rybinski blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2005

Gwiazda sezonu

1 komentarz

Ojciec Konrad Hejmo jest dziś najbardziej znanym polskim duchownym. Może nawet najbardziej popularnym Polakiem. Wszędzie go pełno. W telewizji, w radiu, w gazetach. Opowiada o sobie rzeczy wstrząsające.

W wieku 47 lat był biednym studentem, że współpracował z wywiadem zachodnioniemieckim, który nazywał się „Kirche in Not”, że dawał materiały, które miał, bo skoro miał, dlaczego miał nie dać, że brał tylko 50 dolarów i upominki, bo czemu miał nie brać, skoro dawali. Opowiada, że ujawnienie jego współpracy przez IPN jest rezultatem spisku, któryma uniemożliwić beatyfikację Jana Pawła II. Wynikiem sprzysiężenia przeciw polskim duchownym w Watykanie, polskiemu Kościołowi, a może nawet przeciw Panu Bogu.

Ojciec Hejmo opowiada. Lustruje się sam i wychodzi z tej lustracji jak kryształ. Moraliści zarzucają kierownictwu IPN i komentatorom, że wypowiadają się o Dominiku Hejnale bez należytej rozwagi, ale jemu samemu nie mają nic do zarzucenia. A jednak dobrze by było, żeby dominikanin trochę pomilczał. Sekretariat episkopatu zna zawartość teczek ojca Hejmy. Zna je prowincjał dominikanów, który był nimi wstrząśnięty. Hierarchia kościelna ma chyba możliwość powstrzymania gadulstwa zakonnika, skoro potrafiła swego czasu nakazać milczenie nawet arcybiskupowi Paetzowi. Być może na barki ojca Hejmy los nałożył ciężki krzyż. Niech go niesie w pokorze i milczeniu, za grzechy. Za grzech gadulstwa.

Z krótką wizytą był w Warszawie kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder. Zjadł kolację z premierem Markiem Belką, któremu zachwalał zalety konstytucji europejskiej. Jestem przekonany, że Gerhard Schröder popełnił błąd. Gdyby tylko przyjechał i zjadł kolację, byłoby w porządku. Ale nakłaniał do konstytucji Belkę, to znaczy przekonywał przekonanego, bo nasz premier jest zawołanym konstytucjonalistą europejskim. A ponadto kanclerz opowiadał profesorowi ekonomii Markowi Belce, że konstytucja europejska będzie fundamentem gospodarczo skutecznej Europy. W to nie uwierzyłby nawet student pierwszego roku, a co dopiero profesor.

W tym samym czasie, kiedy Schröder opowiadał Belce przy deserze europejskie bajki na dobranoc, jego najbliższy współpracownik, długoletni wybitny działacz związków zawodowych, które doprowadziły w Niemczech do 35-godzinnego tygodnia pracy, najwyższych na świecie kosztów tej pracy i rekordowego bezrobocia, a obecnie przewodniczący rządzącej SPD Franz Müntefering kontynuował w Berlinie prowadzoną od kilku tygodni krucjatę przeciwko krwiożerczemu kapitalizmowi, kapitałowi w ogóle, a kapitalistom w szczególności. Müntefering domaga się zwiększenia udziału państwa w gospodarce i państwowej reglamentacji. Żąda określenia płacy minimalnej, jakaobowiązuje w Niemczech, dla całej Europy, w tym i dla Polski, choć każdy student pierwszego roku ekonomii, a tym bardziej profesorowie wiedzą, że to największy zabójca miejsc pracy. Postuluje ponadto ogłoszenie bojkotu produktów wytwarzanych przez przedsiębiorstwa, które tworzą miejsca pracy za granicą, a więc i w Polsce.

W tej sytuacji Schröder powinien odwiedzić Radio Maryja i zjeść kolację z Macierewiczem. Oni też są przeciw kapitalizmowi, chcą płacy minimalnej, zwiększenia roli państwa w gospodarce i wyrzucenia niemieckich firm z Polski. A jednocześnie są przeciw konstytucji. Gdyby ich kanclerz zapewnił, że konstytucja zrealizuje te postulaty, daliby się przekonać. Z Macierewiczem i księdzem Rydzykiem jako przeciwnikami Belka mógłby z czystym sumieniem kontestować konstytucję UE.

Coraz więcej ludzi zajmuje się projektowaniem sprawiedliwej organizacji społeczeństwa. Politycy, uczeni i niedouczeni rozpisują się i rozgadują na ten fundamentalny temat. Leje się taka lawina słów, że gdyby to były pieniądze, starczyłoby dla wszystkich. Charakterystyczne, że te wszystkie rozważania nad społeczeństwem idealnej równości materialnej obracają się w kręgu szukania odpowiedzi na dwa pytania. Komu i ile. Nikt natomiast nie pyta, za co i z czego. A gdy kto pyta, to uważany jest za wyrzutka pozbawionego sumienia.

To właśnie ja. Nie mam sumienia. Nie chcę utrzymywać i górników, i hutników. Matek samotnych i bezdomnych. Rolników i stoczniowców. Alkoholików i narkomanów. Chorych i kalekich. Nie chcę utrzymywać nikogo pod przymusem. Jestem egoistą i chcę móc przeznaczać moje, zarobione pracą, wysiłkiem i rozumem pieniądze na to, na co mam ochotę.

Jeśli zechcę dać chorym, to dam, jeśli będę miał kaprys kogoś wesprzeć, to go wesprę. Ale nie bardzo widzę powód, a także interes w tym, aby jakiś polityk rozdawał na prawo i lewo moje pieniądze i potem chełpił się jeszcze, że rozdał tak wiele. Gdyby rozdał swoje, proszę bardzo. Niech się chwali. Ale jakaż, na Boga, jest zasługa w rozdawaniu cudzych, konkretnie moich?

Niestety, u nas nikt już prawie nie jest świadomy, jak funkcjonuje, na czyj koszt i dlaczego tak drogo państwo opiekuńcze.

To wszystko, co napisałem, nie jest ani odkrywcze, ani nowe. Zirytowała mnie świadomość, że po raz kolejny już u progu kampanii wyborczej mamy licytację na wrażliwość społeczną. No to pozmieniajcie sobie nazwy waszych partii. Niech Socjalizm Lewicy Demokratycznej rywalizuje z Polskim Socjalizmem Ludowym. Niech Populizm i Socjalizm walczy o lepsze z Populizmem Dochodowym. Niech Urządzenie się bez Pracy spiera się z Unią Wałkoni. Niech Ludowy Rabunek Patriotyczny modli się przez radio o zrzut manny z nieba.

Założony przez redaktora Jerzego Urbana przy tygodniku „Nie” masowy ruch społeczny prenumeratorów Niezależna Inicjatywa Europejska odbył właśnie swój kongres. Zgodnie z najlepszymi tradycjami awangard lewicowych, ruchów młodzieńczych i jutrzenek lepszej przyszłości kongres wydał apele. Do lewicy o wspólną z Urbanem listę w wyborach parlamentarnych. Jeszcze raz do lewicy o wspólnego z Urbanem kandydata na prezydenta. I wreszcie do wszystkich sił politycznych i mediów o poparcie dla generała Wojciecha Jaruzelskiego jako jednego z najwybitniejszych polskich mężów stanu. To jest wspaniała oferta dla lewicy, a także wszystkich młodych Polaków, troszczących się o przyszłość Polski w Europie albo jeszcze lepiej, poza nią. Wspólny kandydat lewicy na prezydenta, wybitny mąż stanu Jaruzelski, albo przynajmniej wybitny szwagier stanu Urban. Ostatecznie syn stanu Gierek. To dopiero byłby postęp prawdziwie progresywny.

Łaje się nas bez przerwy z różnych stron, żebyśmy przestali się grzebać w teczkach, żebyśmy dali spokój rozbabrywaniu przeszłości, żebyśmy patrzyli w lepszą przyszłość, i do tego z nadzieją. A co się zbliżą jakieś wybory, zaczynają się wystawiać na widok publiczny mumie. Kochani staruszkowie, Wojciechu Jaruzelski i Jerzy Urbanie. Połóżcie się do łóżeczka, przykryjcie kołderką. Poćpajcie kawiorku, potem melbę. Wypijcie gorzałki albo maślanki, co wolicie. Obejrzyjcie „Przygody Muminków”, poczytajcie o „Gąsce Balbince” albo o odchyleniu prawicowo-nacjonalistycznym, co was lepiej kołysze do snu. Tylko przestańcie już nam urządzać życie, swoje zrobiliście, do dziś sprzątamy.

Ordynacja i ordynarność brzmią bardzo podobnie. Łatwo się pomylić. W sposób dość ordynarny, to znaczy bezczelny, poseł Eugeniusz Kłopotek z PSL, zakłopotany widać małymi szansami nie tylko własnej partii, ale nawet niedawno sojuszniczego SLD z wejściem do parlamentu, a jeszcze z odpowiednią reprezentacją, zaproponował kolejną zmianę sposobu przeliczania głosów na mandaty.

Z przyjętej cztery lata temu metody preferującej partie zdobywające wiele głosów, na metodę łaskawą dla ugrupowań dostających głosów niewiele.

Kłopotek wystąpił oczywiście w interesie państwa, narodu i sprawiedliwości.

Byłbym jednak gotów postawić buraki przeciwko euro, że gdyby PSL miał dziś w badaniach opinii publicznej 20 procent poparcia, wszystkie Kłopotki i kłopoty sejmowe broniłyby dotychczasowej metody liczenia głosów jak niepodległości Polski.To nie jest wcale błaha sprawa. To laboratoryjna wręcz ilustracja sposobu myślenia o państwie i regulującym życie w nim prawie, cechującego naszych parlamentarnych reprezentantów. Co jest dobre dla PSL, jest dobre dla Polski. Co gwarantuje Kłopotkowi diety i wpływy na następne cztery lata, jest racją stanu. Naród drży z niepokoju, że do Sejmu w następnych wyborach mógłby nie wejść nie tylko Kłopotek, ale nawet Oleksy. Ale nie drży aż tak bardzo, aby na nich zagłosować w obecnie obowiązującej ordynacji. Dlatego trzeba społeczeństwu pomóc i dać takie zasady, przy których będzie miało małe szanse na pozbycie się Kłopotka.

Polscy politycy przyzwyczaili nas do manipulacji i machinacji zaiste monstrualnych. W imię własnego dobra, upozowanego na dobro wspólne.

Jest jednak coś wyjątkowo obrzydliwego w tej próbie dłubania przy ordynacji na krótko przed wyborami. Jest pogarda dla wyborców. Zamiast przekonać Polaków do siebie, co wydaje się beznadziejne, Kłopotek chce ich zrobić w konika polskiego, czyli tarpana.

Jestem pewien, że gdyby to miało pomóc, próbowano by zmienić nie tylko ordynację, ale tabliczkę mnożenia i zasady fizyki.

Nic nie pomogło. Lew Rywin poszedł siedzieć. Człowiek z towarzystwa padł, niczym bohater Kafki, ofiarą bezdusznego aparatu sprawiedliwości. Został zaduszony, jak lianą, gąszczem paragrafów, wspartym polityczną manipulacją. Stał się w ten sposób pierwszym więźniem politycznym III Rzeczypospolitej, cierpiącym za kratami za własną albo nawet tylko cudzą wizję Polski, kraju nieskrępowanej swobody gospodarczej, odnowionych stosunków własności i korzystnego społecznie ustawodawstwa. Podzielił los tylu reformatorów, skwierczących na stosie za ideały.

Lew Rywin niewątpliwie jest więźniem sumienia. Własnego sumienia, które nie pozwoliło mu nigdy ujawnić, kto właściwie posłał go do Michnika i po co. Lwie, dobrze ryknąłeś – mówi do lwa Tytus Andronikus w dramacieSzekspira. Nasz Lew nie ryknął, nawet nie pisnął. Mamrotał tylko z dumą, że odmawia odpowiedzi. Do tego trzeba mieć charakter. Tak zachowywali się pierwsi chrześcijanie w obliczu lwów. Teraz Lew zachował się tak samo w obliczu chrześcijan. Nieżyczliwi mówią oczywiście, że to ze strachu. Że Lew bardziej bał się swoich przyjaciół i mocodawców niż klawiszy i współwięźniów z Pruszkowa i Wołomina na Mokotowie. Nie wolno w to wierzyć, nie wolno tego powtarzać, zwłaszcza dzieciom, żeby nie straciły wiary w szlachetność i bezinteresowność.

Za Rywinem zatrzasnęła się brama. Rywingate is closed. Można tylko mieć nadzieję, że nieostatecznie. W końcu Rywina zamknięto za udzielanie pomocy – ale wciąż nie wiadomo, komu. Warto by się tego dowiedzieć z jakiegoś prawomocnego wyroku, a nie z gazet. Chyba że monterów całej tej afery zechce się teraz objąć modną akcją przebaczania, zapominania i wybaczania. Ale wtedy trzeba będzie wypuścić i Rywina. Inaczej to nie on, ale my wszyscy, zwykli obywatele, zasłużymy na tytuł Pierwszych Frajerów III Rzeczypospolitej.

Bez dogmatu

1 komentarz

W ostatnich dniach, pewnie nie bez udziału etycznych uniesień, jakim podlegają całe zastępy bliźnich, dręczą mnie pytania doktrynalne, na które odpowiedzieć mogliby tylko teologowie, i to nie wszyscy. Na przykład, czy Judasz, gdyby się nie był powiesił, mógłby zostać zaproszony przez apostołów do wspólnej uczty na Wielkanoc.

Aktualna wykładnia chrześcijaństwa, ku której skłaniają się przede wszystkim materialiści, jest taka, że bez Judasza i srebrników nie byłoby Odkupienia, więc Judaszowi należy się miejsce przy stole, i to honorowe.

Takie jasne kryteria moralne nie zakorzeniły się jednak w Polsce dostatecznie i dlatego wygląda na to, że będziemy w sierpniu mieli kilka osobnych obchodów rocznicy powstania „Solidarności”. Jedną dla obecnego kierownictwa związku zawodowego, jedną dla prezydentów Wałęsy i Kwaśniewskiego, jedną dla Anny Walentynowicz, Krzysztofa Wyszkowskiego i Radia Maryja, jedną dla „Gazety Wyborczej” i „Tygod0nika Powszechnego” oraz dzień na plaży dla całej reszty z 10-milionowej rzeszy członków pierwszej „Solidarności”. To znaczy dla tych, którzy dożyli.

Podobno ta gorsząca niezgoda jest powodem, dla którego to nie „Solidarność”, ale zburzenie muru berlińskiego jest dla świata symbolem obalenia komunizmu i zniesienia podziału Europy.

A przecież wystarczyłoby tylko uznać, że bez istnienia komunizmu nie byłoby czego obalać, bez komunistów zaś przeciw czemu strajkować i protestować, a wspólne obchody mogłyby się odbywać w atmosferze harmonii i wzajemnego szacunku. Nie możemy być dogmatykami.

Gdyby nie istniało zło, dobro byłoby niemożliwe. Oddajmy złu, co mu się należy. Oddajmy mu szacunek.

Wsklepach jest kiełbasa „Jak za Gierka”. To jeden z głównych argumentów „Trybuny” za wyborem Adama Gierka, syna Edwarda, na prezydenta RP, wysunięty w wielkim artykule na pierwszej stronie. Podobno ludzie chcą, żeby znów wszystko było jak za Gierka. Kiełbasa i kartki na kiełbasę. Ludzie „Trybuny” chcą pewnie, żeby „Trybuna” była znów „Ludu” i żeby była obowiązkowa.

Ale dlaczego ograniczać się tylko do reaktywacji Gierka: Gierek (Adam) na prezydenta, Jaroszewicz (Andrzej) na premiera. Znów mógłby im doradzać gospodarczo ulubieniec „Trybuny” Paweł Bożyk, a jak nie on, to jego progenitura. Wyszłoby na to samo. Polska od nowa rosłaby w siłę, a ludzie żyli dostatniej. To się da zrobić, bo i wielu innych towarzyszy, którzy położyli między innymi zasługi, pozostawiło po sobie potomstwo.

Oddajmy tym naturalnym dziedzicom nasze narodowe dziedzictwo we władanie, najlepiej dziedziczne, a nie będziemy musieli tęsknić za PRL. Będziemy mieli znowu PRL zamiast tego „kataklizmu”, jak określa III RP „Trybuna”, która skądinąd bardzo jest przeciw IV Rzeczypospolitej. A jak usuwać III RP, to tylko wstecz, a nie do przodu. Tak jak w myśli politycznej Gierka (Adama) cytowanej przez „Trybunę”: odejście od liberalizmu gospodarczego, odwrót od rynku i powrót do tradycji, państwowa własność wielkich zakładów, reaktywacja PGR. To jest program na XXI wiek.

W jednym „Trybuna” chyba się myli, ufając, że za Gierka (Adama) nie będzie rozliczeń historycznych. Gierek (Adam) byłby złym synem, gdyby nie rozliczył tych, którzy pozbawili Gierka (Edwarda) stanowisk, wyrzucili go z partii i internowali jako zagrożenie dla bezpieczeństwa PRL. A co wtedy pisała „Trybuna” (Ludu) o seniorze? Trzeba będzie odszczekać. Zapytajcie Wiatra. Jerzego, ale może być i Sławomir.

Nieubłaganie nadciągają wybory. Biedni albo wy wszyscy, którzy uważacie się za biednych, ubierzcie się cieplej. Znowu znajdziecie się na sztandarach, znowu się będą o was troszczyć, znowu wyrywać was sobie z rąk i obrzucać. Obietnicami. Będziecie noszeni na rękach, uzna się was za koronę stworzenia, bieda zostanie okrzyknięta najwyższą cnotą, skromne nawet dochody hańbą ludzkości. Za cel istnienia państwa przyjmie się wspomaganie leni i nieudaczników, pijaków i marnych cwaniaczków. Będzie mowa o dziedziczeniu biedy, najczęściej po Balcerowiczu, Buzku albo i po Millerze. Wszyscy jesteśmy dziedzicami braku fortuny. Zresztą w większości rodzin bieda zaczęła się za Bieruta, tylko była równo dzielona. Teraz znowu chodzi o to samo, o równy podział biedy, bo na równy podział zamożności nie ma co liczyć. Zamożność trzeba by wypracować, natomiast biedą można administrować politycznie.

W przedwyborcze obiecanki dobrobytu dla wszystkich nawet najgłupszy wyborca nie uwierzy. A w obietnicę doprowadzenia wszystkich do jednakowej nędzy każdy uwierzy chętnie, bo to jest i łatwe do urzeczywistnienia, i odpowiada mentalności Polaków. Jak w tej bajce o Polaku, złotej rybce i trzech życzeniach: żeby sąsiadowi dom się zawalił, żeby nie miał z czego żyć i żeby jego żona zbrzydła.

Politycy, znów kandydujący do Sejmu, będą się licytować w okazywaniu dobroci, bo mądrości wypadłoby niewiarygodnie. Cała nasza polityka budżetowa, gospodarcza, fiskalna, słowem cała nie tyle krajowa, co wewnętrzna polityka w przedwyborczych deklaracjach sprowadzi się do tego, komu i ile zabrać, a nie do tego, co zrobić, żeby ci, którzy mają niewiele, mogli zarobić więcej.

Nie mam w ogóle najwyższego mniemania o naszych politykach, ale słuchając tego egalitarnego bredzenia ekonomicznych analfabetów dostaję wysypki, a wieczorami, przed zaśnięciem, marzę, że złapałem złotą rybkę, do której mam tylko jedno życzenie: żeby otworzyła paszczę i połknęła wszystkich tanich demagogów, demoralizujących i tak moralnie cherlawe społeczeństwo.

Uniesiony powszechną falą zacząłem się zastanawiać, z kim tu się pojednać i komu podać rękę. I wyszło mi po dłuższych deliberacjach, że najchętniej jednałbym się z tymi, z którymi jestem w najlepszej komitywie i najbardziej ochoczo ściskałbym dłonie tym, którym i tak podaję. Wstyd się przyznać do małostkowości, ale w sprawie jednania się z każdym i podawania rąk na prawo i lewo proszę na mnie nie liczyć. A znów wybaczyć, wyściskać, a potem polecieć z pozwem do sądu lub prokuratury albo przyłożyć kijem bejsbolowym po głowie wydaje mi się – nie to, że mało chrześcijańskie. Raczej mało eleganckie.

Przyznaję jednak, że wizja powszechnej zgody jest pociągająca. Wyobraziłem sobie narodowy piknik na krakowskich Błoniach, transmitowany na żywo przez telewizję. Michnik przychodzi na kolanach do Rywina bez magnetofonu. Kaczyńscy całują po rękach Wachowskiego. Politycy z listy tulą do piersi Macierewicza. Lekarze i delegacja pacjentów noszą na rękach przybranego laurem męczeńskim Łapińskiego. Balcerowicz tarza się w prochu przed Lepperem, który wybacza mu sprzedaż ojczyzny i ludobójstwo Polaków. Komisje śledcze piją bruderszaft z Kulczykiem, Kuną, Żaglem, a nawet Kwaśniewskim. Kulczyk, przy dźwiękach „Te Deum laudamus”, odczytuje akt przepisania całego majątku na Giertycha. Obok Maleszka wybaczający Wildsteinowi, że musiał pisać na niego donosy. Ksiądz arcybiskup Życiński wręcza Benderowi dyplom Pierwszego Katolika Rzeczpospolitej. Nieopodal ojciec Rydzyk w mycce i z pejsami odmawia kadysz za żywych i umarłych. Leszek Miller, który specjalnie przyleciał z Ameryki, dzieli zamorskie łakocie między Oleksego i Borowskiego. Prokuratura biesiaduje z Pruszkowem i Wołominem pod ochroną policji, a Polacy masowo zapisują się do Frontu Jedności Moralno-Politycznej Narodu.

Bardzo to piękna byłaby wizja, gdyby nie świadomość, że udusilibyśmy się w końcu wszyscy w oparach obłudy i hipokryzji. Dlatego radzę, nie poprawiajmy ani siebie, ani innych, ani życia w ogóle, ani nawet polityki zbyt gwałtownie. Dążenie do dobra nie może być tak pospieszne, żeby nie dawać czasu na dostrzeżenie i nazwanie zła.


  • RSS