Nieubłaganie nadciągają wybory. Biedni albo wy wszyscy, którzy uważacie się za biednych, ubierzcie się cieplej. Znowu znajdziecie się na sztandarach, znowu się będą o was troszczyć, znowu wyrywać was sobie z rąk i obrzucać. Obietnicami. Będziecie noszeni na rękach, uzna się was za koronę stworzenia, bieda zostanie okrzyknięta najwyższą cnotą, skromne nawet dochody hańbą ludzkości. Za cel istnienia państwa przyjmie się wspomaganie leni i nieudaczników, pijaków i marnych cwaniaczków. Będzie mowa o dziedziczeniu biedy, najczęściej po Balcerowiczu, Buzku albo i po Millerze. Wszyscy jesteśmy dziedzicami braku fortuny. Zresztą w większości rodzin bieda zaczęła się za Bieruta, tylko była równo dzielona. Teraz znowu chodzi o to samo, o równy podział biedy, bo na równy podział zamożności nie ma co liczyć. Zamożność trzeba by wypracować, natomiast biedą można administrować politycznie.

W przedwyborcze obiecanki dobrobytu dla wszystkich nawet najgłupszy wyborca nie uwierzy. A w obietnicę doprowadzenia wszystkich do jednakowej nędzy każdy uwierzy chętnie, bo to jest i łatwe do urzeczywistnienia, i odpowiada mentalności Polaków. Jak w tej bajce o Polaku, złotej rybce i trzech życzeniach: żeby sąsiadowi dom się zawalił, żeby nie miał z czego żyć i żeby jego żona zbrzydła.

Politycy, znów kandydujący do Sejmu, będą się licytować w okazywaniu dobroci, bo mądrości wypadłoby niewiarygodnie. Cała nasza polityka budżetowa, gospodarcza, fiskalna, słowem cała nie tyle krajowa, co wewnętrzna polityka w przedwyborczych deklaracjach sprowadzi się do tego, komu i ile zabrać, a nie do tego, co zrobić, żeby ci, którzy mają niewiele, mogli zarobić więcej.

Nie mam w ogóle najwyższego mniemania o naszych politykach, ale słuchając tego egalitarnego bredzenia ekonomicznych analfabetów dostaję wysypki, a wieczorami, przed zaśnięciem, marzę, że złapałem złotą rybkę, do której mam tylko jedno życzenie: żeby otworzyła paszczę i połknęła wszystkich tanich demagogów, demoralizujących i tak moralnie cherlawe społeczeństwo.