rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2005

Żwirek poskrobał się w głowę i stwierdził, że coś trzeba zrobić. Poszedł do Muchomorka, który się z nim zgodził. Kiedy szli do Piaskowego Dziadka, przyplątał się do nich Reksio. No to byli już we trzech. Piaskowy Dziadek długo się namyślał i bardzo powoli powiedział, że owszem, trzeba rzecz rozważyć z jednej i z drugiej strony. Potem przyłączył się truteń Gucio, ale Pszczółka Maja oświadczyła, że jeszcze poczeka z decyzją. Rozbójnika Rumcajsa odpędzili, bo miał złą opinię w społeczeństwie, a Krecika, bo ryje. Koziołek Matołek zgłosił się jako światowiec, który był nawet w Pacanowie. Bla, bla, bla – zachwyciły się Teletubisie.

Żwirek z Muchomorkiem zaproponowali przyłączenie się Smurfom, którym spadła oglądalność. Duduś Wesołek zgłosił się sam, bo, jak powiedział, ma w planie nowe psoty. Bolek zaproponował, żeby najpierw zlustrować Lolka, a Lolek, żeby raczej zlustrować Bolka. Próbowano obudzić misia Yogi, ale mruknął, że ma zamiar spać do wiosny, a potem się zobaczy.

Trwają rozmowy z Myszką Miki, żeby zostawiła Kaczora i Donalda. Akces psa Pluto jest pewny, kiedy tylko zrozumie, o co w tym wszystkim chodzi, po naradzie z Goofim. Krasnoludki już są zdecydowane zostawić Sierotkę Marysię, zwłaszcza Gapcio.

Cieszcie się, Polacy, dmijcie w surmy, bijcie w tarabany, umyjcie nogi! Nadchodzi świetlana era. Powstaje nowe centrum i jednoczy się stara lewica. Będzie nowa dobranocka, dłuższa niż do tej pory, za to bardziej usypiająca.

Od czasu amerykańskiej afery Watergate minęło ponad 30 lat. Mimo upływu czasu nadal nie udało się zidentyfikować osoby, związanej niewątpliwie z Białym Domem, która naprowadziła dziennikarzy „Washington Post”, Boba Woodwarda i Carla Bernsteina, na trop skandalu. Informator dziennikarzy, nazywany przez prasę Deep Throat (Głębokie Gardło), pozostał anonimowy. Woodward, którego w słynnym filmie „Wszyscy ludzie prezydenta” grał Robert Redford, zapowiedział, że tożsamość Głębokiego Gardła ujawni dopiero po jego śmierci.

Teraz pojawiły się w USA nowe spekulacje, wedle których informatorem dziennikarzy miał być prezydent George Bush, ojciec obecnego prezydenta George’a W. Busha. Bush senior był w latach 1971 – 1973 ambasadorem amerykańskim przy ONZ, a jedną ze wskazówek, że to on przekazywał poufne informacje, jest fakt, iż obecny prezydent, znany z niechęci do kontaktów z mediami, udzielił trwającego siedem godzin wywiadu Woodwardowi.

Na polskie warunki najciekawsze jest to, że prokuratura nigdy nie starała się dociec, kto poinformował prasę, ani nie usiłowała go ścigać. Nikt nie wzywał CIA, FBI, SWAT albo Texas Rangers do wykrycia winowajcy i postawienia go przed sądem. Ścigano, potępiono i nawet skazano tych, którzy sprokurowali aferę. A przecież przeciek spowodował kryzys państwa, zmusił Nixona do odejścia z prezydentury, naraził państwo na utratę prestiżu za granicą i zaufania w kraju, a nawet przyspieszył wycofanie wojsk amerykańskich z Wietnamu. Dziennikarzom przyznano nawet Pulitzera.

U nas inaczej. U nas prokuratura, ABW, CBŚ będą się zajmować dochodzeniem, kto w IPN podpuścił Bronisława Wildsteina, kto mu wskazał możliwość skopiowania listy inwentarzowej, kto pomógł kopiować. A przecież nasza Towarowagate (na Towarowej jest siedziba IPN), jeśli wywołała jakiś wstrząs, to na razie tylko medialny. Nikt jeszcze nie ustąpił ze stanowiska, ani prezydent, ani jego ministrowie, rząd ma się nieźle, jak na swoje możliwości. Nie słychać też, aby z powodu listy Wildsteina miano się wycofać z Iraku. Rady nadzorcze też trzymają się mocno. Przynajmniej do czasu.

Amerykanie szukają pomocnika dziennikarzy od 30 lat. Każdy na własną rękę. Pomocnika Wildsteina będziemy szukać lat 50, ponieważ uczestniczą w tym organa ścigania. Będzie wesoło. I o to pewnie chodzi.

Radni stołeczni nadali jednej z ulic na Ursynowie nazwę Alternatywy. Pytania o okoliczności powstania serialu, na jakie odpowiadałem ostatnio w związku z chrztem ulicy, skłoniły mnie do refleksji lustracyjnej. Dom Alternatywy 4 był miniaturą PRL, dozorca Stanisław Anioł reprezentował władzę ludową ze szczególnym uwzględnieniem SB. Miał opanowane wszystkie techniki operacyjne, podsłuch, czytanie korespondencji, zastraszanie, prowokację i agenturę.

Wyobraziłem sobie, co by było, gdyby dziś, przypadkowo, odnaleziono gdzieś w piwnicy domu przy filmowej ulicy Alternatywy archiwum Stanisława Anioła. Teczki mieszkańców. Zobowiązanie do współpracy podpisane przez Docenta Furmana. Jego sprawozdania ze śledzenia Striptizerki Ewy. Fałszywkę skierowania Balcerka na odwyk alkoholowy. Listę słuchaczy Uniwersytetu Latającego u Profesora Dąb-Rozwadowskiego i taśmy z podsłuchu. Sposoby, żeby Murzyn sprzątał za dozorcę w czynie społecznym. Metody wygrywania przeciwko sobie laryngologa Kotka i dźwigowego Kołka. Powody, dla których Majewski ma fałszywe nazwisko i ukrywa, że uratował się z Katynia. I tak dalej.

Wyobraziłem to sobie, i wyobraziłem sobie też, że ktoś teraz chce te teczki otworzyć, zbadać, opublikować rezultaty i wyjaśnić mieszkańcom Alternatywy 4 i ich potomkom, dlaczego i przez kogo żyli w warunkach ciągłego, siódmego stopnia zasilania i mogli się porozumiewać otwarcie tylko przy śmietniku. Kto z nich byłby przeciwny? Dozorca Anioł na pewno. Donosiciel Furman, kryptonim Docent, też. Tak jak wygląda dziś Polska, nie jest wykluczone, że profesor Dąb-Rozwadowski także byłby przeciwko, bo przecież dogadał się z Aniołem przy kanciastym stole i ma skrofuły moralne. Wszyscy oni liczyliby oczywiście też na towarzysza Winnickiego, a gdyby i on także chciał otwarcia teczek, zostałby uznany za amoralnego odstępcę.

Resztę mieszkańców uznano by za niedojrzałych do poznawania przeszłości własnej i sąsiadów, zastraszono według technik operacyjnych i dla ich dobra teczki zakopano raz na zawsze na podwórku koło śmietnika, w którym kiedyś konspirowali przeciwko Aniołowi. Wyobrażam sobie też ostatnią scenę tej dokrętki: wszyscy lokatorzy Alternatywy 4, przebrani w marynarskie ubranka i białe sukienki, wychodzą, trzymając się za ręce, na ukwieconą łąkę. Przed nimi bieży baranek, nad nimi lata motylek. Orkiestra gra, chóry śpiewają, bezdomni rozdają lokatorom „Gazetę Wyborczą” i pokazuje się napis: Happy End. Napis się pokazuje, ale końca nie widać.

Życie polityczne przypomina u nas ostatnio życie towarzyskie. I w jednym, i w drugim życiu najważniejszym problemem jest, kto z kim, a kto bez kogo. Maciej Dowbór z Joanną Koroniewską, a Jerzy Hausner z Władysławem Frasyniukiem. Ania Wendzikowska bez Fryderyka Holca, a profesor Religa bez Janusza Wojciechowskiego. Jak tak dalej pójdzie, o polityce i politykach będzie można czytać w „Życiu na Gorąco”, a o sprawach intymnych artystów i osób okolicznych w „Polityce”. Prawdę mówiąc, znacznie ciekawsze jest, czy Doda Elektroda poprawiła sobie piersi, niż czy Marek Borowski poprawił sobie wizerunek.

Przeżywamy okres politycznych rozstań i mariaży, natomiast nikt nic nie mówi, po co to wszystko. Nie słychać nawet komunałów. No to ja się zajmę programem.

Programowo mam złą wiadomość dla LPR. Odpada im pomału jedno z głównych haseł wyborczych. Umiera jeden z poważniejszych wrogów. Już wkrótce przestaną istnieć supermarkety, zostaną tylko małe sklepiki i proponuję już dzisiaj pomyśleć o propagowaniu komasacji handlu detalicznego. Jakiś program trzeba w końcu mieć i w tej sprawie.

Do wniosku, że markety chylą się ku upadkowi, skłoniła mnie wizyta w jednym z nich. Kiedyś można w nim było każdy towar wpakować do wózka i dowieźć do kasy. Teraz wewnątrz dużego sklepu powstały trzy małe sklepiki – jeden z alkoholem, jeden z papierosami i jeden z kosmetykami. Trzeba płacić osobno, na przykład 5 złotych za zmywacz do paznokci, a potem jeszcze przy głównej kasie pokazywać kwitki.

Ale to dopiero początek. Przy wyjściu jedna z moich toreb uruchomiła alarm. Mimo jej wielokrotnego przeszukania – ochrona nie rozebrała mnie samego do naga ani nie wezwała policji – nie znaleziono w torbie niczego podejrzanego. Dopiero w domu, otwierając plastikowe opakowanie z 4 plasterkami szynki za 3,50, znalazłem wewnątrz elektroniczne urządzenie alarmowe, pewnie droższe niż szynka. Logicznie rzecz biorąc, skoro osobnymi kasami zabezpieczono przed kradzieżą alkohol, papierosy i kosmetyki, następnym krokiem będzie osobna kasa dla szynki. Supermarket podzieli się na małe sklepy i właściciel dojdzie w końcu do wniosku, że bardziej mu się opłaci wynajmowanie powierzchni sklepowej niż zatrudnianie personelu i ponoszenie ryzyka. Będziemy mieli sieci sklepików rodzinnych, tyle że pod jednym dachem. I to wszystko bez LPR i odpowiednich ustaw, a tylko mocą gospodarczo-kryminalnej rzeczywistości.

Podobno powinniśmy mieć silne centrum i słabą prawicę. Ale najlepiej by było, gdybyśmy mieli normalne sklepy.

Strasznie dużo mamy ostatnio w naszym życiu publicznym niechlujstwa umysłowego, zamierzonego i mimowolnego. Ale wyczyn działaczy małopolskiej Unii Wolności, którzy domagają się delegalizacji Młodzieży Wszechpolskiej, to doprawdy osiągnięcie niebywałe. Przedstawiciele partii, która ma wolność w nazwie, na sztandarze i w programie, domagają się policyjnego ograniczenia wolności innych. To śliczne. Sam urok. Po co dyskutować z Młodzieżą Wszechpolską, po co się kłócić, przekonywać do swoich racji i w ogóle podejmować jakiś wysiłek, skoro można zakazać? Nie ma wolności dla wrogów wolności i basta!

Nie żywię żadnej sympatii do młodzieżówki LPR, nawet mi żal, że tak młodzi ludzie dają się opętać tak sędziwym uprzedzeniom i ideom. Ale Unia Wolności jest już dojrzała. Powinna być trochę rozważniejsza.

Tymczasem domaga się takiej Polski, której ślady spoczywają dziś w tych teczkach i archiwach IPN, o których tyle się mówi. Polski zakazów, nakazów i jedności moralno-politycznej narodu realizowanej przez policyjny przymus. Może w tych tęsknotach tkwi źródło ciągot do sprzymierzenia się z SLD, po którym wszyscy zostaniemy zakazani i wykluczeni.

Stanowczo unici za dużo czytają gazet, a za mało klasyków wolności. Zostawcie już te apele intelektualistów, doraźne publicystyki ludzi, których zawodem jest wzburzenie i zgorszenie, a poczytajcie sobie coś o istocie tego dobra, które macie w nazwie. O wolności. Poczytajcie Benthama, Smitha, Milla. Pomyślcie, proszę, o takiej parafrazie Johna Stuarta Milla: gdyby cała ludzkość była jednego zdania, a tylko jedna Unia Wolności miała zdanie przeciwne, ludzkość byłaby równie nieuprawniona do nakazania UW milczenia, co UW do zamknięcia ust ludzkości. Poczytajcie starego dobrego Milla, a jak się wam nie chce, niech wam koledzy z SLD poczytają Różę Luksemburg: wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślących.

W walce politycznej można doprawdy się obejść bez policji, prokuratury i sądów. Kiedy PiS wpadło na szalony pomysł delegalizacji SLD, napisałem, że jedyną instancją, która jest to w stanie przeprowadzić w demokracji, są wyborcy. Zdelegalizować Młodzież Wszechpolską mogą młodzi. Policja może złapać przestępcę, ale nie zwiększy notowań UW.

Strasznie się zmartwiłem stanem ducha redaktora naczelnego „Trybuny” Marka Barańskiego. To jest naprawdę bardzo smutna sprawa. Człowiek tyle razy ciężko doświadczony przez służby specjalne, wielokrotnie nabrany przez osoby wywodzące się z kół policyjnych, ofiara fałszywek i nieprawdziwych informacji daje się nabierać wciąż na nowo. Co jakiś czas ktoś związany z dezinformacją, wojskową lub cywilną, podrzuca Barańskiemu kolejną fałszywkę, a łatwowierny Marek ją drukuje i dopiero na drugi albo trzeci dzień dziwi się: – O, znowu zrobili mnie w konia.

Prostoduszność Barańskiego ciągle mu łamie życie i psuje spełnienie w roli autorytetu moralnego i Katona, a on brnie z naiwnością coraz starszego dziecka dalej. A przecież ma doświadczenia z perfidią służb specjalnych sięgające roku 1968. Najgłupszy frajer by już zauważył, że coś jest nie tak. A Barański nie zauważa. Widocznie jest nieuważny. Może rozprasza go poczucie misji. Barański, weźcie się w garść, bo inaczej ostatni czytelnicy „Trybuny” też stracą do niej zaufanie.

Jeszcze w czasach „Nie” Barański, jako zastępca Urbana, publikował taśmowo rewelacje przekazywane mu przez anonimowych oficerów służb, które potem okazywały się humbugiem, oszustwem albo zwykłym, ordynarnym kłamstwem. Barański świecił oczami, a oficerowie śmieli się w kułak. Tak było na przykład z fałszywką lojalki, jaką miał rzekomo podpisać Lech Kaczyński. Łatwowierny Marek uwierzył, wydrukował i potem musiał odszczekiwać przed sądem, a anonimowy producent tego kwitu pękał z uciechy.

Mam takie wrażenie, że funkcjonariusze służb urządzają sobie od lat taką zabawę – komu następnemu uda się wykołować łatwowiernego Marka. Może są jakieś zakłady i właśnie teraz dwaj, oczywiście anonimowi, informatorzy odbierają nagrodę za podsunięcie Barańskiemu idei, że lista Wildsteina demaskuje tajne operacje polskiego wywiadu wojskowego. Barański się załapał, nadął, zaryczał w obronie ojczyzny, a chłopaki w WSI bawili się jak dzieci. Mówiłem ci, że to dęty frajer i oferma – pokrzykiwali pewnie w kantynie, pijąc za zachowanie Barańskiego jak najdłużej na stanowisku, bo w końcu każdy, przy tak monotonnej służbie, lubi się zabawić.

Pewnie, trzeba Barańskiego chronić, w końcu taka prostoduszność nieczęsto się zdarza, na ogół mamy do czynienia z krętaczami, ale ja bym mu dodał jako asystenta jakieś bystre dziecko. Niech dziecko rozmawia z oficerami, a Barański przez ten czas niech się bawi w kółko graniaste.

Jest takie niemieckie słowo, które nie ma niestety dobrego polskiego odpowiednika: Betroffenheit. Jest to określenie stanu ducha kogoś, kto czuje się wstrząśnięty, osobiście dotknięty, poruszony, skonfundowany, porażony, przerażony jakimś wydarzeniem, ale nie wie poza tym, co z tym zrobić. Wśród polityków i w ogóle osób publicznych Betroffenheit ma jeszcze dodatkowy walor – obwieszczona publicznie sygnalizuje wrażliwość w sprawach, którymi interesuje się społeczeństwo, bez konieczności zrobienia czegokolwiek, by rozwiązać problem.

Ich bin tief betroffen, jestem głęboko poruszony, powiada polityk na informację, że bezrobocie osiągnęło stan rekordowy, że neonaziści zakatowali Turka, że zwolniony z więzienia za dobre sprawowanie gwałciciel zamordował dziecko, po czym udał się do piwiarni. U nas ten rodzaj pokazowej wrażliwości nie był dotychczas rozpowszechniony, ale w końcu jesteśmy teraz w Europie i Betroffenheit jako zjawisko zaczęło robić karierę.

Proszę sobie przypomnieć wszystkie dotychczasowe dyskusje na temat tak zwanej listy Wildsteina, lustracji, teczek, agentów, ich ofiar, przeszłości PRL-owskiej et cetera. Większość uczestników była głęboko dotknięta moralnie i skonfundowana. Poruszona tym, co się dzieje, i przerażona skutkami. I tyle. Aby oszczędzić tym osobom rozterek duchowych, należałoby unieważnić przeszłość, zakazać wspominania o PRL, spalić archiwa IPN, a tym, którzy już do nich zaglądali, wmówić pod hipnozą, że oglądali teczki kandydatów do beatyfikacji. Czytałem parę lat temu książkę Heriberta Illiga „Wymyślone średniowiecze”, w której autor postawił tezę, że wieków od VII do X w ogóle nie było, a wymyślił je cesarz Konstantyn VII Porfyrogenetes wspólnie z Watykanem dla jakichś ciemnych celów. Nie było Karola X, bitew pod Tours i Poitiers. „Pieśń o Rolandzie” to apokryf, katedrę w Akwizgranie sfałszowano, a w Polsce nie było Mieszka, Dąbrówki, chrztu i świętego Wojciecha. Jeśli można uznać całe średniowiecze za fałszerstwo, to samo da się zrobić z PRL. Najlepiej ogłosić, że wymyślił je Wildstein. Część winy mogę nawet wziąć na siebie. Inni nie będą się musieli konfundować.

Jeśli natomiast chodzi o moją konfuzję, to jestem głęboko poruszony pierwszym w dziejach przypadkiem autodemaskacji wywiadu wojskowego. Pierwszy raz w historii świata wywiad jakiegoś państwa ogłosił publicznie, gdzie można znaleźć nazwiska jego funkcjonariuszy.

Pamiętam – mam już swoje lata – jak otwierano warszawskie Domy Centrum. Tłok był niesamowity, bo PRL rzuciła się na rynek. Teraz w Domach Centrum pustawo. Podaż jest większa niż wtedy, ale popyt zmalał. W polityce jest odwrotnie niż w gospodarce, co potwierdza obserwacje, że oba te byty w III Rzeczypospolitej coraz bardziej się rozchodzą. W polityce centrum podaż ma skromną, natomiast popyt rośnie ostatnio lawinowo. Cała lewica z SLD na czele przeniosła się do centrum, PSL okopało się w centrum, PO jest redutą centrum, PiS stoi w centrum na straży, „borówki” kwitną w centrum, choć nie owocują, do centrum podkopuje się „Ordynacka” tunelem z Pałacu Prezydenckiego. Nawet Samoobrona leży dziś w centrum. Dookoła krąży jeszcze tylko samotny Giertych, ale i jemu, im bliżej do wyborów tym bliżej do centrum. Zobaczycie, jak złagodnieje i wyprofiluje się na centrystę z dziada pradziada.

Tłok będziemy mieli w centrum większy, niż w Domach Centrum za Gierka, nawet jeśli już nie przyjadą wycieczki Pociągiem Przyjaźni ze Związku Radzieckiego. Wynika to z przekonania polityków, że w centrum jest najwięcej głosów. Wystarczy się zadeklarować jako centrum, żeby załapać parę procent. Wystarczy ogłosić, że jesteśmy centrum, solidne, stateczne, spokojne, a wszyscy Polacy, solidni, stateczni i spokojni pójdą na lep i odpowiedzą na zew. Przyszły Sejm będzie centrowy i dla unaoczniena tego widzom telewizyjnych transmisji z debat, zajęte będą tylko ławy środkowe. Kaczyński będzie siedział na jednym kolanie Oleksego, a Pawlak na drugim. Pol będzie trzymał Rokitę na barana, a Borowski tulił Leppera do piersi. Będzie pięknie. Żadnego radykalizmu, żadnych kontrowersji, żadnych sporów, żadnych zmian. Janik wyjdzie na trybunę i powie, jak pięknie jest w centrum, jaki spokój i cisza. Po nim Dorn – z przykrością muszę się zgodzić z przedmówcą, że w centrum jest uroczo. Co najwyżej Lepper odezwie się z ławy: złodzieje, ukradliście centrum. Ale to tylko do czasu, aż nie dojrzeje i nie stanie się prawdziwym centrystą. Jak inni, trochę tu, trochę tam.

Jakby mało było tego zatłoczenia, grupa zacnych mieszczan krakowskich wezwała polityków wszystkich opcji, żeby się jeszcze bardziej skupili i stłoczyli. Zaapelowano o zaniechanie. I słusznie. Zaniechanie jest łagodnym środkiem. Przeczyszcza, nie przerywając snu.

Przy okazji prostuję, że z Radia TOK FM, które jest własnością Agory, nie zostałem wyrzucony, tylko zerwano ze mną i z kilkoma innymi osobami współpracę z powodu braku pieniędzy.

Byłem niedawno na pogrzebie, który przywiódł mnie na cmentarz Północny w Wólce Węglowej. Jest w głównej alei tej nekropolii szereg grobów, na których nazwiska opatrzone są tytułem towarzysz. Towarzysz X, działacz ruchu robotniczego. Najświeższe z tych grobów pochodzą z 1987 roku. Potem jak nożem uciął. Ani jednego towarzysza. Już wszyscy wymarli czy też towarzysze przestali umierać?

Akurat. Teraz dopiero trzeba czekać cierpliwie. Trzeba czekać, aż wymrą wszyscy pamiętający PRL. Wszyscy, którzy się o nią otarli. Trzeba czekać, aż ja umrę i aż wymrze cała reszta. Może wtedy wreszcie zejdzie znad Polski ten opar zgnilizny, który ją dusi.

Prawdziwym nieszczęściem jest, że polityką zajmują się u nas ludzie wyrośli i ukształtowani w PRL. I to nie dotyczy tylko postpezetpeerowskiej lewicy, ale także postsolidarnościowej prawicy, postpolitanalfabetów, w ogóle wszystkich. Ta wspólna przeszłość w monopartyjnej satrapii odcisnęła się różnie w mózgach różnych ludzi, ale jednak zostawiła ślad, jak bliznę. Ja wiem, że to, co piszę, jest niepoprawne politycznie, ale przecież nie sposób zrozumieć dzisiejszej Polski bez znajomości Polski minionej. Autorytety zabraniają nam oglądania się za siebie, każą nam patrzeć w przyszłość. Ja patrzę i widzę ciągle przemykające gnomy z dawnych światów, barony partyjne i barany bezpartyjne.

Rządzi nami kamaryla dawnych funkcjonariuszy partyjnych, zaprawionych w intrygach dworskich, w parciu do żłoba, rywalizujących między sobą na polu właściwej interpretacji uchwał Biura Politycznego.

Opozycja natomiast jest, jak w PRL, z gruntu opozycyjna. To znaczy, że potrafi się sprzeciwiać, potrafi protestować i reagować, umie tworzyć alternatywne programy, ale tylko wobec programów i planów już istniejących. Są też salonowcy, spadkobiercy dawnych polityków kawiarnianych, którym kultura osobista pozwala recenzować wykwintnie wszystko i wszystkich, ale zabrania działać i dopuszczać do działania innych. Polskę trzeba zagadać, a nie zmienić.

Są jeszcze populiści, także dzieci PRL, żerujący na przekonaniu półgłówków, że są solą tej ziemi i że najlepiej będzie w Polsce, jeśli rządzić nią będą reprezentanci umysłowego marginesu zgodnie z fobiami i urojeniami tłumu.

Teraz trzeba czekać, aż to wszystko wymrze ze mną włącznie. Jeśli o mnie chodzi, obiecuję, że umrę, choć nie mogę zagwarantować, że nastąpi to szybko.

Redaktor Paweł Wroński z „Gazety Wyborczej”, występując wczoraj w Radio TOK FM w obronie Lesława Maleszki, „Gazety Wyborczej” i zachowania akt SB w najściślejszej tajemnicy, nazwał mnie plagiatorem. Dosłownie powiedział, że w czasie, kiedy byłem korespondentem „Rzeczpospolitej” w Niemczech, trudniłem się plagiatem i zostałem zdemaskowany po protestach gazet niemieckich.

Cała ta wypowiedź była dość typowa dla metod, jakimi „Gazeta Wyborcza” walczy ze swoimi przeciwnikami. Po pierwsze, nigdy nie byłem korespondentem „Rzeczpospolitej” w Niemczech. Byłem korespondentem BBC World Service w Bonn. Z „Rzeczpospolitą” tylko współpracowałem. Po drugie, żadna niemiecka gazeta nigdy nie zarzuciła mi plagiatu, ani nie protestowała przeciwko temu, co pisałem. Zarzuty postawił mi redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik. Chodziło o jeden artykuł ekonomiczny z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, z którego przepisałem dane statystyczne dotyczące gospodarki. Ani autor tego artykułu, z którym rozmawiałem, ani redaktor naczelny FAZ nie uznali tego za plagiat. Naczelny niemieckiej gazety powiedział mi, że jedynym moim grzechem w jego oczach było to, że nie sprawdziłem, czy dane są prawdziwe. Redaktor Michnik był wtedy jednak równie skuteczny, jak „Gazeta Wyborcza” dziś. „Rzeczpospolita” zerwała ze mną, nie dając mi możliwości wytłumaczenia się przed czytelnikami. Rozstanie ze mną ówczesny naczelny „Rz” Piotr Aleksandrowicz ogłosił nie na łamach własnego dziennika, ale w „Gazecie Wyborczej”.

Natomiast mój ówczesny chlebodawca, Eugeniusz Smolar z BBC, z daleka od autorytetów, salonów i ośrodka zarządzania narodowym sumieniem uznał, że nie złamałem etyki zawodowej i nie ma żadnych powodów, aby dokonywać mojej egzekucji tylko dlatego, że „Gazeta Wyborcza” wydała wyrok.

Paweł Wroński zapamiętał to wszystko inaczej. Tak, żeby mu pasowało do potrzeb. Dzięki temu mógł polemizować nie z tym, co mówię i piszę, tylko z tym, jaki jestem. Parę miesięcy temu inny autorytet moralny i strażnik jedynie słusznej linii Jacek Żakowski nazwał mnie w tym samym TOK FM, z którego wyrzucono mnie niedawno po ponadrocznej współpracy, peerelowskim propagandzistą. Mam oczywiście pełną świadomość tego, że gdybym się trzymał norm i granic osądu świata wyznaczonych przez „Gazetę Wyborczą”, byłbym pupilem i Wrońskiego, i Żakowskiego. A tak, jutro mogę zostać nazwany gwałcicielem, a pojutrze masowym mordercą.

Wroński powiedział, że jest mu przykro, iż Bronisław Wildstein musiał odejść z „Rzeczpospolitej”, a plagiator Rybiński pracuje tam nadal. No to zajmijcie się teraz na poważnie moim odejściem. Znacie przecież skuteczne sposoby.


  • RSS