absolutny władca Kwaśniewski, otoczony garstką dworaków, umożliwia nieokiełznane bogacenie się kilku Kulczykom i Gudzowatym? Taka teza byłaby zbyt radykalna i nawet najwięksi przeciwnicy obecnego układu władzy nigdy by się z nią nie zgodzili, być może zresztą z dumy narodowej.

Spadek po PRL
A jednak coś z tą Polską jest nie w porządku. Przy okazji afery Orlenu i prac komisji sejmowej nazwisko Jana Kulczyka było zamiennie używane z określeniem „najbogatszy Polak”, które miało charakter wyraźnie pejoratywny, a nawet brzmiało jak zarzut. Bogactwo potraktowane jako stan moralnie naganny. Z drugiej znów strony sam Jan Kulczyk, wezwany przez komisję w charakterze świadka zachowywał się w sposób typowy dla oskarżonych, choć żadne zarzuty formalne nie były mu stawiane. Działalność mecenasa Jana Widackiego pogłębiała jeszcze wrażenie, że mamy do czynienia z obroną przestępcy, o którym wiadomo już, że jest złoczyńcą, teraz trzeba tylko odszukać zbrodnię, jakiej się dopuścił.

Ale to nie koniec trudności z określeniem, w jakim państwie żyjemy. Mamy system prawa nieróżniący się już od zachodnioeuropejskich, mamy wszelkie gwarancje swobód i wolności obywatelskich, systemy kontroli, parlament i pluralizm polityczny, kadencyjność władz, wolne media i wielkie afery, które zawsze, przynajmniej personalnie, ocierają się o pałac prezydencki.

Są łatwe odpowiedzi. Co chwila ktoś gdzieś pisze i mówi o tym, że Polską rządzi oligarchia. Mówią to ludzie, którzy nie domyślają się nawet, skąd to określenie pochodzi i co ono znaczy. Trzeba wrócić do źródeł. Arystoteles w „Polityce” napisanej gdzieś około roku 350 przed Chrystusem oligarchię opisywał następująco: „Inny rodzaj to ustrój, w którym urzędy zależne są od cenzusu majątkowego, ale ten jest niski. Każdy, kto zdobędzie odpowiedni majątek, ma do nich dostęp, a kto go traci, traci i dostęp do urzędów”. (Przekład L. Piotrowicz, Książka i Wiedza 1957)

I u nas ma być oligarchia? Przecież nie wedle tej klasycznej definicji. U nas jest dokładnie odwrotnie – do urzędów pchają się ludzie nie dlatego, że mają majątek, ale dlatego, że chcą go zdobyć. Kto stracił majątek, nie tylko nie traci dostępu do urzędów, ale przeciwnie, robi wszystko, żeby go uzyskać i majątek odbudować. Nie, oligarchii u nas nie ma. Oczywiście, istnieje zjawisko oligarchii psychicznej – ludzie, którzy sprawują urzędy, sami siebie uważają za najlepszych i najmądrzejszych tylko z tej racji, że je sprawują. Byłaby to oligarchia ducha, gdyby taka samoocena była prawdziwa i podzielana przez innych. Co się nigdy niemal nie zdarza. Dzieje się tu dokładnie tak samo, jak w przypadku cenzusu majątkowego oligarchii starożytnej – nikt nie ubiega się o urząd, dlatego że jest najlepszy i najmądrzejszy, ale ubiega się o niego, aby zostać zarówno dobrym, jak i mądrym. Co zresztą nikomu się jeszcze nie udało, a jednak nie zniechęca.

Polską nie rządzi oligarchia. Polska jest rządzona przez konstytucyjne władze. Natomiast zarządzana jest przez duchowy i materialny spadek po PRL i okresie przejściowym, w którym rewolucyjny przełom ustrojowy skanalizowano i zinstytucjonalizowano, na chwałę hydraulików moralności i apostołów wybaczania. Gospodarka jest wolna zawsze. Także w PRL, gdzie wolna była dla tych, którzy nią dysponowali. Różnica pomiędzy socjalistyczną gospodarką planową a gospodarką rynkową sprowadza się do roli pieniądza. Pieniądz odgrywał w PRL rolę drugorzędną, uzupełniającą, gospodarka stała planowymi zadaniami, nakazami i przydziałami. Pieniędzy było w bród i nigdy nie mogło ich zabraknąć, bo zawsze można było podjąć planową decyzję o ich dodrukowaniu. Brakowało tylko towaru.

Bronić kapitalizmu jak niepodległości
Transformacja, a zwłaszcza plan Balcerowicza – który podjął odważną decyzję zwalczania pozostałego po rządach Rakowskiego nadmiaru pieniędzy nie poprzez inflację, tylko przez reformę walutową – spowodował, że sytuacja w III Rzeczpospolitej się odwróciła. To pieniądz stał się towarem deficytowym. Silna złotówka była najważniejszym warunkiem powstania rynku, ale jego uczestnicy nie mieli doświadczenia i nawyków funkcjonowania w gospodarce rynkowej i przede wszystkim nie mieli pieniędzy. Przynajmniej dostatecznych pieniędzy.

Jedynym wyjątkiem – oprócz ociągających się z lęku przed polityczną niestabilnością inwestorów zagranicznych – byli ci, dla których gospodarka była zawsze wolna. Działacze partyjni wysokiego szczebla, socjalistyczni menedżerowie, funkcjonariusze służb specjalnych i osoby ich zaufania. Nie wchodzę tutaj w czysto kryminalny problem – skąd, z jakich źródeł wzięły się pieniądze na rozpoczęcie drogi ku bogactwu tych, których dziś nazywa się fałszywie oligarchami. Nie wiem nawet, czy – podobnie jak na przykład w NRD – partia udzielała swoim działaczom bezzwrotnych pożyczek. W każdym razie majątki rodziły się na ruinach socjalistycznej gospodarki na styku między polityką, policją polityczną i wywiadem.

Dziś to nie byli magnaci partyjni, nie funkcjonariusze aparatu ucisku, nie oficerowie SB rejestrują się jako bezrobotni, wystają w kolejkach po zasiłki, podlegają upokorzeniom. Przeciwnie, oni wspaniale znaleźli się w nowym systemie ekonomicznym, dysponując koniecznym, choć zapewne nie swoim, kapitałem. Przyznam samokrytycznie, że broniłem przed laty procesu uwłaszczania się nomenklatury, wskazując, że uwłaszczeni bronić będą kapitalizmu jak niepodległości Polski. Niestety, zależności wzajemne, w jakie wtedy popadli nowi kapitaliści i nowi demokraci, przetrwały do dziś. Model współpracy, jaki w tamtym czasie powstał dla zagrabiana resztek po społeczeństwie socjalistycznym, nie tylko funkcjonuje nadal, ale przeniósł się, jako metoda skuteczna, ze szczebla centralnego na prowincjonalny. Do Starachowic, Pabianic, Opola… Rozlazł się i psuje państwo.

Psuje całą klasę polityczną. Ludzie z dawnej opozycji antykomunistycznej – często bardzo szlachetni i mający piękną kartę przeszłości, którzy po 1989 roku poszli do polityki, żeby zbudować państwo uczciwe w obliczu pokusy szybkiego, choć niemoralnego wzbogacenia się, zakombinowania – okazują słabość. Jakby chcieli nadrobić stracony czas. Jakby nie chcieli wyjść na frajerów, szarpiących się w imię ideałów bez żadnych korzyści. Przykład majątkowej sprężystości postkomunistów, ale także nacisk bliskiego otoczenia, pokusa nepotyzmu, niepewność politycznej przyszłości – wszystko zapewne przyczynia się do tego, że i prawica, że i obóz postsolidarnościowy nie jest bezgrzeszny. Ale też i nic nie może być tego usprawiedliwieniem. Państwo to nie jest zabawka w bierki, gdzie wygrywa ten, kto wyciągnie więcej, zanim konstrukcja się zawali.

Co najciekawsze, ponieważ cały ciężar nie tylko transformacji, ale i skutków afer, nadużyć i rabunków politycznych, ponosi społeczeństwo, sprzyja to paradoksalnie – i przynajmniej do czasu – temu ugrupowaniu politycznemu, które jest nie tylko eksponentem interesów nowobogackich i ich politycznych opiekunów, ale i oazą nostalgii za dawnymi dobrymi czasami. Czyli SLD z przyległościami.

Znalazłem pracę Franza Böhma, profesora Uniwersytetu w Tybindze „Porządek gospodarczy i konstytucja państwa”, w której autor przewiduje, że chaotyczne warunki przełomów ustrojowych będą przymuszać prześladowanych do tęsknoty za prześladowaniami i marzenia o tym, aby trwały wiecznie.

Książka prof. Böhma została wydana w roku 1950. Wszystko już więc było, a więc i to, co jest u nas dziś. I to znacznie wcześniej. Polskę obecną, III Rzeczpospolitą, bardzo ładnie, tak mi się przynajmniej wydaje, opisał także Arystoteles. Proszę bardzo: „Wreszcie całkiem inny rodzaj, gdy co do reszty obowiązują te same zasady, ale panem jest lud, a nie prawo. Bywa to wówczas, gdy o wszystkim decydują coraz to nowe uchwały, a nie prawo. Że tak się dzieje, to wina demagogów. Bo w demokracjach, gdzie włada prawo, nie ma warunków do wystąpienia demagoga i rolę przewodnią grają najlepsi z obywateli; gdzie zaś prawa nie panują, tam zjawiają się demagodzy. Lud mianowicie zajmuje wówczas stanowisko monarchy, jako jednostka zbiorowa, bo panuje tu ogół; nie każdy z osobna, ale wszyscy razem, wzięci jako całość”.

No i czy tak nie jest? Wystarczy wyjść ludowi na ulice, założyć biało-czerwone krawaty, pokrzyczeć trochę, poblokować, żeby wymusić nowe uchwały niszczące prawo. A prawo zniszczone w jednym miejscu degeneruje się także we wszystkich innych. Ale poczytajmy dalej, co też o Polsce miał do powiedzenia wieszczy Arystoteles: „Tak więc lud występujący jako monarcha stara się okazać swą władzę. Nie kieruje się prawem i działa jak despota, tak że dochodzą u niego do znaczenia nawet pochlebcy. Toteż taka demokracja odgrywa rolę analogiczną do tyranii między monarchiami. Stąd i charakter obu ustrojów jest ten sam: w obu lepsi znoszą bezwzględny ucisk, uchwały ludu są tu tym, czym tam rozporządzenia, a demagog pełni rolę analogiczną do pochlebcy”.

Władza ludu, czyli burdel
No proszę. U nas większość partii politycznych i większość polityków prześciga się w dobrym wypełnianiu roli demagoga, czyli pochlebcy ludu, a kto jest lepszym pochlebcą, ten zyskuje większy poklask tłuszczy. A ponieważ od czasów Arystotelesa dokonał się także pewien postęp, lud uległ również prywatyzacji, rozproszeniu i ujednostkowieniu i taki pochlebca jest równocześnie eksponentem ludu i pochlebia sam sobie.

Znacznie wcześniej, bo w V wieku przed Chrystusem, w „Dziejach” autorstwa Herodota perski wódz Megazbytos o ludzie mówił tak: „Czy znajdziecie coś bardziej bezmyślnego i butnego niż pospólstwo? Na to nie przystanę w żaden sposób, abyśmy uciekając przed pychą tyrana mieli paść ofiarą pychy bezczelnego tłumu! Tyran, jeśli rozwija jakąś działalność, to przynajmniej wie, czego chce. Ludowi brak wszelkiego rozeznania. Bo i jakże miałby on cokolwiek wiedzieć, skoro ani się uczył, ani nie zna nic prawdziwie pięknego? Odrzuca więc precz wszelkie ważne sprawy, wpadając na nie niby wezbrana rzeka górska”. (Przekład S. Hammer, Książka i Wiedza 1959)

I pomyśleć, że ani w Persji, ani w Grecji nie było partii politycznych. Nie było więc także reinterpretacji pychy bezczelnego tłumu w zbiorową mądrość narodu, społeczeństwa, ludu pracującego miast i wsi.

U nas nie ma żadnej oligarchii w żadnym znaczeniu tego pojęcia. Jest demokracja, czyli władza ludu, czyli burdel. A marzyłoby się, aby przypomnieć sobie pojęcie używane w starożytnej Grecji, dziś niestety zapomniane, wpisać je do naszej konstytucji i spróbować realizować – isonomia. Isonomia, czyli równość praw. Jednakowe prawa, przywileje i obowiązki dla wszystkich. Ale przy takim ludzie i takich jego reprezentantach to mrzonka. W Polsce przywileje reinterpretowane są jako prawa przyrodzone, a prawa nie niosą z sobą obowiązków.

Lud, społeczeństwo, naród, zbiorowość jest raz na cztery lata suwerenem wyborczym. Potem jest już tylko pretekstem do demagogii. Kiedy w Polsce mówi się o wolności, to na ogół o wolności własnej. O swobodzie interpretacji prawa dla własnej korzyści i o wolności nie tylko od ograniczeń prawa, ale i od zwykłej, ludzkiej przyzwoitości.

Zacząłem też tekst od rzekomych oligarchów i od Jana Kulczyka. Kiedy trwały przepychanki w sprawie jego stawienia się przed komisją Gruszki, naczelnym argumentem przeciwko próbie przesłuchania „najbogatszego Polaka” były ostrzeżenia, że odstraszy to od inwestowania w Polsce zagranicznych biznesmenów. Kuna i Żagiel, najczęstszy typ zagranicznego inwestora, o jakim słyszymy, jakoś się nie przestraszyli.

Propozycja zawieszania powszechności prawa w imię jakichś wyimaginowanych, wyższych interesów, o co nawołują przy okazji śledztw w sprawach aferalnych ludzie uważani za poważnych, nawet za mężów stanu, jest konsekwencją rodzenia się niektórych naszych struktur gospodarczych poza prawem, na ziemi niczyjej. Ich realizacja byłaby potwierdzeniem prawomocności bezprawia.

Można wyśmiewać się z komisji śledczych, czasem nawet trzeba, można bronić Kulczyków i ich przyjaciół, można żądać nawet nowej grubej kreski, tym razem gospodarczej, ale pod warunkiem, że odbywa się to w ramach struktury porozumiewania się wewnątrz społeczeństwa, a nie poza nią. Że nie jest równoznaczne z naruszaniem zasady niezmienności podstawowych reguł funkcjonowania państwa, a tylko realizacją otwartej dyskusji, z koniecznym wyjaśnianiem motywacji przedstawionej idei.

Niestety, w tej sprawie mamy oligarchię, całkiem odmienną od tej, o której się mówi. Oligarchię informacji i dostępu do wiedzy o sprawach, z których kiedyś narodziły się koszmary, zaludniające dziś stronice gazet.

W głosowaniu nad nowelizacją ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, która przewiduje między innymi wstrzymanie uposażenia dla posła pozbawionego wolności, przeciwko poprawce opowiedziało się 74 posłów, a 83 wstrzymało się od głosu. Pierwsze, co się nasuwa, to że 74 posłów liczy się poważnie z aresztowaniem w najbliższej przyszłości, a 83 ma jeszcze nadzieję, że dowody nie będą wystarczające, a świadkowie zamataczą.

Ale takie prostackie tłumaczenie rozkładu głosów nie wytrzymuje konfrontacji z poważną dyskusją, jaka toczyła się w Sejmie. Padały tam głosy nacechowane troską. Poseł Marian Janicki z Unii Pracy stwierdził, że Sejm dostosowuje prawo do sytuacji, którą sam stworzył. Jest to prawda. Sejm, uchylając immunitet posła Pęczaka, doprowadził do jego aresztowania. Można było tego wprawdzie uniknąć, gdyby poseł Pęczak dostosował się sam do prawa istniejącego już uprzednio, ale to wykręt, bo nie po to zostaje się posłem, żeby naginać się do przepisów. Poseł Jan Łopuszański z Porozumienia Polskiego zarzucił Sejmowi, że rozstrzyga materię ustawową w kontekście jednego przypadku, a uchwalone przepisy będą miały charakter generalny. I to jest też racja. Znacznie rozsądniejsze byłoby przyjęcie ustawy o treści „poseł Pęczak po aresztowaniu traci prawo do wynagrodzenia i udziału w głosowaniach”. A tak, przy takiej generalizacji, także inni posłowie, nawet Łopuszański, gdyby trafili za kraty, stracą pieniądze.

Poseł Janusz Dobrosz z LPR pytał, kto poniesie konsekwencje moralne nowelizacji, jeśli Pęczak zostanie uniewinniony, ale nie pytał, kto ponosi już takie konsekwencje z powodu aresztowania i będzie je ponosił po orzeczeniu winy. Władysław Czechowski z Samoobrony chciał wiedzieć, kto zapłaci posłowi odszkodowanie za straty poniesione w czasie aresztowania. Tu odpowiedź jest prosta – my, podatnicy. Płacimy, kiedy poseł jest na swobodzie, płacimy, kiedy idzie siedzieć i będziemy płacić, kiedy wyjdzie.

Na tym polega demokracja, także młoda, o losy której martwił się w Sejmie inny poseł Samoobrony Marian Curyło, twierdząc, że nowelizacja wprowadza psychozę strachu. I znów ma rację – teraz strach będzie ukraść, strach będzie się skorumpować, bo nie dość, że posadzą za kratki, to jeszcze odetną od cycka kasowego. Po prostu zgroza. Może by Samoobrona dokonała jakiegoś aktu protestu. Proponuję, zamiast pasiaków, krawaty w kraty.

Pod koniec października mój redaktor naczelny otrzymał list od dyrektora Biura Informacyjnego Kancelarii Sejmu, pana Stanisława Kostrzewy, przekazujący refleksje Józefa Oleksego, wtedy jeszcze marszałka Sejmu, na temat mojej felietonistyki. Ostatni akapit tego listu brzmiał: „Marszałek często czyta felietony M. Rybińskiego, odnajdując w nich ziarno słusznej i dobrej satyry politycznej. Tym razem jednak lekturze felietonu towarzyszyło zwykłe obrzydzenie”.

Jak łatwo się domyślić, felieton, który wywołał obrzydzenie marszałka Oleksego, był poświęcony marszałkowi Oleksemu. Pozwoliło mi to lepiej zrozumieć mentalność tego wybitnego polityka polskiej lewicy. Otóż, kiedy pisze się, a nawet szydzi z innych polityków, jest to słuszna i dobra satyra. Kiedy to samo robi się z Józefem Oleksym – jest to obrzydliwe. To zrozumienie jest powodem, dla którego nie zdziwiły mnie ani ton, ani treść pożegnalnego wystąpienia marszałka w Sejmie.

Z Rzecząpospolitą Polską jest dokładnie tak samo, jak z felietonem Rybińskiego. Jest sprawiedliwa, dopóki jest dobra dla Oleksego. Jest matką, kiedy dopuszcza go do najwyższych stanowisk w państwie, i staje się macochą, kiedy go tych stanowisk pozbawia. Jest sprawiedliwa, kiedy Oleksy czuje się dobrze, i niesprawiedliwa, gdy on ma wrażenie, że uczyniono mu krzywdę. Wszystko inne jest drugorzędne, łącznie z prawem, które powinno ustąpić przed chwałą Oleksego.

- Wierzę, że przyjdzie w Polsce czas właściwej skali ocen i języka sprawiedliwego – powiedział w Sejmie Oleksy. Wydaje mi się, że byłby to czas wysokich ocen życia i pracy Józefa Oleksego, język pochwał, peanów i zachwytów dla jego osoby. Inny nie wchodzi w rachubę. Egocentryzm wystąpienia odchodzącego marszałka był, nawet jak na polskie standardy, wyjątkowy. Żałowałem tylko, że Oleksy nie mówił w trzeciej osobie. Formuła: marszałek poświęcił całe swoje życie i wszystkie siły Polsce, brzmiałaby bardziej przekonująco niż bezpośrednie – poświęciłem… Rozumiem, że nikt inny nie chciał, trzeba było wziąć sprawę jak zwykle we własne ręce, ale trzecia osoba byłaby tu bardziej na miejscu.

Trochę szkoda, że kiedy dorobiliśmy się wreszcie po latach komunizmu, po wszystkich aferach transformacji i lustracji własnego Katona, nieugiętego obrońcy cnót, jest on tylko Katonem własnych spraw i sprawek.

Co to się porobiło! Z ludźmi już w ogóle nie można rozmawiać. Spróbujcie namówić kogoś, nawet z kręgów zbliżonych do intelektu, żeby pogawędził o istocie bytu, menedżera na rozmowę o gospodarce, bezrobotnego o bezrobociu, lekarza o ślepej kiszce albo o migdałkach, poetę o anapestach. Nie chcą. Rodzina nie chce gawędzić o nieobecnych krewnych. Antysemici bronią się przed rozmową o gojach, a ciemnogrodzianie o gejach. Lustratorzy stracili zainteresowanie teczkami, a erotomani kobietami. Wszyscy ględzą tylko o jednym. Na targu chłop, któremu żaliłem się, że nasypał mi zgniłych kartofli, odparł gniewnie: – Nie ma pan większych zmartwień? Co tam kartofle. No, gniją. Co z tego? Gorzej, że SLD gnije. Ja już z tego nie śpię po nocach.

Nie pamiętam, żeby za mojego życia cokolwiek było przedmiotem tak ożywionej debaty, zarówno prywatnej jak i publicznej, jak losy Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ani Ruscy, ani kosmici, ani niemieccy wypędzeni. Od tygodni, dzień w dzień, tuziny ekspertów we wszystkich mediach oblizują SLD ze wszystkich stron, badają jego życie wewnętrzne i wydają się niezwykle przejęci perspektywą ostatecznego upadku tej formacji. Groza unosi się nad Polską. Widmo choroby sierocej.

Co my, biedacy, zrobimy, osieroceni przez Oleksego z Millerem, Janikiem, Dyduchem i Pastusiakiem? Ten straszny niepokój przenosi się na sferę prywatną i obejmuje, jak się kiedyś mówiło, najszersze warstwy społeczeństwa. Nawet margines najpierw grypsuje o SLD, a dopiero potem łapie za gorzałę. Spróbujcie u cioci na imieninach skierować rozmowę na wuja Władzia, który złamał nogę, a zaraz usłyszycie, że to żadne nieszczęście w porównaniu z SLD, które przetrąciło sobie kręgosłup ideowy.

Ludzie, trochę rozwagi. Nic się strasznego nie dzieje. Jeśli nie jesteście członkami SLD, jeśli nie dostaliście się z tego powodu do rady nadzorczej albo administracji państwowej, co was to wszystko tak naprawdę obchodzi? Od losów SLD nie zależą losy świata. Po co się ekscytować? Są znacznie lepsze i poważniejsze powody do wzruszeń niż to, że parę osób straci utrzymanie z pieniędzy publicznych i będzie się musiało wziąć do pracy.

Owszem, SLD ma kolosalną przeszłość, jako PPR, PZPR i SdRP, ale przyszłości raczej nie ma żadnej. Eksperci i żurnaliści ciągle to SLD wałkują, ale to dlatego, że na niczym innym poza relacjami pomiędzy Kwaśniewskim a Millerem czy Oleksym i Janikiem się nie znają. No to niech się zaczną uczyć. A my pogadajmy znów o naszych sprawach.

Po co nam marszałek Sejmu? Jeśli wierzyć ostatnim wypowiedziom polityków i enuncjacjom prasowym, fotel marszałkowski służy jako katapulta. Marszałkiem zostaje się, aby być wypromowanym na prezydenta. Objawiła się powszechna ufność w prostą zależność prezydentury od potrzymania laski marszałkowskiej i zadawania pytań – kto się wstrzymał, dziękuję oraz czy jest potrzebna przerwa?

Ma to pewnie związek z transmisjami telewizyjnymi i podziwem, jaki budzi w społeczeństwie sprawne odczytywanie poprawek mniejszości zgodnie z drukiem 5761. Wiara, że społeczeństwo nie zagłosuje na nikogo, kogo nie widziało w roli marszałka i nie słyszało, jak srogo napomina – panie pośle, pański czas minął! – jest doprawdy rozczulająca. To coś jak z „Dziadów” Mickiewicza, kto nigdy pośladkiem nie dotknął fotela, ten nigdy nie będzie prezydentem.

Oczywiście, najważniejszą rzeczą w państwie jest kontynuacja władzy. Cimoszewicz zastępuje rzuconego na stos Oleksego (na stos rzuciliśmy Józefa los, na stos, na stos) tylko po to, aby zastąpić wkrótce Kwaśniewskiego. Role rozdane, kurtyna opada, możemy iść do urn.

Trochę inną wykładnię roli marszałka w życiu Polski w ogóle, a Sejmu szczególnie, dał wczoraj w radiu Krzysztof Janik, ujawniając swoje oczekiwania wobec Włodzimierza Cimoszewicza. – Spodziewam się – powiedział Janik – że Cimoszewicz okiełzna rozpasane dyskusje sejmowe. Kiełznanie Sejmu ze szczególnym uwzględnieniem dyskusji sejmowych to jest zadanie dla prawdziwego demokraty z krwi i kości. Kantar, hołoble i bat. Wiśta, moje siwki, wiśta. Piękna rekomendacja dla kandydata na marszałka od czołowego forysia ugrupowania, któremu tak wiele wisi dyszlem na szyi. Może by tak ktoś wreszcie okiełznał Janika? Bo jak już Cimoszewicz przejdzie z marszałka na prezydenta, to zechce wypromować na marszałka z kolei Janika. I dopiero wtedy się okaże, jaki jest nieokiełznany.

Marszałek Sejmu to druga co do godności i pozycji protokolarnej osoba w państwie. Wybiera ją reprezentacja narodu, jaką jest Sejm RP, a nie Kwaśniewski z Janikiem albo nawet SLD z UP. Chcecie sobie coś zakombinować, rozegrać, zaintrygować, róbcie to dyskretnie. Po cichu. Przestańcie nas wreszcie kiełznać w konia.


  • RSS