rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

Z archiwami zawsze w dziejach były kłopoty. Kaligula, objąwszy władzę cesarską po swoim stryju Tyberiuszu, spalił publicznie archiwa z donosami. Wszyscy odetchnęli, ale po paru latach okazało się, że spłonęły jakieś szpargały, Kaligula wyciągnął przechowane archiwa i zaczął na ich podstawie skazywać ludzi na śmierć. Bazą fortuny rodu Rothschildów były archiwa agentów napoleońskich z całej Europy, uratowane z zamieszania w czasie bitwy pod Waterloo.

Teraz nie tylko my mamy kłopoty z archiwami. Niemiecki historyk Klaus Dieter Müller chciał dotrzeć do sowieckich akt nazistowskiego mordercy Hansa Heinze, odpowiedzialnego za eutanazję setek upośledzonych. Heinze był osądzony i skazany w ZSRR, ale akta jego sprawy były tajne. Jak pisze „Der Spiegel”, ktoś podpowiedział Müllerowi jedyny skuteczny sposób na dotarcie do teczki Heinzego. Wniosek o rehabilitację. Historyk złożył wniosek, mógł zapoznać się z aktami, ale sprawa, której raz nadano bieg, toczyła się dalej i hitlerowskiego zbrodniarza rosyjski sąd zrehabilitował. Masowy morderca został uznany za ofiarę stalinowskiego terroru. Rząd federalny wzywa teraz Müllera, aby jako wnioskodawca rehabilitacji, złożył kolejny wniosek. O jej cofnięcie.

Jak widać, nie ma dobrego sposobu obchodzenia się z archiwami. Otwarte są szkodliwe. Tajne są też szkodliwe. Ukradzione są korzystne, ale tylko dla tego, kto je ukradł. Spalone są szkodliwe z opóźnieniem, zwłaszcza gdy istnieją gdzieś kopie. Jedynym dobrym rozwiązaniem jest wobec tego niezakładanie żadnych archiwów. Ale takie rozeznanie przychodzi na ogół za późno i nadaje się już tylko do archiwum.

Gdyby któryś z naszych artystów teatralnych miał wyczucie aktualności, to zamiast pokazywać na scenie golasy, narażając aktorów na zaziębienie, albo recytować monologi waginy, wystawiłby natychmiast „Madame Sans Gene” Wiktoryna Sardou. Sztukę, a nie wodewil z przyśpiewkami. Drobne poprawki, trochę współczesnych aluzji dopisanych do tej komedii o konfrontacji teraźniejszości napoleońskich marszałków, generałów i ministrów z ich przeszłością w czasach, w których byli biednymi oficerami, a nawet podoficerami, zrobiłoby ze starej, wyświechtanej ramoty francuskiej najbardziej aktualną sztukę o Polsce dzisiejszej. To przypominanie, kto kogo ukrył, kto kogo przenocował, kto był po której stronie, kto udawał, to wyciąganie kwitów za niezapłacone rachunki za pranie. To jest Polska właśnie.

Najlepiej zresztą byłoby przerobić „Madame Sans Gene” na słuchowisko radiowe i zobowiązać Radio Maryja do emitowania go każdorazowo po wystąpieniach Krzysztofa Wyszkowskiego i Anny Walentynowicz. Pod groźbą odebrania statusu nadawcy społecznego albo reaktywowania zagłuszaczek. Zagłuszaczki to byłby zresztą odwet historii. Zagłuszalibyśmy audycje płynące z terytorium Rosji, i to bez polecenia z Moskwy.

Nasze teatry stoją teraz przed wielką szansą. Prawie cały repertuar klasyczny da się dziś nasycić pięknymi aluzjami, co mogłoby przyciągnąć do teatru widzów. Hamlet powinien na przykład, zamiast odsyłać Ofelię do klasztoru, mówić jej jak Giertych Wałęsie – Ofelio, idź na ryby. Ręce same składałyby się publiczności do oklasków. Owacja na stojąco murowana, ale jak publiczność by już wstała, to mogłaby wyjść. A jakież polskie numery można wykręcić z takiego „wroga ludu” Ibsena. Taka sztuka byłaby lepsza od roczników gazet zaangażowanych w budowanie lepszej Polski i rujnowanie gorszej.

W końcu można by też wystawić „Żaby” Arystofanesa bez żadnych przeróbek, żeby Polacy wiedzieli, iż należą do cywilizacji europejskiej i że od antyku nic się tak naprawdę nie zmieniło. Najlepiej w przekładzie Artura Sandauera: „Rechu! Rechu! Kwaku! Kwaku! Śród moczarów i mokradeł; Harmonijną serenadę; Na fujarkach, chlupu, chlap; Wygrywają chóry żab”.

To może być przebój. Zwłaszcza wśród rzekotek i ropuchów.

Był taki pomysł za pierwszej „Solidarności”, żeby najwyższym czynownikom ówczesnej władzy przyznać renty nadzwyczajne, bardzo wysokie emerytury, wszelkie możliwe przywileje i odesłać ich na zasłużony odpoczynek, pod warunkiem że zobowiążą się do trzymania się z dala od polityki i niewtrącania do niczego. Otóż ten pomysł jest chyba dziś znów aktualny.

Polska jest dość wesołym krajem i ja osobiście nie narzekam, bo z tego żyję, i to całkiem nieźle. Nasycenie komizmem na hektar czyni z nas potęgę światową. Po prostu boki zrywać. Ale granice śmieszności chyba jednak zostały już przekroczone. Zwłaszcza że obiektem szyderstwa jesteśmy my, obywatele. Znaleźliśmy się jako państwo poza strefą normalnego, codziennego kabaretu.

Mam tu na myśli manipulację z przekształceniem Rządowego Centrum Studiów Strategicznych w centrum narodowe, finansowane przez budżet, ale ani programowo, ani personalnie niepodlegające premierowi. Widocznie narodowe centrum, o którego obsadzie personalnej zadecydują odchodzący prezydent z odchodzącym premierem, zamiast pomagać tworzyć strategię rządowi, będzie doradzało narodowi. A naród o niczym innym nie marzy, tylko o takim doradcy, i nie może się doczekać, żeby go opłacać z podatków. Centrum, jak zapewniła niezastąpiona w takich sprawach Jaruga-Nowacka, będzie instytucją apolityczną. To jest wstrząsający wynalazek, żeby studiami nad strategią polityczną zajmowała się instytucja apolityczna. Ciekaw jestem, jak się osiąga taki poziom politycznej manipulacji, żeby uprawiać apolityczną politykę.

Nie można też bez wzruszenia patrzeć na wysiłki, jakie czynią zgodnie ze swoimi prospołecznymi przekonaniami lewicowy prezydent z lewicowym premierem, aby zadbać o socjalne zabezpieczenie wypróbowanych przyjaciół na okres, który istniejące Rządowe Centrum Strategicznie przewidziało jako trudny. To trzeba docenić. Temu trzeba przyklasnąć. Stąd powrót do pomysłu rentierstwa politycznego.

Ale rozumiem, że ludziom w sile wieku, ambitnym trudno byłoby przejść na przedwczesną, nawet bardzo wysoką emeryturę. Trudno się przedstawiać w towarzystwie – rencista. Albo ciągle mówić o sobie: były. Trzeba coś robić, nawet jak się ma niewielkie umiejętności konkretne. Naprawa kranów, rzecz niełatwa. Kładzenie kafelków jeszcze trudniejsze. No to powołajmy Narodowe Centrum Liczenia Ząbków na Znaczkach Pocztowych. Narodowy Ośrodek Lepienia Ludzików z Plasteliny. Coś takiego. Ale nie mieszajmy do tego strategii, państwa, rządu i prezydenta.

Kiedyś ludzie zasłużeni, odchodząc, dostawali order i złoty zegarek. Teraz mogą dostawać klaser. Filatelistyka bardzo rozszerza horyzonty i uspokaja nerwy.

Jeszcze niedawno ogłaszano, że 70 procent Polaków nie rozumie dzienników telewizyjnych. Tyle samo opowiada się za otwarciem archiwów IPN. Może to ci sami? Badań nad rozumieniem tego, co piszą gazety, o ile mi wiadomo, nie przeprowadzano. Szkoda. Mogłoby się okazać, że tekstów w gazetach nie rozumie 30 procent Polaków, i to są ci, którzy są przeciwko udostępnianiu archiwów. Statystyka to ciekawa nauka, nie całkiem jeszcze wykorzystana w kształtowaniu społeczeństwa.

Jeśli chodzi o problem rozumienia informacji, to jest to kwestia ich redagowania. Gdybym ja miał własny dziennik, redagowałbym go całkiem inaczej. Kilka przykładów.

Przemówienie brukselskie Busha streszczono w tytułach tak: „Bush mówi Europie, nic nas nie podzieli”. A przecież można by ładniej i równocześnie z backgroundem: „Bush mówi Europie, dwa serca złączone, klucz rzucony w morze, nikt nas nie rozdzieli, jeno ty, o Boże. A ponieważ proces deifikacji Chiraca i Schrödera jeszcze się nie zaczął, więc to nieprędko”.

Albo czytamy o liście trzech europejskich przywódców, wzywających Polskę do zakupu samolotów Airbus. Aż się prosi dodać – dzięki temu listowi wiadomo już, dlaczego UE nalega na podwyższenie w Polsce podatków. Jest to wyraz troski o gromadzenie środków na zakup samolotów.

Czytamy informację, że Krzysztof Janik myśli o tworzeniu nowej inicjatywy na lewicy, która byłaby porozumieniem różnych partii i sił. Tutaj warto by dodać, że Janik ma na myśli siły, które nie tak dawno jeszcze występowały jako siły antysocjalistyczne. Co wskazuje, że albo lewica tak się rozszerzyła, że obejmuje siły, albo siły tak osłabły, że przestały być antysocjalistyczne.

Ponieważ prasa powinna nie tylko informować i wyjaśniać, ale także inspirować, do wypowiedzi premiera Marka Belki, że „wynik referendum w sprawie Konstytucji UE w Hiszpanii przemawia za połączeniem referendum w Polsce z innymi wyborami. Wtedy będzie szansa na osiągnięcie wysokiej frekwencji”, można dodać, że jeszcze lepszy skutek miałoby darmowe rozdawnictwo piwa, kiełbasek z rożna, kubków z logo UE i koszulek. Loterie fantowe, kiermasze, karuzele i strzelnice, nawet bez portretów na tarczach.

Tak bym to robił, ale mi się nie chce.

Nasi parlamentarzyści nie mają dobrej passy. Ani dobrej prasy. Poseł Pęczak siedzi, poseł Sobotka wypoczywał przed odsiadką w Egipcie, a teraz jeszcze „Fakt” ujawnił, że pijany senator Zbigniew Zychowicz spowodował zamieszanie na Okęciu. Wielu innych posłów miało w przeszłości także kłopoty z alkoholem, nie tylko na lotnisku, ale i za kierownicą, oraz z cudzym mieniem. Jedni fałszowali podpisy, drudzy rzucali oszczerstwa. Parlament jawi nam się jako jaskinia złoczyńców i amoralnych cwaniaków.

Tak nie może być. Dokąd nas to zaprowadzi? Do zwątpienia w demokrację przedstawicielską i do tęsknot za rządami silnej ręki. Do radykalizacji i do IV Rzeczypospolitej. Temu trzeba stanowczo zapobiec, dlatego proponuję, by oskarżani o niecne występki parlamentarzyści zmienili taktykę. Zamiast kręcić i mataczyć, zasłaniać się chorobą, niepamięcią albo spiskiem politycznych przeciwników, niech odwołują się do wyrozumiałości, dobroci i szlachetności, jeśli nie całej opinii publicznej, to jej awangardy.

Pijany senator zaraz po wytrzeźwieniu, albo jeszcze przed, powinien twierdzić, że zanim został parlamentarzystą, był abstynentem absolutnym i dopiero nieszczęśliwe okoliczności, naciski i szantaże wepchnęły mu do ręki kieliszek, a nawet butelkę. Łapownik powinien mówić, że od dzieciństwa wzdrygał się na widok cudzych pieniędzy, korupcja napawała go obrzydzeniem i dopiero zagrożenie niewystawieniem na listę w następnych wyborach i perspektywa utraty środków utrzymania żony i małoletnich dziatek sprawiły, że – wbrew sobie – wziął. Ale bardzo tego żałował. Winny jest system, łamiący najtęższe charaktery, winny jest aparat, winna jest ludzka słabość, o której nie można inaczej mówić i pisać niż tylko rzewnie.

I trzeba rzewnie, bo to jest jedyny sposób, żebyśmy my, wyborcy, nie utracili wiary w naszych reprezentantów. Abyśmy ich wybrali jeszcze raz. I jeszcze raz.

Wczoraj przyszło do mnie dwóch poważnych mężczyzn z teczkami. Przedstawili się jako inspektorzy ochrony danych osobowych. Zażądali wydania notesów telefonicznych i adresowych, przejrzeli i stwierdzili popełnienie przestępstwa, a co najmniej wykroczenia, polegającego na gromadzeniu bez zezwolenia imion, nazwisk, adresów i telefonów rozmaitych ludzi. Już mieli pisać protokół, kiedy jeden z nich zainteresował się biblioteką. Co my tu mamy? – zapytał sarkastycznie. Książki – odparłem, zgodnie z prawdą. Urzędnikom państwowym na służbie zawsze należy mówić szczerą prawdę. Książki – roześmiał się, a był to śmiech sardoniczny. Drugi zawtórował mu chichotem. Książki, łaskawy panie – kontynuował – to jest beletrystyka. Fikcyjne postaci robią wymyślone rzeczy. A poza tym opisy przyrody, albo jak który pisarz ambitniejszy to strumień świadomości. Albo wierszyki, o Koziołku Matołku, o Trzech Budrysach, o bólu istnienia. A pan tutaj nie ma żadnych książek, tylko niechroniony rejestr osób. Nazwiska, zajęcie, pozycja społeczna, ocena, często negatywna, a nawet złośliwa.

Proszę bardzo, alfabet Słonimskiego, alfabet Kisiela, alfabet Rokity. A na tej półce, nie tylko, kto jest kim w Polsce dziś, ale też, kto był kim w Polce w roku 1980. Same dane osobowe. A tutaj encyklopedie. To samo. Co drugi – działacz partyjny i państwowy. Co trzeci – autor dzieła o wpływie marksizmu na wydajność kur niosek.

A u pana jest na półkach jeszcze gorzej. Wojciech Jaruzelski „Stan wojenny, dlaczego… „. Otwieramy na chybił trafił indeks nazwisk. Litera B – Babiuch, Bafia, Bajbakow, Baka, Bakunin, Balcerowicz, Barcikowski, Baryła. Już samo sporządzenie takiego indeksu jest sprzeczne z ustawą, nie mówiąc o posiadaniu. A tu obok Jana Błażyńskiego „Mówi Józef Światło”. Stek ohydnych kalumnii, a co gorsza, jak się mają oczyścić ludzie, którzy przypadkowo nazywają się Różański.

Ależ proszę panów, to przecież historia najnowsza, albo wręcz bieżąca polityka. Jakże tak, bez nazwisk? – zaprotestowałem. Historię niech pan zostawi historykom, a politykę politykom – wrzasnęli. – Politycy do biura, a dziennikarze do pióra. Możesz pan czytać, pisać i myśleć bez nazwisk. I poszli, zostawiając mi zalecenie zniszczenia wszystkich encyklopedii i „hu is hu”, wyrwania wszystkich indeksów osobowych i zaczernienia wszystkich nazwisk. Zapowiedzieli też, że wrócą. Jeśli nie po tych wyborach, to po następnych. Ja mogę o nich bowiem zapomnieć, ale oni o mnie – nigdy.

Czy słyszycie państwo po nocy stuk siekier? To radykałowie ostrzą pale, na które nawlekać będą umiarkowanych. Po zaśnieżonych polach wieje grozą. Prawica się radykalizuje, słychać zewsząd. Jeszcze nie wiemy, kiedy będą wybory, ale już wiemy, że po wyborach zapanuje stan katastrofy narodowej, jeśli nie wybierzemy właściwie. Największym zagrożeniem demokracji w Polsce jest dziś sama demokracja, zagrożeniem wolności wyborów są wolne wybory. Wolność słowa zagraża wolności słowa, skoro każdy może mówić i pisać, co mu się podoba. Jawności życia publicznego zagraża dążenie do jawności życia publicznego. Wołanie o przestrzeganie prawa jest zagrożeniem dla porządku prawnego.

Prawicowy radykalizm się zagęścił. Nie ma już żadnych różnic między ojcem Rydzykiem i Janem Marią Rokitą. Między Zbigniewem Wrzodakiem i Zytą Gilowską. Jest tylko gabinet grozy polskiego doktora Mabuse. Stado wampirów czyhające na krew niewinnych. Polska scena polityczna jest – jak Ameryka po wyborach prezydenckich – podzielona jak nigdy. Po jednej stronie są umiarkowani, cywilizowani Europejczycy, po drugiej – horda rozpasanej dziczy. Już wiadomo, jak toczyć się będzie kampania wyborcza – Czerwony Kapturku, nie głosuj na Wilka. Krasnoludki, wybierzcie Sierotkę Marysię.

Obóz postępu w granicach prawa (Haszek) i umiarkowania dzwoni na trwogę. Zamiast śmiać się z tego, że Rydzyk podobno zakłada partię Maryja, i zapytać, czy Matka Boska będzie honorowym członkiem, czy dostanie legitymację partyjną numer 1 i czy Rydzyk ma aby na pewno rekomendację patronki, robi się z radiowej groteski horror. Każe się nam wierzyć, że Rydzyk wygarbuje wszystkim skórę różańcem, że Polska będzie za chwilę państwem wyznaniowym, że zapłoną stosy i zaskrzypią szubienice. Zamiast bać się paru starych dewotek, rozsądniej jest się lękać umiarkowanej filozof Szyszkowskiej, walczącej o eutanazję. Najpierw na życzenie własne, a potem, być może, cudze. Na pierwszy ogień eksterminacji mogliby pójść radykałowie.

Wśród biadolących nad radykalizacją, a więc naprawdę nad rysującą się różnicą poglądów i programów, są w pierwszym rzędzie liberałowie. Oczywiście umiarkowani. Ich umiarkowanie polega na całkowitym liberalizmie obyczajowym, ograniczonym liberalizmie gospodarczym – każdy może handlować pietruszką, jeśli ma odpowiednie zezwolenia i koncesje – i całkowitej niezdolności do zaakceptowania zwykłego faktu, że ktoś może mieć odmienny pogląd. Odmienny pogląd jest nie tylko fałszywy, jest zły, szkodliwy, niszczący.

W czerwcu czy na jesieni będziemy mieli wybór nie pomiędzy partiami, programami i ludźmi, którzy chcą je realizować, tylko między Złem Absolutnym i Dobrem Ostatecznym. Między życiem i śmiercią. Nie dajmy się nabrać. Nie musimy się wszyscy wprowadzać w stan histerii. Wystarczy, że robią to za nas umiarkowani wybrańcy.

Jeszcze mam na ustach smak. Miałem fatalną noc ze środy na czwartek. Pewnie jak większość Polaków nie mogłem spać. Przewracałem się z boku na bok, nękany niepokojem. Poda się do dymisji, czy nie poda? Ustąpi ze stanowiska, czy będzie trwał? Rano kamień spadł mi z serca, bo wprawdzie się podał, ale premier Belka dymisji nie przyjął. Powodem mojej bezsenności był oczywiście minister zdrowia Marek Balicki. A odetchnąłem, bo los Balickiego potwierdza, że nie mamy w Polsce różnych rzeczy, między innymi racjonalnego systemu ochrony zdrowia, ale na pewno mamy silny rząd, silnego premiera i silnego ministra od zdrowia.

Taka niezłomna postawa rządu została słusznie nagrodzona przez rząd, bo na to, żeby ten rząd nagrodził kto inny, nie można było liczyć. Rząd sam musiał wziąć sprawę w swoje ręce. Dziennik „Fakt” poinformował, że rząd przyznał sobie premie za dobre sprawowanie, sukcesy w pracy zawodowej i osiągnięcia w pracy społecznej. Balicki dostał 12 tysięcy. Inna wybitna podpora Belki, Jaruga-Nowacka – 19,6 tysiąca. Jerzy Swatoń 12 tysięcy, pewnie dlatego, że nikt w Polsce nie zauważył, że jest ministrem i nikt też nie wie czego. Wszyscy natomiast wiedzą, kim jest Magdalena Środa i za to dano jej tylko 7 tysięcy. Teraz Środa powinna zaskarżyć swoją premię jako przejaw dyskryminacji. Dla wizerunku tego rządu zrobiła przecież – słaba kobieta – więcej niż trzech facetów razem: Sawicki (12), Opawski (12) i Gronicki (też 12 tysięcy).

Zasadę, że każdy, jak rząd, powinien nagradzać się sam, należy rozszerzyć na wszystkich Polaków i wpisać ją do konstytucji. Przecież nikt nie potrafi lepiej ocenić zasług i określić wysokości premii niż sam zainteresowany. Wyobraźmy sobie, co by było, gdyby premie rządowi wyznaczał Sejm – Balicki musiałby dopłacić, Hausner dostałby bon do stołówki dla bezdomnych, a Kalisz 2,20 na butelkę piwa Po Zbóju. A tak, rząd rozdał sobie dwa miliony złotych, które przyczynią się do ożywienia handlu i wzrostu PKB.

Gdyby jednak zasady miały się zmienić, proponuję nagradzać premiera i ministra finansów deficytem budżetowym, a ministra zdrowia zadłużeniem szpitali.

Jest taki dowcip austro-węgierski o końcu wojny. Żołnierze leżą w okopach, a z oddali słychać odliczanie przed salwą: 121, 122, 123. Szeregowiec Rosenblum zrywa się i woła: Chłopaki, koniec wojny. Artylerzyści licytują armaty.

Jak widać, można mieć na moment zakończenia wojny rozmaite poglądy. Nie wydaje mi się jednak prawdopodobne, aby powiodło się nam przekonanie reszty świata, że II wojna światowa zakończyła się w 1989 roku. PRL się skończyła, wspólnota socjalistyczna się skończyła i Jałta też, ale wojna skończyła się jednak dużo wcześniej. Bezwarunkową kapitulacją III Rzeszy 8 maja 1945 roku według kalendarza europejskiego albo jeśli ktoś woli kalendarz kremlowski, to 9 maja.

Dyskusja, czy prezydent Kwaśniewski i premier Belka mają pojechać na obchody zakończenia wojny do Moskwy, jest absurdalna. Skoro wszyscy jadą, to oni także powinni. Choćby po to, żeby zademonstrować i przypomnieć, że Polska, walcząca od pierwszego do ostatniego dnia wojny, wykorzystana i zdradzona nie była sojusznikiem Hitlera i nie budowała obozów koncentracyjnych, jak o tym jest przekonanych wiele osób na Zachodzie. Kwestią naszej narodowej godności jest uczestniczyć w tych obchodach, a nie się od nich uchylać, jak bezmyślnie żądają niektórzy politycy prawicy.

Nieobecni nie mają możliwości przedstawienia swoich racji. Są niemi, więc nie mogą być wysłuchani. Jeśli chcemy dyskutować o tym, jakie jest godne Polaka zachowanie, to rozmawiajmy o tym, co powinni zrobić i co powinni mówić w Moskwie najwyżsi przedstawiciele państwa polskiego. Jakie zastosować metody, aby przypomnieć światu, a raczej uświadomić, że 8 (czy też 9) maja skończyła się wojna, ale nie skończyły się wojenne cierpienia Polaków. Można przypomnieć w Moskwie słowa brytyjskiego parlamentarzysty, zresztą anglikańskiego arcybiskupa, który w 1948 roku, po odwiedzinach w Polsce oświadczył Anglikom: My byśmy tego systemu nie wytrzymali nawet przez dwa dni, ale dla Polaków jest w sam raz.

Musimy przekazać w Moskwie przesłanie, że – trawestując Clausewitza – pokój w Polsce Anno Domini 1945 i później to była wojna innymi metodami. Ale aby to zrobić, nasi przedstawiciele muszą być tam obecni.

Techniki nie zmieniają się od stuleci. Najpierw trzeba stworzyć rzeczywistość – dziś powiedzielibyśmy wirtualną – a potem można ją skutecznie zwalczać. Myślących inaczej uznaje się najpierw za przeciwników, następnie degraduje do roli wrogów, którym odbiera się wszystkie cechy ludzkie i których trzeba zwalczać wszystkimi dostępnymi metodami. I oczywiście słownictwo. Najważniejszy warunek sukcesu. Semantyka znaczeniowo pusta, ale o skrajnym ładunku emocjonalnym. Artykuł Kingi Dunin i Sławomira Sierakowskiego „Im gorzej, tym lepiej” opublikowany w „Rzeczpospolitej” z 10 lutego jest podręcznikowym wręcz przykładem wszystkich tych zabiegów propagandowych, tak perfekcyjnie stosowanych kiedyś przez publicystów „Prawdy” i „Sowietskoj Rossii”, „Trybuny Ludu” i „Rzeczywistości”.

Weźmy cytat: „mania lustrowania to jeden z akordów bojowej pieśni prawicy”. Czy to zdanie w ogóle cokolwiek znaczy? Oczywiście. Dokładnie to samo, co gdyby Dunin z Sierakowskim napisali, że lustratorzy dmą w tubę prawicy, lejąc mętną wodę na młyn i są kutymi na cztery nogi psami łańcuchowymi. Że to nie ma sensu? No i co z tego. Nie chodzi o to, żeby coś miało sens, chodzi o demaskację, degradację i siłę oddziaływania.

Równie eleganckim zabiegiem jest zdanie: „Wildstein, przez lata bijący się o tytuł najradykalniejszego antykomunisty, w programie Moniki Olejnik poucza znaną opozycjonistkę Ewę Milewicz”. Dla niezorientowanego czytelnika wynika z tego zdania, że Wildstein nie był nigdy opozycjonistą, w najlepszym przypadku był opozycjonistą nieznanym, a teraz ośmiela się pouczać samą Ewę Milewicz. Po prostu bezczelność. W dodatku Wildstein musiał bić się przez lata o tytuł antykomunisty – widać taki tytuł mu nie przysługiwał, niewykluczone, że sam był najpierw komuchem. Konstrukcja rzeczywistości, która naprawdę nie istnieje, ale którą się tworzy, aby ją potem zwalczać, wygląda u autorów tekstu następująco: Prawica szantażuje całe, myślące poczciwie, to znaczy zgodnie z wytycznymi, społeczeństwo. A czyni to między innymi tak: Jarosław Kaczyński domaga się powołania ponadpartyjnego instytutu, który będzie bronić dobrego imienia Polaków, miedzy innymi przeciw kłamstwu oświęcimskiemu. Dunin z Sierakowskim piszą: „To, że przy okazji wszyscy (…) mają stać się częścią maszynki propagandowej PiS, jest doprawdy drugorzędną sprawą.” No i wszystko jest jasne. Kto sprzeciwia się formule „polskie obozy koncentracyjne”, ten idzie na pasku Kaczyńskich. Kaczyńscy natomiast traktują fałsz historyczny instrumentalnie, można więc – z tekstu w „Rzeczpospolitej” – domniemywać, że gdyby nie widzieli szansy na polityczne wykorzystanie tej sprawy w celu dorwania się do władzy, byliby wobec kłamstwa oświęcimskiego obojętni.

Konstruktywizm Dunin i Sierakowskiego dotyczy też przyszłości: lustracja doprowadzi, według nich, do ograniczenia wolności światopoglądowej, wzniecania antyeuropejskiej histerii, zaostrzania się nierówności ekonomicznych, ograniczania zabezpieczeń socjalnych, a nawet ograniczenia wolności twórczej. Po prostu zgroza przenika czytelnika i można się jedynie pocieszać nadzieją, że nie nadejdzie epoka lodowcowa ani nie spadnie kometa.

Wśród całej plejady ludzi, którzy ośmielają się mieć inne poglądy niż Kinga Dunin i Sławomir Sierakowski, osobą zdegradowaną do roli wroga publicznego numer 1 i pozbawioną wszelkich cech ludzkich jest redaktor naczelny „Wprost” Marek Król. Stoczył się on w oczach pary autorów w otchłań, ponieważ jako były sekretarz KC PZPR dziś jest zwolennikiem dekomunizacji i lustracji. Sam jest więc sobie winien. Gdyby był, jak tylu innych, przeciwnikiem lustracji, miałby szanse być pupilkiem i pieszczochem, krynicą mądrości i opoką, na której można budować przyszłość. Byłby cytowany z nabożeństwem jak sam Oleksy albo Siemiątkowski.

A tak, można – co tam można, trzeba – odebrać Królowi człowieczeństwo. „…mówienie o prawie do zmiany poglądów redaktora naczelnego „Wprost” jest śmieszne. Żeby zmienić poglądy, trzeba je najpierw mieć…”. Co innego Andrzej Celiński, ten ma zapewne i poglądy, i prawo do ich zmiany, ponieważ zmienił zapatrywania na takie, jakie Dunin i Sierakowskiemu odpowiadają. Jak na osoby posługujące się chętnie etykietką liberalizmu to dość radykalny pogląd. Coś jak Henry’ego Forda – samochód może być w każdym kolorze, byle był to kolor czarny. W tym przypadku chodzi oczywiście o czerwony.

Autorzy piszą o nomenklaturowym uwłaszczeniu się Króla na majątku narodowym tygodnika „Wprost”. Kiedy Król przejął „Wprost”, był to prowincjonalny tygodnik o małym nakładzie, przynoszący deficyt. Dziś jest wielkim, ogólnopolskim tygodnikiem opinii i nie jest to skutek uwłaszczenia na deficycie, lecz sukcesu rynkowego i redakcyjnego. W tym samym mniej więcej czasie, kiedy „Wprost” miało skromny nakład, największą i najpopularniejszą gazetą w Polsce był „Express Wieczorny”. Też został uwłaszczony i dziś nie istnieje. Ciekawe, jakie można by znaleźć polityczne, a nie faktyczne wyjaśnienie tego prostego faktu.

Bronisław Wildstein też jest groźny. Jest oportunistą, który gra o władzę. Zdaje się, że oportunistą był już wtedy, kiedy skakał z okna gmachu SB w Krakowie. Pewnie sobie kalkulował, jakie też korzyści osobiste odniesie z tego skoku w przyszłości. Jak sięgnie po władzę. Królowi Dunin z Sierakowskim nie podaliby ręki, Wildsteinowi pewnie także nie. Ale podaliby rękę Maleszce. No to lu! Chyba nie ma jakichś specjalnych przeszkód w uściskaniu Maleszki i wyrażeniu mu sympatii. Maleszka przegrał z historią, piszą wrażliwi autorzy nie bez smutku. Historia jest niesprawiedliwa. Powinien był wygrać i nadal lustrować życie takich antykomunistów jak Wildstein.

Aw obecnej sytuacji problem komunistycznej agentury jest delikatny i skomplikowany, cynicznie instrumentalizowany i licytowany w świetle kamer. To smutne. Przydałaby się jakaś powszechna akcja delikatnego ściskania spracowanych dłoni agentom, oczywiście z daleka od kamer, za to blisko etycznych uniesień i sentymentalnych wzruszeń.

Niestety, nie ma dobrej atmosfery. „…Krzycząc na zmianę „łapaj złodzieja” albo „łapaj agenta” powraca na scenę prawica.” W naturalnej reakcji na tę scenę wkraczają Dunin z Sierakowskim, wołając – nie łapaj złodzieja ani agenta, łapaj Wildsteina, łapaj Króla, łapaj Pospieszalskiego i Śpiewaka.

No to ja też wołam – nie łapaj się za głowę, lepiej się w nią postukaj.


  • RSS