Z archiwami zawsze w dziejach były kłopoty. Kaligula, objąwszy władzę cesarską po swoim stryju Tyberiuszu, spalił publicznie archiwa z donosami. Wszyscy odetchnęli, ale po paru latach okazało się, że spłonęły jakieś szpargały, Kaligula wyciągnął przechowane archiwa i zaczął na ich podstawie skazywać ludzi na śmierć. Bazą fortuny rodu Rothschildów były archiwa agentów napoleońskich z całej Europy, uratowane z zamieszania w czasie bitwy pod Waterloo.

Teraz nie tylko my mamy kłopoty z archiwami. Niemiecki historyk Klaus Dieter Müller chciał dotrzeć do sowieckich akt nazistowskiego mordercy Hansa Heinze, odpowiedzialnego za eutanazję setek upośledzonych. Heinze był osądzony i skazany w ZSRR, ale akta jego sprawy były tajne. Jak pisze „Der Spiegel”, ktoś podpowiedział Müllerowi jedyny skuteczny sposób na dotarcie do teczki Heinzego. Wniosek o rehabilitację. Historyk złożył wniosek, mógł zapoznać się z aktami, ale sprawa, której raz nadano bieg, toczyła się dalej i hitlerowskiego zbrodniarza rosyjski sąd zrehabilitował. Masowy morderca został uznany za ofiarę stalinowskiego terroru. Rząd federalny wzywa teraz Müllera, aby jako wnioskodawca rehabilitacji, złożył kolejny wniosek. O jej cofnięcie.

Jak widać, nie ma dobrego sposobu obchodzenia się z archiwami. Otwarte są szkodliwe. Tajne są też szkodliwe. Ukradzione są korzystne, ale tylko dla tego, kto je ukradł. Spalone są szkodliwe z opóźnieniem, zwłaszcza gdy istnieją gdzieś kopie. Jedynym dobrym rozwiązaniem jest wobec tego niezakładanie żadnych archiwów. Ale takie rozeznanie przychodzi na ogół za późno i nadaje się już tylko do archiwum.