rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2005

Za oknami jeszcze zima i błoto pośniegowe, a w polityce już wiosna. Partie polityczne wschodzą niczym ozimina. Będziemy mieli wyborcze żniwa w warunkach klęski urodzaju.

Pięknie kiełkuje Ruch Patriotyczny Obóz Polski. Jest to rodzaj pomsty dziejowej. Przez całe dziesięciolecia partia miała radio i telewizję, więc przyszedł czas na odwet. Teraz radio i telewizja będą miały partię. Jest to z punktu widzenia ekonomii działanie bardzo sensowne. Zamiast najpierw zakładać partię, a potem rozglądać się, jak by tu opanować rozgłośnie, znacznie wygodniej jest tworzyć partię przy rozgłośni. Zamiast żeby szef partii mianował redaktora albo dyrektora, dyrektor i redaktor będzie mianował przewodniczącego partii. W ten sposób rozgłośnia nie będzie podlegała partyjnym naciskom i manipulacjom. Mam nadzieję, że ta idea się upowszechni i inne radia i telewizje też zafundują sobie partie polityczne. Wyobrażam sobie partię Radia Zet z pierwszym punktem politycznego programu – Śniadanie dla wszystkich.

Program nowej partii powinien być programem radiowym: godzina 8.00 – Koncert z płyt nagrobnych, godz. 9.00 – Wiadomości o stanie ojca Rydzyka, godz. 10.00 – Różańcem po plecach, publicystyka patriotyczna, godz. 11.00 – Antyfona do ojca dyrektora, godz. 12.00 – Kremlowskie kuranty i komunikat o stanie wód w głowach, godz. 13.00 – Wałęsa w kąpieli błotnej, reportaż z Giżycka, godz. 14.00 – Z cyklu Prawda historyczna: Pan Jezus był Palestyńczykiem; godz. 15.00 – Licytacja odpustów absolutnych, godz. 16.00 – Koncert z płyt pilśniowych, godz. 17.00 – Od A do Z, lista biskupów pochodzenia żydowskiego, godz. 18.00 – Pogadanka ekonomiczna „Jak rozkradziono naszą wspólną PRL”, godz. 19.00 – Godzinka na godzinki, godz. 20.00 – Ślina, czyli co w głowie, to na języku, program dyskusyjny sponsorowany przez producentów kleju. O północy ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie i koniec programu partyjnego.

Tak to sobie wyobrażam i wiem, że gdyby nowa partia doszła do władzy, to słowo Obóz byłoby w jej nazwie jak najbardziej właściwe. Niestety, nie ma na to żadnych szans. Doświadczenie uczy, że najdalej za trzy tygodnie mecenas Jan Olszewski wystąpi z tej nowej partii, bo się zorientuje, że nie będzie premierem, a tydzień po nim rozejdą się Łopuszański oraz Macierewicz i w rezultacie będziemy mieli jeszcze więcej partii niż kiedykolwiek. Rekordowe nasycenie partiami. Największe plony przywódców z hektara nieużytków w Europie. Ale to dobrze. W końcu od przybytku głowa nie boli. A reszta poboli i przestanie.

Pan marszałek Tomasz Nałęcz w piątkowy poranek oświadczył w radiu, że prześladowania, jakim podlega aktualnie prezydent Aleksander Kwaśniewski, przypominają mu jako żywo przedwojenną nagonkę na marszałka Józefa Piłsudskiego. Tomasz Nałęcz jest historykiem, więc pewnie wie, co mówi. W każdym razie powinien wiedzieć.

I dlatego sprawił mi prawdziwy kłopot. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć, żeby najzaciętsi wrogowie oskarżali marszałka Piłsudskiego o udział w aferach gospodarczych. A także w II Rzeczypospolitej było tych afer sporo – afera masek gazowych, afera cukrowa, afera drożdżowa i parę jeszcze innych. Zresztą największe afery miały miejsce przed przewrotem majowym, kiedy Piłsudski siedział w Sulejówku. Owszem, rzucano oszczerstwa, jak mówił sam Piłsudski „plucie i kał wewnętrzny”.

Insynuowano, że był agentem Niemiec i Rosji. Atakowano go za to, że był socjalistą, a nawet bolszewikiem, za to, że był rozwodnikiem, za to, że otaczał się Żydami, za to, że był przejściowo ewangelikiem, za to, że ograniczał wpływy Kościoła katolickiego w państwie, ale nie za to, że miał kontakty z gospodarczymi aferzystami, że czerpał z tego osobiste korzyści. Przecież Marszałek nie pobierał nawet poborów naczelnika państwa, szefa sztabu i naczelnego wodza, przekazując je Uniwersytetowi Stefana Batorego w Wilnie. Nie próbowano stawiać Piłsudskiego przed komisją śledczą, nie było jego nazwiska w zeznaniach osób przesłuchiwanych przez prokuraturę w rozmaitych sprawach aferalnych.

Po wyborze prezydenta Narutowicza Piłsudski opuszczał Belweder. Do zgromadzonych, naczelnych władz państwa powiedział: „Przyjmuję panów w tej szarej, bez odznak, kurcie strzeleckiej, w której przyszedłem. W niej wyjdę, bez plam na moim mundurze”. Po czym zażądał przeliczenia i sprawdzenia zawartości podręcznej kasy. Wszyscy zdębieli, po chwili minister skarbu Jastrzębski położył rękę na kasie i oświadczył, że bierze za nią odpowiedzialność.

Gdzie tu analogia? Nie ma nawet osobistej, bo różnica między Piłsudskim i Kwaśniewskim jest dużo większa niż między Polską międzywojenną i dzisiejszą. Jakoś nic nie słychać o tym, żeby Kwaśniewski konspirował przeciwko zaborcy, organizował POW i Strzelca albo choćby „Solidarność”, siedział w Cytadeli, maszerował na Kielce albo nawet wysiadał z czerwonego tramwaju na przystanku Niepodległość. Raczej tłucze się dalej tym tramwajem, zmieniając motorniczych i konduktorów, ale nie pasażerów.

Ignacy Daszyński, przeciwnik polityczny Piłsudskiego, napisał, oburzony endeckimi atakami na Marszałka, broszurę „Wielki człowiek w Polsce”. Może by pan marszałek Nałęcz wydał coś takiego dziś o Kwaśniewskim. Będzie się znów z czego pośmiać.

I niech mi ktoś powie, że ludzie w Polsce są obojętni, zniechęceni, tracą zainteresowanie partiami politycznymi i brak im życzliwości dla polityków. Akurat! Po moim wczorajszym apelu o podsunięcie – w przewidywaniu bliskich narodzin systemu dwupartyjnego – pomysłu na zwierzę, które mogłoby symbolizować, wzorem USA, Partię Demokratyczną, a także jej przyszłą alternatywę, która też niewątpliwie powstanie, Partię Republikańską, dostałem w ciągu kilku godzin 34 maile. Dziękuję. Pierwszy został nadany o godzinie 6.57 rano. To nie żarty. Obywatele chcą uczestniczyć w życiu politycznym, trzeba im tylko wskazać rozsądny cel takiej aktywności.

Czytelnicy zaproponowali dla partii Frasyniuka i Hausnera (demokratów) następujące zwierzęta: bóbr (szkodnik pod ochroną), kangur (ze względu na skoczność i odskoczność), szczur (zdolność przetrwania), niedźwiedź (mocno śpi), zebra (w paski biało-czerwone), pijawka (właściwości lecznicze), kameleon (nie wiem, dlaczego), kura nioska (tylko złote jaja), paw (w podwójnym znaczeniu do wyboru), baran (siła przebicia), papuga (proeuropejska i modernistyczna).

Dla republikanów, których ojcami-założycielami byliby Belka i Mazowiecki, wybrano jako symbole: świstaka (tego z reklamy, co wszystko zawija w papierki), strusia (w piasku), konia (Przewalskiego i dlatego, że ma wielki łeb), byka (Fernando), żółwia (siedzi w skorupie i ma wszystko w kupie), wiewiórkę (bez rudej kity), lisa (Witalisa, tego od szelmostw), ptaka dudka z czubkiem (po łacinie upupa epops), nosorożca (bez wyjaśnienia) oraz osłomuła (hybryda bez szans na potomstwo).

Jeden z czytelników zaproponował przy okazji symbole zwierzęce dla innych partii, oczywiście na okres przejściowy, póki jeszcze istnieją i nie przyłączyły się ani do Frasyniuka, ani do Belki. Prawo i Sprawiedliwość – pies gończy. SLD – guziec, niby też świnia, ale egzotyczna. LPR – kukułka. Samoobrona – osiołek (Porfirion).

Inny podsunął pomysł najprostszy. Pawia i pawiana jako symbole przechodnie. Partia wygrywająca wybory pieczętuje się pawiem, a przegrywając – pawianem, aż do następnego razu.

Proszę zobaczyć, jaka potencja tkwi w obywatelach, jakie możliwości uporządkowania, a jednocześnie uatrakcyjnienia naszej sceny politycznej. To się nie może zmarnować. To trzeba wykorzystać. Inaczej wszyscy wyjdziemy na dudków.

Od czasu upadku w Polsce systemu jednopartyjnego mówi się i pisze o dobrodziejstwach systemu dwupartyjnego. Przeczytałem od 1990 roku niezliczoną ilość artykułów o pożytkach z dwudzielności w polityce, z powoływaniem się na przykłady najstarszych demokracji, brytyjskiej i amerykańskiej. Konserwatyści i laburzyści. Demokraci i republikanie.

W systemie dwupartyjnym mają sens i są bezpieczne jednomandatowe okręgi wyborcze. Przeciętny wyborca jest w stanie odróżnić jedną partię od drugiej, jeśli nie po programie, to po kolorach emblematów.

Mediom jest łatwiej, bo popierając jedną partię, krytykują drugą, i na odwrót, zamiast serwować czytelnikom sałatę światopoglądową. Wreszcie – system dwupartyjny jest tańszy. Z budżetu dofinansowuje się tylko dwie partie.

Niestety, Polacy pozostali głusi na wszystkie rozsądne argumenty teoretyczne i praktyczne. Nawet nie wiadomo, ile jest w tej chwili partii w Polsce, bo liczba każdego dnia się zmienia. Jedne się łączą, inne dzielą, jedne upadają, inne powstają, szczególnie doraźne byty przedwyborcze, jakieś ruchy społeczne, akcje, fronty i płaszczyzny. Pochłania to strasznie dużo ludzkiej energii, która mogłaby być spożytkowana z korzyścią na przykład przy odśnieżaniu.

To, że twarze, a nawet nazwiska są ciągle te same, jeszcze utrudnia orientację. Facet wczoraj był w partii Przyszłość, dziś przewodzi ruchowi Stałość, a już na mieście mówią, że jutro przejdzie do stronnictwa Wierność i Pamięć. Opinią publiczną na temat partii rządzą badania opinii publicznej na temat partii. Wpatrujemy się w te słupki, komu się podniosło, komu stanęło, a komu opadło, ale jest tego stanowczo za dużo, zwłaszcza dla humanisty. Dwa słupki wystarczą.

Nareszcie został jednak, po 15 latach, zrobiony pierwszy krok w stronę systemu dwupartyjnego, wzorowanego na amerykańskim. Mamy już, a jeśli nie mamy, to zaraz będziemy mieć, Partię Demokratyczną. Teraz, aby sięgnąć ideału, trzeba tylko powołać Partię Republikańską. Trzeba się zdobyć na ten wysiłek w imię pluralizmu politycznego, którego najpełniejszym wyrazem jest dualizm. Najprościej by było, gdyby Frasyniuk z Hausnerem organizowali nadal Partię Demokratyczną, a Mazowiecki z Belką zajęli się zakładaniem Partii Republikańskiej. Gwarantowałoby to odpowiedni poziom sporów i kulturę polityczną.

Do szczęścia potrzebne nam będą jeszcze partyjne symbole. Amerykanie mają osła i słonia. Liczę na pomysłowość czytelników. Jakie zwierzęta powinny symbolizować naszych demokratów i republikanów? Przysyłajcie propozycje, a z tego zoo wybierzemy co najlepsze.

Parlament Europejski odmówił uczczenia minutą milczenia pamięci ofiar zbrodni katyńskiej. Parlament ma rację. Nie ma takiej potrzeby. Przecież Europa czci ofiary Katynia całkowitym milczeniem już od kilkudziesięciu lat. Jedna minuta więcej byłaby doprawdy przesadą. Zresztą możemy mieć pewność, że milczenie będzie trwało. Będzie milczał Parlament Europejski, Komisja Europejska, Rada Europy i wszystkie inne europejskie instytucje i instancje moralne. Uroczyste milczenie będzie trwało aż do skutku, to znaczy aż do chwili, w której i my, Polacy, zamilkniemy w tej sprawie, dostosowując się do obowiązujących norm politycznego realizmu.

Szef parlamentu Joseph Borrell wyjaśnił przy okazji polskim deputowanym, że „każdego dnia przypada jakaś tragiczna rocznica, ponieważ Europa była podzielona przez konflikty, w których zginęły miliony obywateli”. Taka jest pamięć, na której budujemy wspólną Europę. Buchalteryjna. Ofiar w Katyniu było za mało, zaledwie kilkanaście tysięcy. Były to ofiary jednego z licznych konfliktów Ribbentrop – Mołotow. Historia szczerzy się do nas w europejskim uśmiechu.

Przy okazji warto chyba wyjaśnić sprawę tak oburzającego Polaków przyszłego pomnika czterech zwycięskich armii. Sowieckiej, amerykańskiej, brytyjskiej i francuskiej. Nie można wszystkiego, jak Katynia, zrzucać na Rosjan. Przypuszczam, że zamawiając pomnik, władze rosyjskie sięgnęły do źródeł historycznych, żeby dokładnie dowiedzieć się, kto i w jakim stopniu przyczynił się do zwycięstwa nad Hitlerem. No i musieli natrafić na artykuły z prasy brytyjskiej czasu wojny.

Na teksty „Observera” nazywające armię polską na Zachodzie operetką, na „Economista” określającego ją jako bandę chuliganów albo „Daily Workera” piszącego, że polskie wojsko jest czymś w rodzaju hitlerowskiego SS. „The Times” był bardziej salonowy w słownictwie, ale nie różnił się w treści.

Ta armia podlegała rządowi emigracyjnemu, o którym niektórzy posłowie Izby Gmin wyrażali się „świnie faszystowskie”. Także w związku ze stanowiskiem tego rządu wobec Katynia. To, że w oczach całej prasy brytyjskiej i znacznej części elity politycznej Polacy byli reakcjonistami i chorobliwymi antysemitami, jest oczywiste.

Jakże więc Rosjanie mogą stawiać, i to w Moskwie, pomnik żołnierzom, którzy według wiarygodnych, historycznych źródeł brytyjskich służyli w bandzie chuligańskich i antysemickich esesmanów? Nie, Rosjanie takiej prowokacji wobec postępowej Europy nie mogli się dopuścić.

Profesor Aleksander Krawczuk mówił mi kiedyś, było to w połowie lat siedemdziesiątych, że nic nie jest go w stanie zaskoczyć, bo ma przed oczyma 3 tysiące lat ludzkiej historii, w której wszystko już było. Wystarczy trochę pogrzebać, żeby znaleźć analogię, a ponieważ zmienia się wszystko oprócz natury ludzkiej, można też przewidzieć dokładnie, będąc świadkiem początku, jak się to wszystko skończy.

Ale chyba nawet Aleksander Krawczuk nie przewidywał, że przeżyjemy powtórkę z księgi Genesis Starego Testamentu. Że w Polsce tworzyć się będzie partię polityczną w ten sam sposób, jak Bóg Ojciec stwarzał świat: wtedy Frasyniuk rzekł, niech się stanie centrum. I stało się centrum. Frasyniuk widząc, że centrum jest dobre, oddzielił je od prawicy. I nazwał Frasyniuk centrum demokracją, a prawicę ekstremą.

Tworzenie Partii Demokratycznej zajmie Frasyniukowi, mimo wsparcia Belką, więcej czasu, niż zajęło Bogu tworzenie świata. Ale nie bądźmy drobiazgowi. Jak powiadał krawiec, któremu klient zarzucał, że uszycie spodni zabrało mu więcej czasu niż stworzenie świata: Spójrz pan na ten świat i na te spodnie. Umownego szóstego dnia Frasyniuk stworzy wyborcę na swój obraz i podobieństwo, a potem będzie odpoczywał. Zaś Polacy zanurzą się w pierwotnym stanie szczęścia w ogrodach Edenu.

Warunkiem powodzenia jest oczywiście rozdeptanie węża, a nawet wszystkich węży, tak by nie nakłoniły wyborcy do spożycia owocu z drzewa poznania dobra i zła, bo mogłoby mu to zaszkodzić przy dokonywaniu słusznego wyboru. W Biblii Bóg zdążył przed wężem i pokazał Adamowi Ewę.

Można snuć więcej analogii biblijnych, ale i bez takich odniesień dzieło tworzenia Partii Demokratycznej jest imponujące. Jeszcze nie powstała, jeszcze nie ma programu i nie wiadomo, jaki on będzie, a już wszyscy chcą na nią głosować. Po prostu nie mogą się doczekać. Jeszcze tej partii nie ma, a już ma premiera i wicepremiera w rządzie, ma swój organ prasowy i tabuny prasowych rzeczników. Jeszcze się nie narodziła, a już uczeni mężowie skalpelami swych wyostrzonych umysłów dokonują sekcji jej zwłok. Jeszcze nie istnieje, a już w całej Polsce, od krańca po kraniec, tłumy ciągną, żeby się zapisać.

Co będzie dalej? To też jest w Biblii. Najpierw zrzut manny na pustyni, a potem siedem lat chudych i plagi egipskie.

Zawzięcie się u nas dyskutuje nad tym, kiedy powinno się odbyć referendum w sprawie przyjęcia konstytucji europejskiej. Z wyborami parlamentarnymi, prezydenckimi, osobno, przed wszystkimi innymi krajami członkowskimi UE, czy na samym końcu. Jest to dyskusja całkowicie zbędna.

Przeprowadzanie referendum nie ma w ogóle sensu, ponieważ jego rezultat nie ma żadnego znaczenia. Tak wynika z opublikowanej w piątkowej „Rzeczpospolitej” wypowiedzi eurodeputowanego Platformy Obywatelskiej Bogdana Kilcha, który zakomunikował, że jeśli konstytucję odrzuciliby Francuzi, wyląduje ona w koszu. Weto Brytyjczyków oznaczać będzie renegocjacje traktatu. A opinia Polaków się nie liczy.

Jednym z argumentów na rzecz łączenia referendum z innymi wyborami są koszty. No to rezygnacja z niepotrzebnego i pozbawionego znaczenia głosowania będzie najtańsza. Zaoszczędzone pieniądze będzie można przeznaczyć na jakiś szlachetny cel, na przykład wsparcie niemieckich bezrobotnych albo francuskich rolników. W każdym razie na okazanie europejskiej solidarności w najlepszym stylu.

Nasz głos w Europie jest słabszy, powiada Kilch, i pewnie wie, co mówi, bo sam ten głos w Parlamencie Europejskim zabiera. No to skorzystajmy z rady prezydenta Chiraca i zamknijmy się całkiem. Po co sobie strzępić gębę po próżnicy. Pogódźmy się z realiami. Powiedzmy obywatelom, że rację ma LPR i Radio Maryja, że zamieniliśmy Moskwę na Brukselę, oddaliśmy suwerenność i będziemy teraz kolonią Francji i Niemiec. Powiedzmy, że Unia nie jest żadną demokratyczną instytucją prawa, tylko narzędziem dzikiej ekspansji politycznej, i obowiązuje w niej wilcze prawo silniejszego. Po co nam złudzenia i po co zastanawianie się, dlaczego Komisja Europejska nie chce zatrudniać Polaków w Brukseli. Nie chce i tyle. Wyciągnijmy wnioski. Zlikwidujmy Konstytucję RP, Sejm i Senat, a na ministrów sprowadźmy sobie Francuzów. Nazwijmy to nową, polską Realpolitik. Polacy na pewno to zrozumieją, bo już nie chcą być więcej europejskimi awanturnikami i warchołami. Zapamiętali dobrze lekcję Włodzimierza Iljicza Lenina, że wolność to uświadomiona konieczność. A uświadamiaczy mamy wyjątkową obfitość.

Obywatel jest dziś jak osioł z wiersza Fredry. Politycy fundują mu nadmiar. Bogactwo. Wybór, który, jak wiadomo, jest solą demokracji. Osiołkowi w żłoby dano, w jednym owies, w drugim siano. Pilot telewizyjny rozgrzał mi się do czerwoności od nieustannego przestawiania kanałów. Z Trójki – na TVN 24. I z powrotem. Z Sejmu do Fundacji Batorego. I z powrotem. Z parlamentu do salonu. I z powrotem. Raz przez pomyłkę wcisnąłem Animal Planet i nie od razu zauważyłem różnicę.

Z wypowiedzi premiera najlepiej zapamiętałem zdanie: „z salonu jest bliżej do ludzi niż z Sejmu”. To głęboka prawda. Zawsze tak było, że kto siedział w salonie, stykał się z ludźmi. Z lokajami, kamerdynerami i pokojówkami.

Jeśli chodzi o debatę sejmową, także była salonowa, bo przypominała fragmenty Salonu Warszawskiego z „Dziadów” części trzeciej. „Lewa strona (chórem): „Ach, jaka świetność, przepych jaki! Ah, quelle beauté, quelle grace!” Prawa strona: „Ach, szelmy, łotry, ach, łajdaki! Żeby ich piorun trzasł.” Co dowodzi po raz kolejny, że Mickiewicz wielkim poetą był i nadal pozostaje wieszczem.

Kwitnie nam życie salonowe, żeby tylko jeszcze przed wejściem wycierać buty, nie pluć i nie smarkać na podłogę. Może kiedy wejdzie w życie konstytucja europejska, nasz salon jeszcze bardziej się wysublimuje. W końcu pierwsze zdanie konstytucji amerykańskiej brzmi bardzo gminnie: We, the People (my, naród), ale za to pierwsze zdanie konstytucji europejskiej niesłychanie salonowo: His Majesty the King of the Belgians (Jego Majestat Król Belgów). Z taką konstytucją z salonu będzie jeszcze bliżej do ludzi. Może nawet do Sejmu będzie bliżej, w którym zamiast w dupnika będzie można pograć w salonowca.

Zauważyłem z przerażeniem, że jestem otoczony przez radykałów. Dotąd jakoś tego nie dostrzegałem, widocznie byłem nieuważny. Dopiero wprowadzony na trop, stałem się czujny jak żuraw na każdy przejaw radykalizmu. To straszne, co odkryłem. Zwyczajni na pierwszy rzut oka, normalni zupełnie ludzie, obywatele płacący podatki, oglądający telewizję i uczestniczący w życiu zbiorowym, po prostu Polacy zradykalizowali się w ostatnim czasie ekstremalnie. Idę na spacer z psem, rozmawiam z sąsiadami, ktoś telefonuje, gawędzę z kimś w kawiarni, na imieninach, przy obiedzie, po kolacji – sami radykałowie.

Jeden chce radykalnie lustrować agentów, drugi równie radykalnie chce położyć kres aferom, tamten chciałby radykalnie zerwać z marnotrawieniem pieniędzy publicznych, inny chciałby radykalnie ograniczyć biurokrację. Ludzie radykalnie, w sposób wręcz skrajny oczekują radykalnego ścigania i karania przestępców. Chcą, żeby prawo było radykalnie rozsądne i jeszcze do tego radykalnie skuteczne. Domagają się radykalnego ukrócenia głupoty, radykalnego położenia tamy politycznemu ględzeniu. Polityczną zręczność radykalnie określają mianem krętactwa, okazują radykalne obrzydzenie politycznym posunięciom radykalnie nazywanym dziś machlojkami.

Radykałowie domagają się radykalnie, aby Polska była inna, ich radykalnym zdaniem lepsza. Ale nic w tym kierunku nie robią. Jak to radykałowie, chcą tylko burzyć, a nie rozbudowywać, remontować i upiększać zastane. Każdy chętnie wygłasza radykalne opinie o prywatyzacji PZU, albo o Orlenie, a nikt się nawet nie zająknie o dobrodziejstwach konstytucji europejskiej. Na spacerze nie tylko żaden właściciel psa, ale nawet pies z kulawą nogą nie rozwodzi się, jak to jest jego obywatelskim obowiązkiem, nad urodą planu Hausnera z poprawkami. Zamiast wspominać z rozczuleniem Okrągły Stół i jego nogi, na których moglibyśmy jeszcze zajść daleko, rozważają jakieś powiązania, sieci, macki i rolę służb specjalnych w aferach, a nawet w braku afer.

Obrzydliwy radykalizm swoją kulminację osiąga w pomysłach, że może rządzić powinien ktoś inny, niż rządził do tej pory. Na to pozwolić nie można. Trzeba się radykalnie przeciwstawić skrajnym tendencjom. To, czego nam dziś radykalnie potrzeba, to umiarkowanie. Trzeba patrzeć w przyszłość, a przyszłość powinna być umiarkowanie przyszła. Dlatego cała nadzieja w Belce, że przystąpi do PD i nie dopuści do tego, żeby przyszłość radykalnie różniła się od przeszłości.

Źle się ostatnio budzę. Niechętnie. Czy człowiek może dziś jeszcze w ogóle mieć jakąś przyjemność z życia? Czy może się cieszyć, że za chwilę wynurzy się ze swojego prywatnego barłogu na świat Boży i zacznie się uspołeczniać? Ja nie mogę.

Teoretycznie wszystko jest w porządku. Budzę się w wolnej od wojen Europie strzeżonej przez najpotężniejszy sojusz wojskowy. W bezpiecznych granicach suwerennej Polski. W warunkach demokracji i praworządności, bez lęku, że załomoczą w drzwi i wywiozą na Sybir albo przynajmniej wtrącą do lochu na Rakowieckiej. W rzeczywistości wolnej gospodarki rynkowej, bez konieczności wstawania o 5 rano i gnania do kolejki z kartkami w szczękających na zimnie zębach, aby kupić nie to, co akurat dadzą.

Moich przodków gnębiła carska ochrana. Rugowała Hakata. Kibitki pędziły na Wschód. Trzeba było walczyć w powstaniach, odpierać własną piersią bolszewika, przeciwstawiać się rządom Chjeno-Piasta i dawać odpór sanacji. Trzeba było walczyć z hitlerowskim okupantem i reakcyjnym podziemiem. Niewolił umysły stalinizm, zamulał je Gomułka. Trzeba było strajkować, drukować bibułę, słuchać Wolnej Europy, reformować partię i nosić herbatę żołnierzom przy koksownikach. Ojczyzna ciągle była w potrzebie.

A teraz? Ojczyzna bezpieczna, spokojna, szczęśliwa. Jeszcze nigdy nie było tak pięknie nad Wisłą. Tymczasem zaraz wstanę, włączę radio i usłyszę polityków, jak biją w tarabany i wrzeszczą, że katastrofa jest tuż. Że już nastąpiła. Niby wiem, że to tylko taka konwencja, ale mnie to nie bawi. Miałem zawsze wrażenie, że tragiczno-bohaterska przeszłość naszych przodków była po to, żebyśmy mogli doczekać takiej Polski, jaką mamy dziś, i racjonalnie, bez emocji urządzać ją dalej. Żebyśmy mogli być optymistami, bez wiary w cud.

Nie dadzą. Gazety, radio, telewizja przekonują, że jesteśmy w najgorszej chwili w całej polskiej historii. Jeszcze nigdy państwo nie było wystawione na tyle niebezpieczeństw. A ma być jeszcze gorzej. Boże, jak bym chciał usłyszeć rano pogodny głos informujący, że jest fajnie, że może być lepiej. Tego się nigdy nie doczekam, bo naszą politykę, dyktującą społeczne nastroje, przeżarł na wylot jad trupi. Obleźli Polskę jak robactwo padlinę, zarażając wszystkich strasznym odorem rozkładu i beznadziejności. Więc po co wstawać? Leżmy sobie spokojnie, czekając, aż też zgnijemy, by pasować do politycznego krajobrazu.


  • RSS