Mamy, jako kraj i naród, sporo problemów, ale nie wszystkie są jednakowo ważne. Obecnie polskim problemem numer jeden wydaje się termin wyborów. Na wiosnę czy na jesieni? Nie tylko politycy obficie wypowiadają się na ten temat, ale i zwykli obywatele.

Polakom nic tak nie leży dziś na sercu, trzewiach i wątrobie jak właściwy termin wyborów. Opowiadano mi, że w karczmie w Piekielniku na Podhalu podczas dyskusji o najkorzystniejszej dacie wyborów zwolennicy wiosny wybili rzecznikom jesieni 18 zębów, a sami stracili tylko 7. Tak więc argumenty obu stron są ważkie i nie można ich lekceważyć.

Ale tak Bogiem a prawdą niesłychanie trudno jest zrozumieć, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Można jeszcze pojąć opory Józefa Oleksego przed przyspieszeniem wyborów. Oleksy liczy na cud, wierzy, że Polacy wrócą z wakacji wypoczęci, opaleni, zadowoleni i będą hurmą głosować na SLD. Że Borowski wróci z urlopu łagodny jak baranek, przyśle łakocie, frukty i kwiaty i będzie się umizgał, żeby mu pozwolono nosić za Oleksym jego teczkę z IPN. Albo że Hausner powróci na łono partii i jeszcze przyprowadzi ze sobą Frasyniuka z Potockim. Są to rachuby zawodne, bo lato może się okazać zimne i deszczowe, Polacy wrócą rozwścieczeni i oddadzą głosy na Rokitę z Kaczyńskim.

Oleksy, jako że statysta z niego wytrawny, kalkuluje. Ale reszta? Jest oczywiście w Sejmie spora grupa rozmaitych Firaków, którzy będą obstawać przy jesieni, i to najlepiej przyszłego roku, bo zdają sobie sprawę z tego, że ponownie nie zostaną wybrani i oznacza to koniec apanaży, diet, hoteli sejmowych i popijaw u Hawełki. No to dać im gwarancje utrzymania statusu materialnego i jeszcze dołożyć po złotym zegarku. Rozwiązać problem z korzyścią dla wszystkich, w pierwszym rzędzie dla państwa. Wypłacać uposażenia i diety posłom Sejmu tej kadencji do jesieni, nawet przy wyborach wiosennych. A w przypadku rezygnacji z ponownego kandydowania jeszcze dłużej. To naprawdę będzie kosztowało nas wszystkich, podatników, taniej niż utrzymywanie tego cyrku telewizyjnego z prowincjonalnymi clownami jeszcze przez parę miesięcy.

Podobno termin wyborów powinien być uzależniony od terminu referendum konstytucyjnego. A dlaczego nie od koniunkcji Wenus i Saturna? Dobrze byłoby też zharmonizować wybory w Polsce z karnawałem w Rio. Wszystko to można uzasadnić politycznie i naukowo. Sądzę jednak, że najlepiej by było dostosować termin wyborów do oczekiwań Polaków. A Polacy tym Sejmem są już zmęczeni. I choć nie ma gwarancji, że następny będzie lepszy, to na pewno będzie inny. A to już sporo.