W ostatnich dniach, pewnie nie bez udziału etycznych uniesień, jakim podlegają całe zastępy bliźnich, dręczą mnie pytania doktrynalne, na które odpowiedzieć mogliby tylko teologowie, i to nie wszyscy. Na przykład, czy Judasz, gdyby się nie był powiesił, mógłby zostać zaproszony przez apostołów do wspólnej uczty na Wielkanoc.

Aktualna wykładnia chrześcijaństwa, ku której skłaniają się przede wszystkim materialiści, jest taka, że bez Judasza i srebrników nie byłoby Odkupienia, więc Judaszowi należy się miejsce przy stole, i to honorowe.

Takie jasne kryteria moralne nie zakorzeniły się jednak w Polsce dostatecznie i dlatego wygląda na to, że będziemy w sierpniu mieli kilka osobnych obchodów rocznicy powstania „Solidarności”. Jedną dla obecnego kierownictwa związku zawodowego, jedną dla prezydentów Wałęsy i Kwaśniewskiego, jedną dla Anny Walentynowicz, Krzysztofa Wyszkowskiego i Radia Maryja, jedną dla „Gazety Wyborczej” i „Tygod0nika Powszechnego” oraz dzień na plaży dla całej reszty z 10-milionowej rzeszy członków pierwszej „Solidarności”. To znaczy dla tych, którzy dożyli.

Podobno ta gorsząca niezgoda jest powodem, dla którego to nie „Solidarność”, ale zburzenie muru berlińskiego jest dla świata symbolem obalenia komunizmu i zniesienia podziału Europy.

A przecież wystarczyłoby tylko uznać, że bez istnienia komunizmu nie byłoby czego obalać, bez komunistów zaś przeciw czemu strajkować i protestować, a wspólne obchody mogłyby się odbywać w atmosferze harmonii i wzajemnego szacunku. Nie możemy być dogmatykami.

Gdyby nie istniało zło, dobro byłoby niemożliwe. Oddajmy złu, co mu się należy. Oddajmy mu szacunek.