Ordynacja i ordynarność brzmią bardzo podobnie. Łatwo się pomylić. W sposób dość ordynarny, to znaczy bezczelny, poseł Eugeniusz Kłopotek z PSL, zakłopotany widać małymi szansami nie tylko własnej partii, ale nawet niedawno sojuszniczego SLD z wejściem do parlamentu, a jeszcze z odpowiednią reprezentacją, zaproponował kolejną zmianę sposobu przeliczania głosów na mandaty.

Z przyjętej cztery lata temu metody preferującej partie zdobywające wiele głosów, na metodę łaskawą dla ugrupowań dostających głosów niewiele.

Kłopotek wystąpił oczywiście w interesie państwa, narodu i sprawiedliwości.

Byłbym jednak gotów postawić buraki przeciwko euro, że gdyby PSL miał dziś w badaniach opinii publicznej 20 procent poparcia, wszystkie Kłopotki i kłopoty sejmowe broniłyby dotychczasowej metody liczenia głosów jak niepodległości Polski.To nie jest wcale błaha sprawa. To laboratoryjna wręcz ilustracja sposobu myślenia o państwie i regulującym życie w nim prawie, cechującego naszych parlamentarnych reprezentantów. Co jest dobre dla PSL, jest dobre dla Polski. Co gwarantuje Kłopotkowi diety i wpływy na następne cztery lata, jest racją stanu. Naród drży z niepokoju, że do Sejmu w następnych wyborach mógłby nie wejść nie tylko Kłopotek, ale nawet Oleksy. Ale nie drży aż tak bardzo, aby na nich zagłosować w obecnie obowiązującej ordynacji. Dlatego trzeba społeczeństwu pomóc i dać takie zasady, przy których będzie miało małe szanse na pozbycie się Kłopotka.

Polscy politycy przyzwyczaili nas do manipulacji i machinacji zaiste monstrualnych. W imię własnego dobra, upozowanego na dobro wspólne.

Jest jednak coś wyjątkowo obrzydliwego w tej próbie dłubania przy ordynacji na krótko przed wyborami. Jest pogarda dla wyborców. Zamiast przekonać Polaków do siebie, co wydaje się beznadziejne, Kłopotek chce ich zrobić w konika polskiego, czyli tarpana.

Jestem pewien, że gdyby to miało pomóc, próbowano by zmienić nie tylko ordynację, ale tabliczkę mnożenia i zasady fizyki.