Nic nie pomogło. Lew Rywin poszedł siedzieć. Człowiek z towarzystwa padł, niczym bohater Kafki, ofiarą bezdusznego aparatu sprawiedliwości. Został zaduszony, jak lianą, gąszczem paragrafów, wspartym polityczną manipulacją. Stał się w ten sposób pierwszym więźniem politycznym III Rzeczypospolitej, cierpiącym za kratami za własną albo nawet tylko cudzą wizję Polski, kraju nieskrępowanej swobody gospodarczej, odnowionych stosunków własności i korzystnego społecznie ustawodawstwa. Podzielił los tylu reformatorów, skwierczących na stosie za ideały.

Lew Rywin niewątpliwie jest więźniem sumienia. Własnego sumienia, które nie pozwoliło mu nigdy ujawnić, kto właściwie posłał go do Michnika i po co. Lwie, dobrze ryknąłeś – mówi do lwa Tytus Andronikus w dramacieSzekspira. Nasz Lew nie ryknął, nawet nie pisnął. Mamrotał tylko z dumą, że odmawia odpowiedzi. Do tego trzeba mieć charakter. Tak zachowywali się pierwsi chrześcijanie w obliczu lwów. Teraz Lew zachował się tak samo w obliczu chrześcijan. Nieżyczliwi mówią oczywiście, że to ze strachu. Że Lew bardziej bał się swoich przyjaciół i mocodawców niż klawiszy i współwięźniów z Pruszkowa i Wołomina na Mokotowie. Nie wolno w to wierzyć, nie wolno tego powtarzać, zwłaszcza dzieciom, żeby nie straciły wiary w szlachetność i bezinteresowność.

Za Rywinem zatrzasnęła się brama. Rywingate is closed. Można tylko mieć nadzieję, że nieostatecznie. W końcu Rywina zamknięto za udzielanie pomocy – ale wciąż nie wiadomo, komu. Warto by się tego dowiedzieć z jakiegoś prawomocnego wyroku, a nie z gazet. Chyba że monterów całej tej afery zechce się teraz objąć modną akcją przebaczania, zapominania i wybaczania. Ale wtedy trzeba będzie wypuścić i Rywina. Inaczej to nie on, ale my wszyscy, zwykli obywatele, zasłużymy na tytuł Pierwszych Frajerów III Rzeczypospolitej.