Nasi parlamentarzyści nie mają dobrej passy. Ani dobrej prasy. Poseł Pęczak siedzi, poseł Sobotka wypoczywał przed odsiadką w Egipcie, a teraz jeszcze „Fakt” ujawnił, że pijany senator Zbigniew Zychowicz spowodował zamieszanie na Okęciu. Wielu innych posłów miało w przeszłości także kłopoty z alkoholem, nie tylko na lotnisku, ale i za kierownicą, oraz z cudzym mieniem. Jedni fałszowali podpisy, drudzy rzucali oszczerstwa. Parlament jawi nam się jako jaskinia złoczyńców i amoralnych cwaniaków.

Tak nie może być. Dokąd nas to zaprowadzi? Do zwątpienia w demokrację przedstawicielską i do tęsknot za rządami silnej ręki. Do radykalizacji i do IV Rzeczypospolitej. Temu trzeba stanowczo zapobiec, dlatego proponuję, by oskarżani o niecne występki parlamentarzyści zmienili taktykę. Zamiast kręcić i mataczyć, zasłaniać się chorobą, niepamięcią albo spiskiem politycznych przeciwników, niech odwołują się do wyrozumiałości, dobroci i szlachetności, jeśli nie całej opinii publicznej, to jej awangardy.

Pijany senator zaraz po wytrzeźwieniu, albo jeszcze przed, powinien twierdzić, że zanim został parlamentarzystą, był abstynentem absolutnym i dopiero nieszczęśliwe okoliczności, naciski i szantaże wepchnęły mu do ręki kieliszek, a nawet butelkę. Łapownik powinien mówić, że od dzieciństwa wzdrygał się na widok cudzych pieniędzy, korupcja napawała go obrzydzeniem i dopiero zagrożenie niewystawieniem na listę w następnych wyborach i perspektywa utraty środków utrzymania żony i małoletnich dziatek sprawiły, że – wbrew sobie – wziął. Ale bardzo tego żałował. Winny jest system, łamiący najtęższe charaktery, winny jest aparat, winna jest ludzka słabość, o której nie można inaczej mówić i pisać niż tylko rzewnie.

I trzeba rzewnie, bo to jest jedyny sposób, żebyśmy my, wyborcy, nie utracili wiary w naszych reprezentantów. Abyśmy ich wybrali jeszcze raz. I jeszcze raz.