Wczoraj przyszło do mnie dwóch poważnych mężczyzn z teczkami. Przedstawili się jako inspektorzy ochrony danych osobowych. Zażądali wydania notesów telefonicznych i adresowych, przejrzeli i stwierdzili popełnienie przestępstwa, a co najmniej wykroczenia, polegającego na gromadzeniu bez zezwolenia imion, nazwisk, adresów i telefonów rozmaitych ludzi. Już mieli pisać protokół, kiedy jeden z nich zainteresował się biblioteką. Co my tu mamy? – zapytał sarkastycznie. Książki – odparłem, zgodnie z prawdą. Urzędnikom państwowym na służbie zawsze należy mówić szczerą prawdę. Książki – roześmiał się, a był to śmiech sardoniczny. Drugi zawtórował mu chichotem. Książki, łaskawy panie – kontynuował – to jest beletrystyka. Fikcyjne postaci robią wymyślone rzeczy. A poza tym opisy przyrody, albo jak który pisarz ambitniejszy to strumień świadomości. Albo wierszyki, o Koziołku Matołku, o Trzech Budrysach, o bólu istnienia. A pan tutaj nie ma żadnych książek, tylko niechroniony rejestr osób. Nazwiska, zajęcie, pozycja społeczna, ocena, często negatywna, a nawet złośliwa.

Proszę bardzo, alfabet Słonimskiego, alfabet Kisiela, alfabet Rokity. A na tej półce, nie tylko, kto jest kim w Polsce dziś, ale też, kto był kim w Polce w roku 1980. Same dane osobowe. A tutaj encyklopedie. To samo. Co drugi – działacz partyjny i państwowy. Co trzeci – autor dzieła o wpływie marksizmu na wydajność kur niosek.

A u pana jest na półkach jeszcze gorzej. Wojciech Jaruzelski „Stan wojenny, dlaczego… „. Otwieramy na chybił trafił indeks nazwisk. Litera B – Babiuch, Bafia, Bajbakow, Baka, Bakunin, Balcerowicz, Barcikowski, Baryła. Już samo sporządzenie takiego indeksu jest sprzeczne z ustawą, nie mówiąc o posiadaniu. A tu obok Jana Błażyńskiego „Mówi Józef Światło”. Stek ohydnych kalumnii, a co gorsza, jak się mają oczyścić ludzie, którzy przypadkowo nazywają się Różański.

Ależ proszę panów, to przecież historia najnowsza, albo wręcz bieżąca polityka. Jakże tak, bez nazwisk? – zaprotestowałem. Historię niech pan zostawi historykom, a politykę politykom – wrzasnęli. – Politycy do biura, a dziennikarze do pióra. Możesz pan czytać, pisać i myśleć bez nazwisk. I poszli, zostawiając mi zalecenie zniszczenia wszystkich encyklopedii i „hu is hu”, wyrwania wszystkich indeksów osobowych i zaczernienia wszystkich nazwisk. Zapowiedzieli też, że wrócą. Jeśli nie po tych wyborach, to po następnych. Ja mogę o nich bowiem zapomnieć, ale oni o mnie – nigdy.