rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

Dawno nie mieliśmy tak miłych stosunków z Rosją. W odpowiedzi na nadanie jednej z ulic w Warszawie imienia Dżochara Dudajewa Rada Miejska Moskwy chce nadać ulicy, przy której znajduje się Ambasada RP, imię Michaiła Murawiowa, kata powstania styczniowego, zwanego Wieszatielem. Podobno Duma czeka teraz na reakcję radnych Warszawy. Nie ma innego wyjścia, tylko nazwać warszawski Pałac Kultury i Nauki imieniem Maschadowa.

Nie wątpię, że 9 maja rosyjscy gospodarze zawiozą prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego na ulicę Murawiowa, żeby mógł tam złożyć kwiaty. Ale swoją drogą, pomysłowi to deputowani rosyjscy nie są. Mogliby przecież, nie sięgając tak daleko w historię, nadać tej ulicy nazwę bulwary Ałganowa. I cóż moglibyśmy na to odpowiedzieć? Chyba tylko Alejami Kuklińskiego.

Trzeba przerwać te złośliwości wzajemne, które tak irytują resztę Europy. Proponuję zachować się godnie i ustanowić sierpień miesiącem przyjaźni polsko-rosyjskiej. A raczej, żeby być w zgodzie z rzeczywistością, rosyjsko-polskiej. W sierpniu przypada rocznica cudu nad Wisłą, paktu Ribbentrop – Mołotow, powstania „Solidarności”. 9 sierpnia przypadają imieniny Romana Dmowskiego, przewodniczącego Koła Polskiego w Dumie. 14 sierpnia minie w tym roku 91 lat od dnia wydania przez zwierzchniego wodza naczelnego, generała adyutanta Mikołaja Mikołajewicza odezwy do Polaków. To piękny dokument, który powinien być odczytywany w kościołach, bo Sejm ma wtedy wakacje.

„Polacy! Wybiła godzina, gdy serdeczne marzenie ojców i dziadów waszych może się spełnić. Minęło półtora wieku od czasu, jak żywe ciało Polski rozdarto na części, ale duch Jej nie umarł. Żyła ona nadzieją, że przyjdzie chwila zmartwychwstania narodu polskiego i braterskiego jego pogodzenia się z Wielką Rosyą. Wojska rosyjskie niosą wam radosną wieść tego pogodzenia się.

Niech znikną granice, dzielące na części naród polski, niechaj połączy się on w jedną całość pod berłem Cesarza rosyjskiego. Pod tym berłem odrodzi się Polska wolna co do swej wiary, języka i samorządna. Jednego oczekuje od was Rosya – takiegoż poszanowania praw narodowości, z którymi związała was historia. Z otwartem sercem i po bratersku wyciągniętą dłonią idzie na wasze spotkanie wielka Rosya. Niechaj zabłyśnie na zorzy tej znamię krzyża, symbol cierpień i zmartwychwstania narodów”.

Piękne słowa i Mikołaj Mikołajewicz zasługuje też na ulicę – i w Warszawie, i w Moskwie, i nawet w Paryżu.

Donoszę uprzejmie Pani Głównej Inspektor Ochrony Danych Osobowych, że dane, które ma chronić, są ujawniane permanentnie. Nie tylko przez IPN. Przez wszystkich wkoło. Od paru dni media przekazują mi nieustannie dane jakiegoś pana Jana vel Janusza Kobylańskiego. Miejsce i datę urodzenia. Imiona rodziców. Nazwisko panieńskie matki. Adres zamieszkania. Przebieg kariery zawodowej – szmalcownik, szpieg sowiecki, fałszerz dokumentów, współpracownik SB, milioner, opiekun Radia Maryja. Czy ten pan wyraził zgodę na publikowanie swoich danych? Bardzo wątpię i liczę na zawiadomienie prokuratury.

Pozwolę też sobie zwrócić uwagę Pani GIODO, że wszystkie znane mi redakcje gazet zajmują się nielegalnym gromadzeniem danych o rozmaitych osobach, łącznie z intymnymi szczegółami w celu podania ich do publicznej wiadomości. Nazywa się to eufemistycznie i oszukańczo dziennikarstwem śledczym, a jest po prostu łamaniem norm prawa. Niektóre redakcje zgromadziły wielkie archiwa danych osobowych, łącznie ze zdjęciami, które z pewnością nie zostały zgłoszone do GIODO i są poza wszelką kontrolą. A potem mamy afery, które wstrząsają fundamentami państwa.

Słusznie zainteresowała się pani ujawnieniem danych osobowych ludzi, którymi interesowała się z sukcesem lub nie SB. A co z danymi esbeków, którzy się interesowali? Przecież bez żadnej żenady ujawnia się ciągle, że Wojciech Jaruzelski był generałem, szefem WRON, I sekretarzem partii, premierem, że wprowadził stan wojenny i że mieszka Pod Skocznią. Trzeba temu także położyć kres.

Pierwszym krokiem do skuteczności byłaby niewielka zmiana nazwy – na Główny Inspektorat Ochrany Danych Osobowych.

Nie życzyłem w tym roku nikomu Wesołych Jaj, bo Jaja mamy takie, że boki zrywać.

Trudno nie zauważyć, że elity wprowadzają nas do Europy z pewnym zażenowaniem. Tak, jak byśmy nie mieli Unii Europejskiej niczego do zaoferowania poza oscypkiem i bigosem. Jakbyśmy szli do niej tylko jak sztubacy po naukę i dziady proszalne po zasiłek. A to nieprawda. Już pomijam fakt, że wiele rodów europejskich do dziś żyje z fortun zbudowanych na złotych podkowach, gubionych przez konie poselstw polskich wjeżdżających do Rzymu czy Paryża. Mamy także tradycję duchową i cywilizacyjną leżącą w głównym nurcie najbardziej postępowej myśli europejskiej. Trzeba ją tylko przypomnieć i wykorzystać, a integracja zaraz żywszym ruszy torem.

Mamy się wkrótce wypowiadać w referendum na temat europejskiego traktatu konstytucyjnego, który zna tylko garstka osób wyjątkowo wytrwałych i odpornych. Na resztę nie ma co liczyć, przeciętny Europejczyk niezależnie od narodowości, wyznania i wykształcenia zasypia najdalej przy lekturze trzeciej strony traktatu. Wynik referendum zależeć będzie tedy od ufności reszty wobec tych, którzy przeczytali i zachwalają, a także tych, co zachwalają, nie przeczytawszy. A wobec powszechnego dziś w Polsce braku zaufania wszystkich do wszystkich jest wątpliwy. Tymczasem trzeba tylko sięgnąć do tradycji, aby przybliżyć Polakom konstytucję, a nawet spowodować, że wszyscy będą ją znać na pamięć i recytować na wyrywki.

W roku 1897 radca sądu krajowego w Krakowie Teodor Nałęcz Kalitowski, chcąc ułatwić życie studentom prawa i aplikantom sądowym, napisał obowiązujący wówczas kodeks postępowania cywilnego, czyli „Ustną procedurę sądową” na nowo. Wierszem. Brzmiało to tak:

Prawa i obowiązki sędziego:
a) on termina potrzebne sam wyznacza sobie (§ 180 – 185, 249),
b) otwiera i zamyka rozprawę,
c) on obie (180).
Spór prowadzące strony w sprawie wypytuje:
d) głos odbiera, udziela,
e) karności pilnuje (86,179 – 202),
f) on ogłasza uchwały,
g) on o tem pamięta, by strony przedłożyły w sporze dokumenta,
h) pyta o nazwy świadków tudzież ich mieszkanie,
i) słowem wszystko wyjaśnia, co wyjaśnić w stanie (181 i 182),
k) zwraca na to uwagę stron, jeśli jest zdania, że sprzeczne porobiły w procesie podania,
l) może żądać – bo to rzecz dobra oczywiście – by strony się stawiły przed nim osobiście.

Radca Nałęcz Kalitowski pokazał nam właściwą drogę i to ponad stulecie temu. Trzeba przybliżyć konstytucję Europejczykom? Napiszmy ją wierszem. Będzie łatwiej przeczytać, a nawet zapamiętać. Poza tym przyda się trochę poezji w polityce i w biurokracji też. Mamy zastępy poetów, których nikt nie chce wydawać, a jak już wyda, to nikt nie kupuje i nie czyta. Dobijają się oni o zasiłki i stypendia, a tutaj czekałaby ich wzniosła i dobrze płatna praca literacka, której nikt nie podoła w pojedynkę, a pewnie i czterech wieszczów nie dałoby rady.

Wprawdzie współcześni poeci ambitni obywają się bez rymów i rytmu, a taką konstytucję już mamy, więc jej upoetycznienie przez pogrobowców dadaizmu niewiele by dało, poza obniżeniem stopnia komplikacji, ale może za europejskie granty postmoderniści daliby się nakłonić do powrotu – oczywiście anonimowo – nikt nie chce się kompromitować – ku tradycji. Jeśli nie, jest też dość w Ojczyźnie naszej grafomanów częstochowskich, którzy walą rymy z niezwykłą łatwością. Wyobrażam sobie inwokację konstytucyjną w takim, bliskim nam, kształcie:

Europo, Ojczyzno nasza, ty jesteś jak zdrowie,

Jak mądrość, jak uroda i siła, i więcej,

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto nigdy nie dostał ni grosza subwencji.

Albo weźmy różnego rodzaju normy europejskie, które swoją doskonałością wprawiają w zawstydzenie polski aparat urzędniczy, administrujący życiem we wszystkich jego objawach. Ja rozumiem, że zarządzenie Komisji Europejskiej z roku 1995 o „Handlowych nazwach dla tłuszczów smarowniczych” może rzucić na kolana swoją precyzją. Według tego dokumentu substancja, nazywana w czasach barbarzyńskich masłem, powinna się nazywać w zależności od składu: mlecznym tłuszczem smarowniczym, mlecznym tłuszczem smarowniczym o zredukowanej zawartości tłuszczu lub ubogą w tłuszcz półtłustą mieszanką mleczno-roślinną.

Ale taka dyrektywa może imponować tylko Polakowi, który nie zna własnej historii. Oto w marcu Roku Pańskiego 1931 przyjęto w II Rzeczypospolitej dokument zatytułowany „Wymagania stawiane pod względem gatunku dla masła”. W porównaniu z suchym, nie oddziałującym na wyobraźnię smakowo-zapachową, biurokratycznym językiem Brukseli, to jest czysta poezja: Masło deserowe musi być o delikatnym przyjemnym smaku, woni naturalnie aromatycznej, odpowiedniej pomazankowatości i zdolności rozsmarowania się na chlebie bez rozpadania się na grudki lub rozwlekania się jak mary, wygląd musi być o słabym połysku, barwa owsianozłocista, topliwość stwarzająca uczucie chłodu, złom drobnoziarnisty, na przekroju rosa z niewielu małych kropelek wody czystej. Zawartość wody niżej 16 procent i minimalne 80 punktów ze 100 punktowej państwowej oceny masła.

Stołowe ma być: średniej jakości, o wybitniejszych wadach np. w smaku nieco drapiące, zawierające ślady maślanki bez woni, przerobione, mętne, maziste, minimalnie 70 punktów 100 punktowej państwowej oceny masła.

Kuchenne ma być: w smaku lekko zjełczałe lub kwaśne, serowate o posmaku oleju, trącąc stęchlizną lub dymem, stajnią, zdatne do celów kuchennych, minimalnie 50 punktów 100 punktowej państwowej oceny masła.

I co, mamy się czego wstydzić przed Europą? Bogać tam. Już dawno te piękne strofy rodzime powinny zostać przeforsowane jako dyrektywa UE w sprawie masła. Przecież każdy Europejczyk będzie wolał smarować sobie chleb masłem deserowym barwy owsianej, aromatycznym i o odpowiedniej pomazankowatości niż mlecznym tłuszczem smarowniczym, który łatwo może być pomylony, wobec braku precyzyjnego opisu, z towotem.

Może ktoś nieżyczliwy powiedzieć, że jednak w porównaniu z nowoczesnymi, europejskimi przepisami maślanymi, tradycyjne polskie wytyczne są zbyt rozwlekłe, zanadto opisowe i za długie. Jednak są znacznie krótsze i ciekawsze od traktatu konstytucyjnego. Jeśli chodzi jednak o zwięzłość, to możemy także sięgnąć do narodowej skarbnicy. Trzeba tylko pogrzebać. Pogrzebałem i znalazłem rozkaz dzienny 1. Pułku Ułanów z 12 kwietnia 1931 roku, który może być wzorem zwięzłości i jasności zarazem: „Na niedzielne nabożeństwo zbierać się będą szeregowcy w porządku następującym: przed kościołem za kościołem, po kościele przed kościołem”.

Krótko, prosto, zrozumiale. W tym duchu można by też przeredagować konstytucję europejską. Baczność, Europejczycy, na lewo patrz i nie spoczywaj! Nawiasem mówiąc, w tym samym rozkazie dziennym do ułanów jest też punkt świadczący, że Polacy są elastyczni, łatwo dostosowujący się do zmian i w żadnym razie nie dogmatyczni. Ten punkt brzmi: Wobec stwierdzenia faktu, że wałach „Primus” jest klaczą, zmienia się mu niniejszym imię na „Katylina”.

Mamy Wielkanoc, czas refleksji nad wielką polską tradycją religijną, rodzinną i narodową. Siedząc przy stole, obierając pisanki, jak czyniło wiele pokoleń naszych przodków, pomyślmy, jak dużo możemy dać Unii Europejskiej, a nie zastanawiajmy się wyłącznie nad tym, co ona może nam zabrać.

Wesołego Alleluja!

W ponurych czasach dyktatury proletariatu i kierowniczej roli partii była tylko jedna Spółdzielnia Ucho, która nas podsłuchiwała. Teraz, wedle relacji fachowców, jest takich spółdzielni kilka. ABW, AW, WSI, CBŚ plus jeszcze służby celne i skarbowe. Nie ma w tym nic dziwnego, w związku z rozwojem telefonii jest duża podaż interesujących rozmów, więc popyt na podsłuchiwanie też się musiał zwiększyć.

Zgodnie z prawami rynku doprowadziło to do rywalizacji podsłuchujących o podsłuchanie rozmów najbardziej interesujących. Aż prosiłoby się wydawanie jakiegoś biuletynu branżowego z podsłuchów i konkurs dla najbardziej bulwersującego podsłuchu z nagrodami. Trzeba tylko rozstrzygnąć, dla kogo – dla podsłuchującego czy dla podsłuchiwanych.

Na razie skromnie ujawniane w mediach treści podsłuchane doprowadziły do poważnego wzrostu kultury języka w kręgach elity polityczno-gospodarczej. Nikt bowiem nie chce, żeby mu wyliczano w prasie, że w ciągu kwadransa użył 145 razy słowa na „k”, a 77 razy na „ch”. Nikt nie chce wyjść na chama bez salonowego obycia, który nie potrafi bez wyzwisk wytłumaczyć rozmówcy, kto przekręcił miliony i ile. Prowadzi to oczywiście do pewnych trudności komunikacyjnych, bo jak przekazać informację, skoro z 200 znanych słów polskich można użyć tylko połowę?

Politycy i ich partnerzy z gospodarki i finansów dopiero uczą się, ale za to pilnie, zastępowania przyswojonego w dzieciństwie zasobu słów eufemizmami. Już w następnych stenogramach podsłuchanych rozmów będziemy mogli przeczytać frazy: ten syn starej ulicznicy może mnie pocałować. Już wkrótce dojdziemy do klasyki, do cór Koryntu, wnuków Koryntu i narzędzi Priapa.

Niestety, ta nowa i korzystna tendencja językowa prowadzi do dalszego pogłębiana dystansu między elitą i resztą społeczeństwa. Elita się sublimuje, a Polacy dalej mówią tak, jak im nakazuje tradycja, bo wierzą, że skoro nie prywatyzowali PZU ani nie wyznaczali rady nadzorczej Orlenu, nikt ich nie podsłuchuje. I to jest błąd. Jeśli chcemy doskonalić potoczną polszczyznę, trzeba powrócić do idei generała Jaruzelskiego i zaprowadzić podsłuch powszechny. Jak ktoś znów usłyszy w telefonie „rozmowa kontrolowana”, będzie się miarkował i może nawet, zamiast plwać na rząd i prezydenta, pochwali. A przy okazji, będzie to bardzo piękna forma uczczenia 25. rocznicy „Solidarności”.

Przysłowia są mądrością narodów. A to w tytule jest szczególnie udane i bardzo proeuropejskie. Dlatego dobrze się stało, że wczorajsza „Gazeta Wyborcza” piórem Roberta Sołtyka dała naszej delegacji na brukselski szczyt gospodarczy wiatyk i wytyczną: siedzieć cicho, nie wymądrzać się, niczego nie żądać i niczego nie oczekiwać. Jesteśmy w Unii Europejskiej z łaski i nie należy rozdrażniać Chiraca, który i tak jest rozdrażniony deficytem budżetowym i spadkiem poparcia Francuzów dla traktatu konstytucyjnego. Gdyby nie czujność „Wyborczej”, lekkomyślny Belka mógłby w Brukseli zacząć się powoływać na fundamenty Unii, zawarte w idei swobodnego przepływu idei, kapitału i ludzi, włączając w to fryzjerów damskich.

Nie wolno, pouczał słusznie Sołtyk, bronić idei liberalizacji usług, bo można się spotkać z furią Chiraca. Pustą retoryką nic nie zdziałamy, wytyczał drogi europejskiej polityki Sołtyk, trzeba się wykazać duchem kompromisu. Oczywiście, dotychczasowy kompromis polegający na tym, że możemy swobodnie kupować we francuskich hipermarketach i nabywać francuskie samochody, jest niewystarczający, skoro Francuzi i Niemcy mogą przenosić do Polski nie tylko wytworzone towary, ale także ich produkcję, powodując wzrost bezrobocia u siebie i nerwowość Chiraca. Można by wyjść naprzeciw przyjaciołom z Paryża i zaproponować, że w ramach europejskiej solidarności wyrównamy część deficytu francuskiego tak, żeby mogli wypełnić kryteria z Maastricht, które sami sobie lekkomyślnie narzucili. Polscy bezrobotni i emeryci się ucieszą, bo o niczym tak nie marzą, jak o tym, żeby przypodobać się Francuzom i żeby Sołtyk też dostał Legię Honorową.

Nam nie wypada prowadzić narodowej polityki w UE, nie uchodzi domagać się korzyści i wypełniania zobowiązań. To jest zarezerwowane dla Francuzów, Niemców i Hiszpanów. My nie mamy się czym pochwalić i nie powinniśmy się ośmieszać, tylko robić frekwencję na szczytach, a wtedy zawsze będziemy mogli liczyć na kawałek łaskawego chleba.

Dużo się zawsze pisało o korzyściach, jakie z członkostwa w UE mieli Hiszpanie. No to radzę Sołtykowi prześledzić, ile razy Hiszpania groziła zerwaniem szczytów Unii i jak na tym wyszła.

Demony są złe, kłamliwe i perfidne. To słudzy szatana. Wiodą tych, co im zawierzyli, ku zgubie prawdziwej. Nienawidzą wszelkiej prawdy i nawet cienia prawdy, podobnie jak mrok lęka się każdego promienia słońca. To nieprzejednani, bezwzględni i podstępni wrogowie szczęścia całego rodzaju ludzkiego i każdego człowieka z osobna. Potrafią mamić zmysły, wywołując wiele snów, zwidów i koszmarów. Tak przedstawiał naturę demonów w dziele „O państwie bożym” święty Augustyn.

Wiele czasu upłynęło od tej pory, przeżyliśmy reformację, oświecenie, sekularyzację, rewolucję przemysłową, technologiczną i informatyczną, a w Polsce jeszcze Okrągły Stół, tymczasem mam wrażenie, że demony czują się dobrze, nawet się rozmnażają. Szczególnie obficie zasiedliły polską politykę. Po lewej i po prawej stronie. Sprawiedliwie. Po równo. Już prawie dwa lata całe polskie życie polityczne polega głównie na wypędzaniu demonów. Wypędzaniem zajmują się demony o przeciwnej orientacji. Diabła wypędza się szatanem, a biesa czartem. Media nie tylko relacjonują wzajemne egzorcyzmy, ale także je uprawiają.

Lista demonicznych biesów polskich jest długa. Są na niej praktycznie wszystkie osoby publiczne. Wałęsa wyświęca Rydzyka, Oleksy Belkę, a Kwaśniewski Króla. Czarci pomiot schodzi się raz w tygodniu na śniadaniu u Moniki Olejnik i aż dziw, że nie podają tam jeszcze cykuty albo chociaż wody święconej z czosnkiem i osinowych kołków. Ostatnio jednak, w dobie ujawniania i wyjaśniania afer polityczno-finansowych, nastąpiło pewne zachwianie demonicznej hierarchii. Zły rozdał nominacje: … and the winner is…

Tak jest. Najgorsze demony, najzajadlejsi biesowaci to są dziś posłowie Wassermann, Giertych, Macierewicz, Miodowicz i Aumiller, członkowie komisji do spraw Orlenu. Galeria czartów nowej generacji, którzy mamią Polaków zwidą mafijnych powiązań i ułudą machinacji służb specjalnych. Polacy, nie dajcie się Złemu! Żyjecie w oazie uczciwości, szczerości i prawdomówności, czego demony, jako wrogowie rodzaju ludzkiego, znieść nie mogą. W waszych, wyborcy, jest rękach wypędzenie demonów raz na zawsze. Niech odlecą na miotłach, niech się wcielą w wieprze i potoną w sadzawce fontanny na placu Saskim. A wtedy zaopiekują się nami wszystkimi koledzy Dochnala, przyjaciele Ałganowa, protektorzy Mazura, opiekunowie Kuny i Żagla. Będzie III Rzeczpospolita, będzie państwo jeśli nawet nie boże, to bez demonów.

Rozpoczęły się przygotowania do budowy Czwartej Rzeczypospolitej. I słusznie, bo Trzecia już nam nadojadła. Jest wprawdzie lepsza niż PRL, co podkreśla nawet Józef Oleksy, ale trochę za długo przejściowa, ewolucyjna i transformacyjna. Czekamy na coś trwałego. Fundament Czwartej już jest, bo Prawo i Sprawiedliwość przedłożyło projekt nowej konstytucji. Rzeczpospolita ma być sprawiedliwa, uczciwa i bliska obywatelowi. To bardzo piękne zamierzenia, ale nie wiem, czy wystarczające dla zbudowania normalnego państwa demokratycznego i społeczeństwa obywatelskiego. Nie nowa konstytucja jest nam bowiem najbardziej potrzebna, ale zwykli, normalni obywatele. Państwo powinno być bliskie obywatelom, lecz najważniejsze jest, żeby obywatele byli bliscy rzeczywistości.

Naoglądałem się w telewizji obrazków z powodzi i nasłuchałem biadań i narzekań osób dotkniętych klęską żywiołową. Obywatele Trzeciej Rzeczypospolitej, stojąc po kostki w wodzie pytali, co robi rząd, aby zapobiec katastrofie. Gdzie jest premier Belka? Dlaczego nie podjęto w porę koniecznych kroków? Jakiś zirytowany w najwyższym stopniu obywatel Trzeciej Rzeczypospolitej, która teraz ma przejść wreszcie do historii, pokazywał reporterowi telewizyjnemu i wszystkim widzom burzliwą rzeczkę, tłumacząc, że w tym miejscu koryto jest stanowczo za wąskie. I rząd niczego nie zrobił, żeby je poszerzyć. Gdzieś indziej zdenerwowana kobieta krzyczała, że okoliczne rowy są pozasypywane. Pewnie miała rację, pewnie wie dobrze, że są pozasypywane, bo widziała to jeszcze w czasie ostatniej suszy, i oburza się, że rząd ich nie przekopał.

Powódź na szczęście jest niewielka, ale i do takiej obywatele Trzeciej Rzeczypospolitej nie dorośli. Są najwyraźniej przekonani, że udrażnianie rowów, sypanie wałów, przepychanie przepustów jest zadaniem rządu, że powinni przyjechać Belka z Hausnerem, złapać za łopaty i kopać. Jak już powstanie ta Czwarta Rzeczpospolita i rządzić będą Kaczyński z Rokitą, ci sami obywatele będą oczekiwać, że to oni przyjadą i naprawią wały. A jeśli się zawiodą, zaczną się rozglądać za kimś, kto im obieca Piątą Rzeczpospolitą.

Jedyna nadzieja dla następnych rządów, to ta, że na skutek prounijnej propagandy i zachwalania traktatu konstytucyjnego UE Polacy nabiorą wiary, że ich obejście powinna uporządkować Komisja Europejska i przy następnej powodzi będą wyklinać Barroso.

Czytam sobie właśnie „Gesta Romanorum. Historie rzymskie” w tłumaczeniu Pawła Hertza, zbiór średniowiecznych przypowieści łacińskich na użytek kaznodziejów. Wiele zaczyna się odwołaniem do autorytetu: Aleksander powiada, Izydor głosi. Mam wrażenie, że kazania dla szukających iluminacji Polaków będą się niedługo zaczynać frazą: Slavoj Żiżek twierdzi.

Awangarda intelektualna odkryła Żiżka i nie ma już odwrotu. Najpierw w „Krytyce Politycznej” „Słowiański gigant” prezentuje swoją ogólną teorię rewolucji, gromiąc „współczesną zatęchłą Polityczną Poprawność”. Polega ona na tym, że nie dostrzegamy wyzwolenia, jakie niesie ze sobą zniesienie tabu kazirodztwa oraz seks genitalny z dziećmi w wieku przedszkolnym. Polityczna Poprawność niejedno ma imię: według mędrca lewicy to ona odpowiada za to, że seksualne molestowanie dziecka stało się synonimem wcielonego zła. Okropne. Okropne, i nic dziwnego, że Źiżek wzywa do „podjęcia ryzyka przywołania wyzwalającego wymiaru takich „ekscesów”". No, jakże można by inaczej. Cóż to za rewolucja, jeśli seksu z dziećmi nie wolno…

Ale my, Polacy, nie powinniśmy narzekać. Nawet jeśli eksces jeszcze nas nie wyzwoli, będziemy mogli obcować z mistrzem duchowo, a to za sprawą samego Jacka Żakowskiego. Na łamach „Niezbędnika Inteligenta”, dodatku do „Polityki”, ukazał się wywiad polskiego publicysty z psychoanalitykiem i filozofem, który podobno jest czymś pośrednim między Havlem, Michnikiem, Chomskym i Habermasem.

Wywiad to zresztą mało powiedziane, raczej są wyznania mistrza spisywane przez ucznia, który z pokorą przyjmuje, że Żiżek nie jest między, ale okazuje się jednocześnie wszystkim. Jest antykapitalistycznym, antyliberalnym, antylewicowym, antydemokratycznym i antykomunistycznym rewolucjonistą, antymarksistowskim leninistą, elitarnym egalitarystą i antyrynkowym kapitalistą. Jest globalnym antyalterglobalistą. Jest prorokiem nadchodzącej katastrofy, której zapobiec może tylko najpierw gest jak z „Wujaszka Wani” Czechowa – wyjechać na wieś i tam, w „Wiśniowym sadzie” położyć się pod drzewem i czytać Hegla na przemian z Dostojewskim, a jak się już zrozumie sens i kierunek historii oraz kondycję ludzką, skonstruować projekt nowego świata, nowego społeczeństwa i nowego człowieka, jak to zrobił Włodzimierz Iljicz. A potem, z iskry rozgorzeje płomień, a z Żiżka nowy Październik. Witaj, jutrzenko swobody, zbawienia za tobą słońce. Razem, młodzi przyjaciele, ruszymy z posad bryłę świata.

Gdyby jednak jakiemuś polskiemu inteligentowi nie chciało się czytać Żiżka i obalać tabu kazirodztwa, polecam opowieść rzymską numer 165, zaczynającą się od słów: „W żywotach Ojców czytamy, że jeden z aniołów ukazał pewnemu świątobliwemu mężowi trzech ludzi cierpiących na trojaką głupotę”. Wystarczy.

Mamy, jako kraj i naród, sporo problemów, ale nie wszystkie są jednakowo ważne. Obecnie polskim problemem numer jeden wydaje się termin wyborów. Na wiosnę czy na jesieni? Nie tylko politycy obficie wypowiadają się na ten temat, ale i zwykli obywatele.

Polakom nic tak nie leży dziś na sercu, trzewiach i wątrobie jak właściwy termin wyborów. Opowiadano mi, że w karczmie w Piekielniku na Podhalu podczas dyskusji o najkorzystniejszej dacie wyborów zwolennicy wiosny wybili rzecznikom jesieni 18 zębów, a sami stracili tylko 7. Tak więc argumenty obu stron są ważkie i nie można ich lekceważyć.

Ale tak Bogiem a prawdą niesłychanie trudno jest zrozumieć, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Można jeszcze pojąć opory Józefa Oleksego przed przyspieszeniem wyborów. Oleksy liczy na cud, wierzy, że Polacy wrócą z wakacji wypoczęci, opaleni, zadowoleni i będą hurmą głosować na SLD. Że Borowski wróci z urlopu łagodny jak baranek, przyśle łakocie, frukty i kwiaty i będzie się umizgał, żeby mu pozwolono nosić za Oleksym jego teczkę z IPN. Albo że Hausner powróci na łono partii i jeszcze przyprowadzi ze sobą Frasyniuka z Potockim. Są to rachuby zawodne, bo lato może się okazać zimne i deszczowe, Polacy wrócą rozwścieczeni i oddadzą głosy na Rokitę z Kaczyńskim.

Oleksy, jako że statysta z niego wytrawny, kalkuluje. Ale reszta? Jest oczywiście w Sejmie spora grupa rozmaitych Firaków, którzy będą obstawać przy jesieni, i to najlepiej przyszłego roku, bo zdają sobie sprawę z tego, że ponownie nie zostaną wybrani i oznacza to koniec apanaży, diet, hoteli sejmowych i popijaw u Hawełki. No to dać im gwarancje utrzymania statusu materialnego i jeszcze dołożyć po złotym zegarku. Rozwiązać problem z korzyścią dla wszystkich, w pierwszym rzędzie dla państwa. Wypłacać uposażenia i diety posłom Sejmu tej kadencji do jesieni, nawet przy wyborach wiosennych. A w przypadku rezygnacji z ponownego kandydowania jeszcze dłużej. To naprawdę będzie kosztowało nas wszystkich, podatników, taniej niż utrzymywanie tego cyrku telewizyjnego z prowincjonalnymi clownami jeszcze przez parę miesięcy.

Podobno termin wyborów powinien być uzależniony od terminu referendum konstytucyjnego. A dlaczego nie od koniunkcji Wenus i Saturna? Dobrze byłoby też zharmonizować wybory w Polsce z karnawałem w Rio. Wszystko to można uzasadnić politycznie i naukowo. Sądzę jednak, że najlepiej by było dostosować termin wyborów do oczekiwań Polaków. A Polacy tym Sejmem są już zmęczeni. I choć nie ma gwarancji, że następny będzie lepszy, to na pewno będzie inny. A to już sporo.

Już się wydawało, że przetrwamy we względnym spokoju do 5 maja, to jest do spodziewanej dymisji rządu. A gdzie tam. Ktoś nie śpi, aby nie spać mógł ktoś.

Pani pełnomocnik rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn Magdalena Środa objawiła wczoraj w Białymstoku zamiar powołania krajowego obserwatorium do spraw przemocy. Obserwatorium miałoby się zajmować monitorowaniem (po polsku: obserwowaniem) różnych rodzajów i form przemocy, które pani Środa wyliczyła: w grupach rówieśniczych, rodzinie, przemocy fizycznej, seksualnej, ale też ekonomicznej.

Otóż pierwszy przypadek przemocy ekonomicznej już mamy. Magdalena Środa usiłuje wymusić na nas, podatnikach, finansowanie nowej, nikomu do niczego niepotrzebnej struktury biurokratycznej. Usiłuje zgwałcić ogół Polaków do utrzymywania bandy nowych darmozjadów, którzy mieliby zbierać, standaryzować, rozpowszechniać i wdrażać w szerszym zakresie różne programy. Obserwatorium miałoby też wymieniać doświadczenia z innymi krajami, co oznacza po prostu, że nowa czereda urzędników rządowych wyjeżdżałaby – nadal na koszt ogółu, bo przecież nie na własny – za granicę, żeby poobserwować tamtejszą przemoc i poględzić na ten temat przy kolacji. Potem obserwatorzy zagraniczni przyjadą z rewizytą i prosto z bankietu w Bristolu zawiezie się ich nocą na Targówek, żeby sobie mogli poobserwować naszą przemoc na żywo.

Pani pełnomocnik Środa zapowiedziała też powołanie zespołu ekspertów oraz uruchomienie ogólnopolskiej interwencyjnej linii telefonicznej, która przyjmowałaby zawiadomienia o przypadkach przemocy. Otóż taka ogólnopolska linia już istnieje, ma numer 997 i można dzięki niej zawiadomić o przemocy organ powołany do jej zwalczania, to znaczy policję. Można naturalnie przeprowadzić eksperyment, zlikwidować policję i zagrozić przestępcom, że jeśli nie zaniechają stosowania przemocy, przyjdzie do nich Środa i będzie wobec nich wdrażać program.

Polska jest bogatym krajem, stać nas na rzeczników i na obserwatorium. Poza tym najgłupsze pomysły realizuje się u nas najłatwiej i najszybciej. Istnieje więc wielkie prawdopodobieństwo, że obserwatorium Środy powstanie. Jeśli tak, to siedzibę powinno mieć na Łysej Górze.


  • RSS