Trudno nie zauważyć, że elity wprowadzają nas do Europy z pewnym zażenowaniem. Tak, jak byśmy nie mieli Unii Europejskiej niczego do zaoferowania poza oscypkiem i bigosem. Jakbyśmy szli do niej tylko jak sztubacy po naukę i dziady proszalne po zasiłek. A to nieprawda. Już pomijam fakt, że wiele rodów europejskich do dziś żyje z fortun zbudowanych na złotych podkowach, gubionych przez konie poselstw polskich wjeżdżających do Rzymu czy Paryża. Mamy także tradycję duchową i cywilizacyjną leżącą w głównym nurcie najbardziej postępowej myśli europejskiej. Trzeba ją tylko przypomnieć i wykorzystać, a integracja zaraz żywszym ruszy torem.

Mamy się wkrótce wypowiadać w referendum na temat europejskiego traktatu konstytucyjnego, który zna tylko garstka osób wyjątkowo wytrwałych i odpornych. Na resztę nie ma co liczyć, przeciętny Europejczyk niezależnie od narodowości, wyznania i wykształcenia zasypia najdalej przy lekturze trzeciej strony traktatu. Wynik referendum zależeć będzie tedy od ufności reszty wobec tych, którzy przeczytali i zachwalają, a także tych, co zachwalają, nie przeczytawszy. A wobec powszechnego dziś w Polsce braku zaufania wszystkich do wszystkich jest wątpliwy. Tymczasem trzeba tylko sięgnąć do tradycji, aby przybliżyć Polakom konstytucję, a nawet spowodować, że wszyscy będą ją znać na pamięć i recytować na wyrywki.

W roku 1897 radca sądu krajowego w Krakowie Teodor Nałęcz Kalitowski, chcąc ułatwić życie studentom prawa i aplikantom sądowym, napisał obowiązujący wówczas kodeks postępowania cywilnego, czyli „Ustną procedurę sądową” na nowo. Wierszem. Brzmiało to tak:

Prawa i obowiązki sędziego:
a) on termina potrzebne sam wyznacza sobie (§ 180 – 185, 249),
b) otwiera i zamyka rozprawę,
c) on obie (180).
Spór prowadzące strony w sprawie wypytuje:
d) głos odbiera, udziela,
e) karności pilnuje (86,179 – 202),
f) on ogłasza uchwały,
g) on o tem pamięta, by strony przedłożyły w sporze dokumenta,
h) pyta o nazwy świadków tudzież ich mieszkanie,
i) słowem wszystko wyjaśnia, co wyjaśnić w stanie (181 i 182),
k) zwraca na to uwagę stron, jeśli jest zdania, że sprzeczne porobiły w procesie podania,
l) może żądać – bo to rzecz dobra oczywiście – by strony się stawiły przed nim osobiście.

Radca Nałęcz Kalitowski pokazał nam właściwą drogę i to ponad stulecie temu. Trzeba przybliżyć konstytucję Europejczykom? Napiszmy ją wierszem. Będzie łatwiej przeczytać, a nawet zapamiętać. Poza tym przyda się trochę poezji w polityce i w biurokracji też. Mamy zastępy poetów, których nikt nie chce wydawać, a jak już wyda, to nikt nie kupuje i nie czyta. Dobijają się oni o zasiłki i stypendia, a tutaj czekałaby ich wzniosła i dobrze płatna praca literacka, której nikt nie podoła w pojedynkę, a pewnie i czterech wieszczów nie dałoby rady.

Wprawdzie współcześni poeci ambitni obywają się bez rymów i rytmu, a taką konstytucję już mamy, więc jej upoetycznienie przez pogrobowców dadaizmu niewiele by dało, poza obniżeniem stopnia komplikacji, ale może za europejskie granty postmoderniści daliby się nakłonić do powrotu – oczywiście anonimowo – nikt nie chce się kompromitować – ku tradycji. Jeśli nie, jest też dość w Ojczyźnie naszej grafomanów częstochowskich, którzy walą rymy z niezwykłą łatwością. Wyobrażam sobie inwokację konstytucyjną w takim, bliskim nam, kształcie:

Europo, Ojczyzno nasza, ty jesteś jak zdrowie,

Jak mądrość, jak uroda i siła, i więcej,

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto nigdy nie dostał ni grosza subwencji.

Albo weźmy różnego rodzaju normy europejskie, które swoją doskonałością wprawiają w zawstydzenie polski aparat urzędniczy, administrujący życiem we wszystkich jego objawach. Ja rozumiem, że zarządzenie Komisji Europejskiej z roku 1995 o „Handlowych nazwach dla tłuszczów smarowniczych” może rzucić na kolana swoją precyzją. Według tego dokumentu substancja, nazywana w czasach barbarzyńskich masłem, powinna się nazywać w zależności od składu: mlecznym tłuszczem smarowniczym, mlecznym tłuszczem smarowniczym o zredukowanej zawartości tłuszczu lub ubogą w tłuszcz półtłustą mieszanką mleczno-roślinną.

Ale taka dyrektywa może imponować tylko Polakowi, który nie zna własnej historii. Oto w marcu Roku Pańskiego 1931 przyjęto w II Rzeczypospolitej dokument zatytułowany „Wymagania stawiane pod względem gatunku dla masła”. W porównaniu z suchym, nie oddziałującym na wyobraźnię smakowo-zapachową, biurokratycznym językiem Brukseli, to jest czysta poezja: Masło deserowe musi być o delikatnym przyjemnym smaku, woni naturalnie aromatycznej, odpowiedniej pomazankowatości i zdolności rozsmarowania się na chlebie bez rozpadania się na grudki lub rozwlekania się jak mary, wygląd musi być o słabym połysku, barwa owsianozłocista, topliwość stwarzająca uczucie chłodu, złom drobnoziarnisty, na przekroju rosa z niewielu małych kropelek wody czystej. Zawartość wody niżej 16 procent i minimalne 80 punktów ze 100 punktowej państwowej oceny masła.

Stołowe ma być: średniej jakości, o wybitniejszych wadach np. w smaku nieco drapiące, zawierające ślady maślanki bez woni, przerobione, mętne, maziste, minimalnie 70 punktów 100 punktowej państwowej oceny masła.

Kuchenne ma być: w smaku lekko zjełczałe lub kwaśne, serowate o posmaku oleju, trącąc stęchlizną lub dymem, stajnią, zdatne do celów kuchennych, minimalnie 50 punktów 100 punktowej państwowej oceny masła.

I co, mamy się czego wstydzić przed Europą? Bogać tam. Już dawno te piękne strofy rodzime powinny zostać przeforsowane jako dyrektywa UE w sprawie masła. Przecież każdy Europejczyk będzie wolał smarować sobie chleb masłem deserowym barwy owsianej, aromatycznym i o odpowiedniej pomazankowatości niż mlecznym tłuszczem smarowniczym, który łatwo może być pomylony, wobec braku precyzyjnego opisu, z towotem.

Może ktoś nieżyczliwy powiedzieć, że jednak w porównaniu z nowoczesnymi, europejskimi przepisami maślanymi, tradycyjne polskie wytyczne są zbyt rozwlekłe, zanadto opisowe i za długie. Jednak są znacznie krótsze i ciekawsze od traktatu konstytucyjnego. Jeśli chodzi jednak o zwięzłość, to możemy także sięgnąć do narodowej skarbnicy. Trzeba tylko pogrzebać. Pogrzebałem i znalazłem rozkaz dzienny 1. Pułku Ułanów z 12 kwietnia 1931 roku, który może być wzorem zwięzłości i jasności zarazem: „Na niedzielne nabożeństwo zbierać się będą szeregowcy w porządku następującym: przed kościołem za kościołem, po kościele przed kościołem”.

Krótko, prosto, zrozumiale. W tym duchu można by też przeredagować konstytucję europejską. Baczność, Europejczycy, na lewo patrz i nie spoczywaj! Nawiasem mówiąc, w tym samym rozkazie dziennym do ułanów jest też punkt świadczący, że Polacy są elastyczni, łatwo dostosowujący się do zmian i w żadnym razie nie dogmatyczni. Ten punkt brzmi: Wobec stwierdzenia faktu, że wałach „Primus” jest klaczą, zmienia się mu niniejszym imię na „Katylina”.

Mamy Wielkanoc, czas refleksji nad wielką polską tradycją religijną, rodzinną i narodową. Siedząc przy stole, obierając pisanki, jak czyniło wiele pokoleń naszych przodków, pomyślmy, jak dużo możemy dać Unii Europejskiej, a nie zastanawiajmy się wyłącznie nad tym, co ona może nam zabrać.

Wesołego Alleluja!